— Hiroko ma dziesięciu mężczyzn! — wykrzyknęła rozgniewana Maja.
— No właśnie, więc i ty możesz. Dlaczego nie! W większej społeczności nikt nie będzie o tym wiedział, ani się tym przejmował.
Michel dalej uspokajał Maję, mówiąc, że ma przecież taką władzę, iż (używając określeń Franka) jest kobietą alfa całej grupy. Energicznie zaprotestowała i wymuszała od niego kolejne komplementy, aż w końcu się nasyciła i mógł jej wreszcie zaproponować, aby pojechali z powrotem do domu.
— Nie sądzisz, że szokujące będzie mieć wokół siebie nowych ludzi? Innych ludzi? — Prowadziła pojazd i kiedy się obróciła, aby zadać mu to pytanie, niemal zjechała z drogi.
— Przypuszczalnie tak. — Kilka grupek wylądowało już w Borealis i Acidalii i wideokasety z ich przybycia były dla przedstawicieli pierwszej setki wstrząsem. Można to było dostrzec na ich twarzach. Jak gdyby zobaczyli przybyłych z kosmosu obcych. Jednak, jak dotąd, jedynie Ann i Simon spotkali się z niektórymi osobiście, natknąwszy się na ekspedycję roverów na północ od Noctis Labyrinthus. — Ann mówi, że poczuła się tak, jakby ktoś zszedł do niej z ekranu telewizyjnego.
— Ja czuję się tak przez cały czas — szepnęła ze smutkiem Maja. Michel z niepokojem podniósł brwi. Taka wypowiedź zupełnie nie pasowała do programu terapeutycznego pod tytułem “Maja”.
— Co masz na myśli?
— Och, no wiesz. Połowa naszego życia tutaj wydaje się tylko skomplikowaną symulacją, nie sądzisz?
— Nie. — Rozważył jej słowa. — Nie, z pewnością nie. — Dla niego wręcz przeciwnie: wszystko było aż nazbyt rzeczywiste, wszystko kojarzyło się z tym cholernym zimnem wsączającym się głęboko w ciało przez siedzenie łazika, wszystko było nieuchronnie realne i straszliwie zimne. Może ona, jako Rosjanka, tego nie zauważała. Ale przecież tu zawsze, zawsze było tak zimno! Nawet w południe w środku lata, nawet kiedy słońce świecące nad głową na piaskowym nieboskłonie wyglądało jak płomień w otwartych drzwiach piecyka, temperatura wynosiła w najlepszym razie 260 kelwinów, co oznaczało 15 stopni Celsjusza poniżej zera! Był to chłód wystarczający, aby przeniknąć przez izolację walkera i sprawić, by każdemu ruchowi towarzyszyło króciutkie niczym ukłucie szpilką i równie ostre uczucie bólu.
W czasie jazdy do Underhill Michel cierpiał z powodu zimna przenikającego przez materiał aż do skóry i czuł zbyt zimne, utlenione powietrze z ustnika głęboko w płucach. W pewnej chwili podniósł oczy na piaszczysty horyzont i piaskowe niebo i powiedział do siebie: “Jestem grzechotnikiem, ślizgającym się po czerwonej pustym zimnych skał i suchego pyłu. Któregoś dnia zrzucę skórę jak feniks w ogniu, aby stać się jakąś nową istotą stworzoną przez słońce. I pójdę nagi po plaży i będę się pluskać w ciepłej słonej wodzie…”
Gdy znaleźli się z powrotem w Underhill, Michel z trudem przegnał z głowy nostalgiczne myśli, przeistoczył się z powrotem w kompetentnego psychologa i spytał Maję, czy już się czuje lepiej, a ona dotknęła szybką swego hełmu jego szybki, rzucając mu krótkie, przelotne spojrzenie, które miało wagę pocałunku.
— Wiesz przecież, że tak — zaszeptał mu w uchu jej głos. Pokiwał głową.
— W takim razie udam się teraz na samotny spacer — odparł spokojnie, ale aż go korciło, by dodać: “A co ze mną? Kto sprawi, żebym i ja się poczuł lepiej?” Zmusił zdrętwiałe nogi do ruchu i odszedł. Lodowata równina otaczająca bazę przedstawiała wręcz apokaliptyczny widok: spustoszony, zrujnowany świat z koszmarnego snu. A jednak nie chciał wracać do tej zatłoczonej królikami, do świata ze sztucznym światłem, ogrzewanym powietrzem, starannie dobranymi barwami wyposażenia, barwami, które po części wybrał sam, wykorzystując najnowszą teorię o wpływie koloru na nastrój człowieka. Tylko że ta teoria — co uświadomił sobie już jakiś czas temu — opierała się na pewnym podstawowym założeniu, które w gruncie rzeczy nie miało tu zastosowania. W rezultacie wszystkie kolory były nieodpowiednie, a co gorsza — zupełnie niestosowne. Jak tapeta w piekle.
Zdanie, sformułowane w myślach, teraz cisnęło mu się na usta. Tapeta w piekle. Tapeta w piekle. Skoro i tak mieli tu zwariować… Przypomniał sobie własne słowa sprzed lat. Najwyraźniej błędem było wysłanie na Marsa tylko jednego psychiatry. Na Ziemi przecież także każdy psycholog uczęszczał na swego rodzaju terapie, należało to do jego obowiązków, możliwość tę otrzymywał wraz z praktyką i przyznanym rejonem. Michel również miał swego terapeutę, ale znajdował się on w Nicei, skąd głos docierał dopiero po piętnastu minutach! Rozmawiał z nim niekiedy, jednak tamten nie bardzo potrafił mu pomóc. Nie rozumiał go, kompletnie go nie rozumiał! A zresztą, trudno się dziwić, wszak mieszkał tam, gdzie było ciepło i niebo lazurowe, gdzie mógł w każdej chwili wyjść na zewnątrz bez skafandra. I był (jak sądził Michel) w dość dobrym stanie psychicznym. Podczas gdy on sam był lekarzem w przytułku, więzieniu, piekle… i to na dodatek lekarzem, który sam jest chory.
Po prostu nie udało mu się przystosować. Ludzie różnią się pod tym względem: to kwestia wrodzonych predyspozycji. Maja, zmierzająca właśnie do luku śluzy, miała zupełnie inny temperament. Dzięki swej naturze czuła się tu (zapewne jak wszędzie) nieźle zadomowiona. Michel podejrzewał, że tak naprawdę ona po prostu w ogóle nie bardzo zauważa swoje otoczenie. A jednak byli w jakiś sposób do siebie podobni. To musiało mieć związek ze wskaźnikiem zmiennościstałości. Łączyła ich szczególna emocjonalność — podobnie odczuwali, oboje byli niestałego usposobienia. Mimo to ich charaktery przecież diametralnie się różniły; aby to dostrzec, należało uzupełnić wskaźnik zmiennościstałości o zestaw cech charakterystycznych dla pojęć ekstrawersji i introwersji. Sprzężenie tych dwóch teorii stanowiło wielkie odkrycie Michela z ostatniego roku, które teraz kształtowało całe jego myślenie o nim samym i jego terapeutycznych obowiązkach.
Zmierzając ku Dzielnicy Alchemików Michel dopasował poranne wydarzenia do siatki tego nowego systemu charakterologicznego. Teoria ekstrawersji/introwersji stanowiła jedną z najdogłębniej przestudiowanych koncepcji w całej historii psychologii. Na jej poparcie istniało całe mnóstwo dowodów zaobserwowanych w wielu różnych społecznościach i odmiennych kulturach. Nie była to oczywiście zwykła dualność, nie można było przypiąć komuś etykietki i raz na zawsze zaszufladkować pod jednym z tych dwóch określeń. W rzeczywistości decydował o tym zespół cech dominujących, jednostka trafiała na jedną lub drugą szalę wagi, zależnie od tego, czy miała takie przymioty jak towarzyskość, impulsywność, zmienność usposobienia, rozmowność, otwartość wobec innych, aktywność, żywotność, pobudliwość, optymizm i szereg innych. Badania pod tym kątem wykonywano już tak wiele razy, że istniała statystyczna pewność (w stopniu niemal zupełnie wykluczającym przypadek), iż pewne cechy występują łącznie. Ta koncepcja musiała być prawdziwa, po prostu nie było innej możliwości!
W gruncie rzeczy badania fizjologiczne udowodniły już, że ekstrawersja łączy się ze słabym — w stanie spoczynku — stanem pobudzenia kory mózgowej, introwersja z jej mocnym pobudzeniem. Początkowo cała ta koncepcja wydała się Michelowi nieco zacofana, ale potem przypomniał sobie, że kora mózgowa rzeczywiście nadzoruje niższe funkcje mózgowe, więc słabe jej pobudzenie powoduje, że ekstrawertyk wykazuje mniej zahamowań w zachowaniu, podczas gdy mocne pobudzenie kory mózgowej ma działanie hamujące i prowadzi do introwersji. W ten sposób można na przykład wyjaśnić, dlaczego picie alkoholu, środka, który obniża pobudzenie kory mózgowej, u niektórych osób wyzwala podniecenie i wywołuje stany niekontrolowanej agresji.