Выбрать главу

Cały zbiór cech typowych dla ekstrawertyków i introwertyków wraz ze wszystkim, co mówią one o czyimś charakterze, można sprowadzić do grupy komórek w podwzgórzu mózgowym, nazywanych siatkowatym układem aktywującym. Od tego obszaru w stopniu decydującym zależy poziom pobudzenia kory mózgowej. A zatem zachowaniem człowieka kieruje biologia. “Nie powinno istnieć coś takiego jak przeznaczenie”, powiedział Ralph Waldo Emerson w rok po śmierci swego sześcioletniego synka. Ale biologia to właśnie przeznaczenie.

Jednak system Michela był dużo bogatszy; przeznaczenie, mimo wszystko, nie może być przecież prostym alboalbo. Ostatnio Michel zaczął brać pod uwagę również wskaźnik równowagi autonomicznej Wegnera, który stosował siedem różnych zmiennych, aby określić, czy daną jednostką rządzi współczulny czy przywspółczulny system autonomicznego układu nerwowego. System współczulny reaguje na zewnętrzne podniety i pobudza organizm do działania, a więc jednostka, którą włada ten układ, jest pobudliwa; system przywspółczulny natomiast przyzwyczaja pobudzony organizm do bodźców i przywraca mu równowagę homeostatyczną, toteż jednostka rządzona przez ten układ jest usposobienia łagodnego. Duffy zaproponował, by nazwać te dwie klasy osobników zmiennymi i stałymi i ta nowa klasyfikacja, choć jeszcze nie tak sławna jak ekstra wertycznointrowertyczna, została dokładnie tak samo solidnie oparta na dowodach empirycznych i okazała się nadzwyczaj przydatna w dalszych badaniach nad ludzkim temperamentem.

Tyle że żaden z tych dwóch systemów klasyfikujących nie daje badaczowi pełnego, całościowego obrazu charakteru obserwowanej osoby. Wszystkie cztery terminy są tak ogólne i są zbiorami tak wielu cech, że w praktycznej diagnostyce dają bardzo niewiele, zwłaszcza gdy w badanej przez Michela populacji okazują się krzywymi Gaussa.

Gdyby wszakże połączyć ze sobą te dwa systemy, badania mogłyby stać się naprawdę niezwykle interesujące.

Pomysł okazał się dość trudny w realizacji i Michel spędził sporo czasu przy ekranie komputera, szkicując jeden rodzaj kombinatorycznych zestawień za drugim, umieszczając oba systemy charakterologiczne na osiach “x” i “y”, tworząc kolejne osie współrzędnych, kolejne wykresy, z których, jak mu się zdawało, wciąż nic nie wynikało. Któregoś dnia jednak przyszło mu do głowy coś zupełnie nowego i ustawił te cztery pojęcia na pozycjach wyjściowych w semantycznym prostokącie Greimasa, schemacie strukturalistycznym o rodowodzie alchemicznym. Greimas twierdził, że aby pokazać rzeczywistą złożoność jakiejś grupy powiązanych z sobą pojęć, nie wystarczy prosta dialektyka, niezbędne jest do tego dostrzeżenie prawdziwej różnicy między przeciwieństwem czegoś, a jego odwrotnością; jak widać od razu, w tym ujęciu pojęcie “nieX” nie jest tym samym co “anryX”. Toteż pierwszy wykres ukazywał zwykle relację przy użyciu czterech terminów: S, — S, S i — S w zwykłym prostokącie:

Gdzie: — Sjest po prostu nieS, S to silniejsze antyS, natomiast — S stanowi negację negacji i albo neutralizuje wstępne przeciwieństwo, albo łączy w sobie dwie negacje. W praktyce wybór między tymi dwiema możliwościami pozostawał często tajemnicą albo koan, chociaż czasem się również wyjaśniał, kiedy samo pojęcie uzupełniało moduł strukturalny dość dokładnie, jak w jednym z przykładów Greimasa:

Następnym krokiem w komplikacji tego modelu, krokiem, w którym nowe połączenia często ujawniają wzajemne strukturalne zależności dotąd wcale nie tak oczywiste, było zbudowanie kolejnego prostokąta, ustawionego pod odpowiednim kątem i opasującego nawiasem pierwszy:

Teraz więc Michel miał przed sobą schemat, na którym przy czterech pierwotnych rogach znajdowały się: ekstrawersja, introwersja, zmienność i stałość, i rozważał wszelkie możliwe kombinacje tych pojęć. I nagle wszystkie fakty zogniskowały mu się w jednym punkcie, jak gdyby kalejdoskop przez przypadek ułożył się w rozetę. Michel zrozumiał, że cały ten schemat teoretyczny idealnie pasuje do rzeczywistości: istnieli bowiem ekstrawertycy pobudliwi i zrównoważeni, introwertycy kierujący się emocjami i tacy, którzy się nimi nie kierowali. Mógłby natychmiast wymienić wśród kolonistów osoby stanowiące przykłady dla wszystkich czterech typów.

Kiedy zastanawiał się nad nazwaniem odkrytych kombinacji, uświadomił sobie w pewnym momencie, że przecież nazwy dla nich już istnieją. Aż parsknął śmiechem. Nie do wiary! To była czysta ironia, wprost niesamowite! I pomyśleć, że aby do tego dojść, wykorzystał rezultaty stu lat badań psychologicznych i niektóre z najnowszych laboratoryjnych metod psychofizjologicznych, nie wspominając o skomplikowanej strukturalistycznej aparaturze, a wszystko po to, żeby na nowo odkryć starą, istniejącą niemal od zarania psychologii, od zarania myśli ludzkiej, klasyfikację predyspozycji emocjonalnych. Niestety, taka była prawda — do tego właśnie doszedł.

I tak, zaczynając od góry wykresu, efekt przedstawiał się następująco: połączenie cech stałości i ekstrawersji dawało (co oczywiste!) osobnika, którego Hipokrates, Galen, Arystoteles, Trimestigus, Wundt i Jung nazywali sangwinikiem. Na zachodniej części szkicu: osobę stanowiącą kombinację ekstrawersji i cech zmiennych należało nazwać cholerykiem, znajdujący się po wschodniej stały introwertyk był flegmatykiem, a zajmujący dół tego rombu introwertyk o cechach zmiennych stanowił oczywiście samą esencję melancholika! Tak, tak, wszystko doskonale do siebie pasowało!

Fizjologiczne wyjaśnienie Galena dla czterech różnych temperamentów było oczywiście niewłaściwe. Współcześni badacze zastąpili “żółć”, “gniew”, “krew” i “flegmę” czynnikami przyczynowymi, którymi zawiaduje siatkowaty układ aktywujący znajdujący się w podwzgórzu mózgowym, ale w gruncie rzeczy prawda o naturze człowieka okazała się niezmienna. Głębia psychologicznej introspekcji i precyzja analitycznego myślenia pierwszych greckich lekarzy były (albo raczej są aż do naszych czasów) tak potężne i przekonujące, o wiele potężniejsze i bardziej przekonujące niż teorie następnych pokoleń, często oślepionych i przytłoczonych balastem zbytecznie zgromadzonej wiedzy. I dlatego tamte starożytne kategorie, stale podważane, przetrwały, wciąż na nowo potwierdzane, epoka po epoce.

Nagle Michel zauważył, że zupełnie bezwiednie dotarł właśnie do Dzielnicy Alchemików. Skupił się na otoczeniu. To tutaj jego towarzysze używali “tajemnej” wiedzy, aby wytwarzać diamenty z węgla. Przychodziło im to tak łatwo i byli w swojej robocie tak perfekcyjni, że wszystkie szyby w ich oknach pokryte już były cieniutką, mikrocząsteczkową warstwą diamentu dla ochrony przed niszczącym pyłem. Ogromne białe solne piramidy (jeden z najdonioślejszych kształtów starożytnej wiedzy) pokryte zostały warstewkami czystego diamentu. A proces jednocząsteczkowego pokrywania diamentem był tylko jedną z tysięcy alchemicznych operacji dokonywanych w tych niskich budynkach.

W ostatnich latach budowle kolonistów nabrały lekko muzułmańskiego charakteru; na ścianach z białych cegieł widniały równania matematyczne i fizyczne w postaci czarnej, falistej kaligraficznej mozaiki. Michel natknął się na Saxa, stojącego obok wzoru prędkości granicznej wymalowanego na ścianie cegielni, włączył się więc na kanał ogólny i zapytał:

— Czy umiesz zamienić ołów w złoto?

Sax z zadumą pokiwał głową w hełmie.

— Dlaczego nie — odparł. — Potencjalnie istnieje taka możliwość. Chociaż to może być dość trudne… Daj mi trochę czasu na zastanowienie…