Выбрать главу

Błoto w jego ręce było ciepłe i pachniało rdzą.

— Oto jest nasze ciało — odezwała się Hiroko. Przeszła na przeciwległą stronę kręgu, wręczyła każdemu dziecku garść ziemi i odesłała malców, aby wmieszali się między dorosłych. Sama usiadła naprzeciwko Michela i zaintonowała jakąś pieśń po japońsku. Jewgienią pochyliła się do ucha Michela i szeptała mu tłumaczenie czy raczej wyjaśnienie śpiewanych słów.

Celebrują areofanię, obrządek stworzony z inspiracji i pod kierownictwem Hiroko. Było to coś w rodzaju religii przyrody. Czcili świadomość Marsa jako fizycznej przestrzeni, której nieodłącznie towarzyszyła kami — energia czy też moc ducha spoczywającego w samej krainie. Kami manifestowała się w sposób najbardziej oczywisty w pewnych nadzwyczajnych tworach marsjańskiego pejzażu: w kamiennych słupach, leżących samotnie bryłach zastygłej lawy, w stromych urwiskach, osobliwie wygładzonych wnętrzach kraterów czy szerokich kolistych wierzchołkach wielkich wulkanów. Te objawy marsjańskiej kami miały swoje ziemskie odpowiedniki: samych kolonistów, siłę, którą Hiroko nazywała viriditas, tę posiadaną przez nich wszystkich “zieloną” moc o niezwykłej zdolności tworzenia “owoców”. Dzięki niej wyznawcy areofanii wiedzieli, że ich dziki świat jest święty. Kami i viriditas stanowiły kombinację dwóch świętych sił, które czyniły życie jednostki na Marsie ważnym i znaczącym.

Kiedy Michel usłyszał, jak Jewgienią szepcze słowo “kombinacja”, wszystkie terminy natychmiast zaczęły mu się układać w semantyczny prostokąt: kami i yiriditas, Mars i Ziemia, zawiść i miłość, nieobecność i tęsknota. A potem kalejdoskop przestał klekotać i wszystkie prostokąciki poukładały się odpowiednio w umyśle Michela, wszystkie przeciwne sobie pojęcia skurczyły się w jedną piękną rozetę, w serce areofanii: kami zlała się z viriditas, tworząc jednię, w której absolutna czerwień przenikała się z żywą zielenią. Z wrażenia aż otworzył usta; skóra mu płonęła, nie był w stanie wyjaśnić tego, co się z nim dzieje, i wcale nie chciał. Krew płynąca w żyłach paliła jak ogień.

Hiroko przestała zawodzić, podniosła rękę do ust i zaczęła jeść ziemię, którą miała w dłoni. Wszyscy inni poszli za jej przykładem. Michel popatrzył przez chwilę na swoją uniesioną rękę i odruchowo pomyślał, że ma całkiem sporo ziemi do zjedzenia. Wysunął jednak język i zlizał połowę grudki. Kiedy ziemia dotknęła górnego podniebienia, poczuł na sekundę elektryzujący, przejmujący dreszcz. Ziarnista masa ślizgała mu się w ustach, aż zmieniła się w błoto. Smakowało solą i rdzą z nieprzyjemnym dodatkiem posmaku zgniłych jaj i substancji chemicznych. Przełknął je, nieco się dławiąc, a potem zjadł drugą garść.

Z kręgu uczestników obrządku wyszedł cichy szum, samogłoskowe zawodzenie; dźwięki przechodziły jeden w drugi: aaii, ooo, aaa, iii, eee, uuu. Michelowi wydawało się, że śpiewający każdą samogłoskę ciągną niemal przez minutę. Dźwięki rozkładały się na dwie, czasami trzy frazy, a główne tony tworzyły niezwykłe harmonie. Na tle tego akompaniamentu Hiroko zaczęła intonować swoją pieśń. Wszyscy wstali i Michel podniósł się wraz z nimi. Razem przesunęli się do środka kręgu, Jewgienia i Ellen wzięły Michela pod ramiona i pociągnęły za sobą. Następnie cała grupa skupiła się dokoła Hiroko w masie stłoczonych ciał. Michel czuł, jak ze wszystkich stron napiera na niego ciepła skóra. Oto jest nasze ciało. Wiele osób całowało się z zamkniętymi oczyma. Poruszali się powoli. Grupa wiła się w ekstatycznym tańcu, cały czas jedno tuż przy drugim. Czyjeś sztywne włosy łonowe połaskotały pośladki Michela, a przy biodrze poczuł coś, co musiało być czyimś penisem w stanie erekcji. Ziemia leżała mu ciężko na żołądku i poczuł dziwne oszołomienie. Krew płonęła mu w żyłach żywym ogniem, a własna skóra wydawała się jedynie nadmuchanym balonem, który skrywa ten żar. Niezwykłe mnóstwo gwiazd stłoczyło mu się nad głową; lśniły wieloma kolorami: były zielone, czerwone, niebieskie lub żółte. Wyglądały jak opalizujące iskry.

Był feniksem. Hiroko przycisnęła się do niego, a on zaczął się podnosić wśród szkarłatnych płomieni, gotowy na odrodzenie. Japonka trzymała jego nowe ciało w mocnych objęciach i silnie je ściskała. Była wysoka i wydawała się bardzo muskularna, jakby składała się wyłącznie z samych mięśni. Zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem. Poczuł jej piersi przy swoich żebrach, jej twardą kość łonową na udzie. Pocałowała go, jej język dotknął jego zębów; pocałunek smakował ziemią, a potem Michel nagle poczuł ciężar jej całego ciała gwałtownie na niego napierającego. Pomyślał, że do końca życia zapamięta to przejmujące wrażenie, że na każde mimowolne wspomnienie tej chwili jego członek zareaguje erekcją, jednak w tej chwili był zbyt przytłoczony i zawstydzony zdarzeniami, by przełamać własną bierność.

Hiroko odciągnęła jego głowę do tyłu i znów spojrzała mu prosto w oczy. Oddychał chrapliwie, słyszał każdy swój wydech i wdech. Nagle Japonka odezwała się do niego po angielsku. Oficjalnym, a jednocześnie miłym głosem powiedziała:

— To jest twoja inicjacja w areofanii, w świętowaniu marsjańskiego ciała. Witamy cię wśród nas. Czcimy i szanujemy ten świat. I chcemy zrobić tu dla siebie miejsce, miejsce piękne w nowym, marsjańskim znaczeniu, nigdy nie znanym na Ziemi. Zbudowaliśmy w tajemnicy ukryte pomieszczenia na południu i teraz tam jedziemy. Znamy cię i kochamy. Wiemy, że zawsze możemy skorzystać z twojej pomocy. I ty możesz korzystać z naszej. Chcemy zbudować właśnie to, za czym tak tęsknisz, czego brak tak ci doskwiera. Tyle że w nowych formach. Nie chcemy nigdy zawracać. Musimy iść naprzód. Znaleźć swoją własną drogę. Zaczynamy dziś wieczorem. Chcemy, żebyś pojechał z nami.

A Michel powiedział:

— Pojadę.

CZĘŚĆ 5 — Wkraczamy do historii

W laboratorium rozlegał się cichy szum. Biurka, stoły i ławki pozastawiane były przeróżnymi przedmiotami, na białych ścianach wisiało mnóstwo wykresów, schematów i rycin, a wszystko lekko wibrowało w jaskrawym, sztucznym oświetleniu. Pomieszczenie wyglądało jak każde inne laboratorium: było dość czyste, ale jednocześnie dziwnie nieporządne. Ponieważ na dworze zapadła już noc, pojedyncze okno znajdujące się w rogu było w tej chwili czarne i odbijało się w nim wnętrze.

Budynek świecił pustkami. Jedynie nad jednym z biurek pochylało się właśnie dwóch mężczyzn w laboratoryjnych fartuchach, aby popatrzeć na ekran komputera. Niższy z nich wystukał palcem jakieś polecenie na klawiaturze i obraz na ekranie zmienił się. Na czarnym tle pojawiły się zielone serpentyny, które wiły się we wszystkie strony, stwarzając ostrą iluzję trójwymiarowości, jak gdyby ekran był kostką. Był to obraz spod mikroskopu elektronowego, a pole obserwacji w rzeczywistości miało zaledwie kilka mikronów średnicy.

— Widzisz, to jest coś w rodzaju plazmidowej reperacji genów — oświadczył niższy naukowiec. — Zlokalizowaliśmy już pęknięcia wyjściowych nici DNA. Teraz syntetyzujemy właściwe sekwencje. Kiedy wprowadzi się do komórki wiele takich odcinków, rozpoznają one punkty pęknięć i wiążą się z właściwymi nićmi DNA.

— Jak je wprowadzacie? Stosujecie transformację? A może elektroporację?