Выбрать главу

… “I będziemy mieli problem z głowy?”

Czas mijał. Michel pracował. Chociaż właściwie to nie był on, tylko pusta, wydrążona w środku osobowość psychologa, w której pozostało mikroskopijne minimum karłowatego móżdżku, aby pokierować ruchami ciała.

W nocy drugiego dnia Ls=266 Michel położył się do łóżka. Chociaż nic specjalnego nie robił tego dnia, był wyczerpany psychicznie, zupełnie skonany i wymęczony. A jednak leżał w ciemnościach i nie mógł zasnąć. Jego umysł działał ospale. Michel czuł się bardzo, bardzo chory. Szkoda, że nie może przestać udawać, przyznać się publicznie, że przegrał, ogłosić się wariatem i umieścić samego siebie w zakładzie zamkniętym… Albo wrócić do domu. Nie pamiętał prawie nic z ostatnich kilku tygodni, a może ten okres był dłuższy? Nie miał pewności. Bezwiednie zaczął szlochać.

Nagle drzwi skrzypnęły, po czym otworzyły się szerzej i wąski trójkąt światła z korytarza wpadł do wnętrza, oświetlając część pokoju. Za drzwiami jednak nie było nikogo.

— Kto tam? — spytał Duval, starając się, by jego głos zabrzmiał pewnie i stanowczo. — Kto tam jest?

Odpowiedź rozległa się jakby wewnątrz jego ucha, tak jak w interkomie hełmu:

— Chodź ze mną.

Głos należał do mężczyzny.

Michel natychmiast szarpnął się do tyłu i uderzył w ścianę. Podniósł oczy na czarny cień postaci.

— Potrzebujemy twojej pomocy — szepnął tajemniczy osobnik. Chwycił Duvala za ramię, a ten przywarł mocno plecami do ściany. — A ty potrzebujesz naszej. — Głos był przyjazny, ale Michel nie mógł go jakoś rozpoznać. Nie znał go!

Strach pchnął go w nowy świat doznań. Nagle lepiej widział, jak gdyby dotyk tego niespodziewanego gościa poprawił mu wzrok niby szczerbinka celownika albo obiektyw kamery. Michel zobaczył szczupłego mężczyznę o ciemnej karnacji. To naprawdę był ktoś obcy! Zaskoczenie okazało się silniejsze niż strach, więc wstał i z lunatyczną dokładnością zaczął się poruszać w mrocznym świetle. Nałożył obuwie, a następnie za ponaglającym go nieznajomym wyszedł na korytarz, czując po raz pierwszy od lat lekkość marsjańskiego ciążenia. Hol wydawał się płonąć szarawym blaskiem, chociaż Michel zauważył, że włączone są tylko nocne pasy świetlne na podłodze. Najwyraźniej wystarczały, by dobrze widzieć, jeśli się było tak bardzo przerażonym jak on.

Towarzysz Duvala miał krótkie, czarne dredy, które sprawiały, że jego głowa wyglądała jak kaktus. Był niski, szczupły, o pociągłej twarzy. Bez wątpienia ktoś obcy. Zapewne jakiś intruz z którejś z nowych kolonii na południowej półkuli, pomyślał Michel, ale mężczyzna w milczeniu prowadził go przez Underhill świetnie orientując się w terenie. Właściwie całe Underhill pogrążone było w absolutnej ciszy, przypominało niemy, czarnobiały film. Michel spojrzał na swój naręczny wyświetlacz komputerowy; ekran zegara był pusty. Szczelina czasowa. Chciał już spytać: “Kim jesteś?”, ale cisza tak go onieśmieliła, że nie mógł się zmusić, by ją przerwać. Wreszcie z trudem wykrztusił pytanie, a wtedy mężczyzna obrócił się i popatrzył na niego przez ramię; białka jego oczu nienaturalnie połyskiwały w ciemnościach, a wokół tęczówek i nozdrzy o szerokich czarnych dziurkach wytworzyła się jakby lekka luminescencja.

— Przybyłem tu z wami jako pasażer na gapę — wyrecytował dziwnym głosem i szeroko się uśmiechnął. Jego kły różniły się od reszty zębów, były innego koloru i Michel uświadomił sobie w pewnej chwili, że są sztuczne. Zęby z marsjańskiego kamienia!

Mężczyzna wziął Michela pod ramię. Kierowali się do komory powietrznej farmy.

— Nie możemy tam wejść bez hełmów — wyszeptał Michel, opierając się.

— Dzisiejszej nocy możemy. — Mężczyzna otworzył luk śluzy, ale spodziewane przez Michela gwałtowne uderzenie zasysanego powietrza nie nastąpiło, mimo że komora była otwarta na przestrzał. Weszli na farmę i szli wśród ciemnych grządek bujnej roślinności. Powietrze było rozkosznie przyjemne. Hiroko będzie wściekła, gdy się dowie, pomyślał Michel.

Nagle jego przewodnik zniknął. Po chwili Michel spostrzegł jakiś ruch i usłyszał cichy, brzęczący śmiech. Brzmiał jak śmiech dziecka. Niespodziewanie przyszło mu do głowy, że właśnie nieobecność dzieci powoduje to dotkliwe uczucie jałowości całej kolonii. Stawiali tu budynki i uprawiali rośliny, a jednak bez dzieci wrażenie sterylności ciągle przenikało każdy element ich życia.

Śmiertelnie przerażony Michel podążał dalej do centrum farmy. Było ciepło i wilgotno, powietrze pachniało mokrą ziemią, nawozem i liśćmi. Na tysiącach liści iskrzyło się światło, jak gdyby przez przezroczysty dach spadły gwiazdy i otoczyły Michela ze wszystkich stron. Szumiały łany zboża, a czyste powietrze uderzało mu do głowy niczym brandy. Za wąskimi rzędami ryżu zatupotały małe stopki. Nawet w ciemnościach ryż lśnił głęboką, intensywną, czarniawą zielenią. Wśród grządek na wysokości kolan Duvala zaczęły się pojawiać małe uśmiechnięte twarzyczki, znikając natychmiast, gdy tylko się obracał, aby na nie spojrzeć. Krwawy rumieniec zalał mu twarz i ręce, a jego żyły zamieniły się w rzeki płynnego ognia. Cofnął się trzy kroki, potem się zatrzymał i obrócił. Dróżką ku niemu szły dwie nagie dziewczynki; miały ciemne włosy, śniadą skórę, były w wieku około trzech lat. Ich orientalne oczy jaśniały w mroku, miny dziewczynek były uroczyste. Z namaszczeniem wzięły go za ręce i zawróciły; Michel pozwolił im poprowadzić się dróżką, patrząc z góry najpierw na jedną główkę, potem na drugą. Najwyraźniej, pomyślał, ktoś już dawno postanowił rozpocząć walkę z bezpłodnością przedstawicieli pierwszej setki.

Po drodze z zarośli co rusz wyskakiwały kolejne nagie berbecie, gromadząc się wokół ich trójki: zarówno chłopcy, jak i dziewczynki, niektórzy o trochę ciemniejszej, inni o nieco jaśniejszej cerze niż pierwsze dwie młode osóbki. Większość miała skórę tej samej barwy i wszystkie były w tym samym wieku. Dziewięcioro czy dziesięcioro odprowadziło Michela do samego centrum farmy, obiegając go szybkim truchtem. W środku tego labiryntu była mała polanka, na której Michel zobaczył mniej więcej dwanaście dorosłych osób; wszyscy byli nadzy, siedzieli w nierównym kręgu. Dzieci podbiegły do starszych, uściskały ich i usiadły im na kolanach. Michel wytężył wzrok i w gwiezdnej poświacie odbijającej się na lśniących liściach rozpoznał członków zespołu farmerskiego: Iwao, Raula, Ellen, Ryę, Gene’a i Jewgienię. Cała ekipa z wyjątkiem samej Hiroko.

Po chwili wahania Michel zdjął pantofle i ubranie. Położył rzeczy na butach i usiadł na pustym miejscu w kręgu. Nie miał pojęcia, w jakim rytuale bierze udział, ale nie miało to znaczenia. Kilka osób kiwnęło mu głowami na powitanie, a Ellen i Jewgienia usadowiły się po obu jego bokach dotykając go ramionami. Nagle dzieci wstały i oddaliły się jednym z przejść między grządkami, piszcząc i chichocząc. Po chwili wróciły przytulone do kroczącej wolno Hiroko, która weszła w środek kręgu. Jej nagie ciało rysowało się niewyraźnie w mroku. Dzieci ciągnęły ją, a ona obchodziła krąg powoli, wysypując z otwartych dłoni trochę ziemi do nadstawionych rąk siedzących. Kiedy zbliżyła się do niego, Michel podniósł dłonie wraz z Ellen i Jewgienią i zapatrzył się w połyskującą skórę Japonki. Przypomniał sobie, jak pewnej nocy na plaży Villefranche mijał grupę czarnoskórych kobiet pluskających się w srebrzystych falach… Biała, spieniona woda na czarnej, błyszczącej skórze…