— Transformację. Wyznaczonym do reperacji komórkom wstrzykuje się także dodatkowe substancje i podane odcinki DNA trafiają do odpowiedniego miejsca.
— In vivo?
— Tak.
Drugi naukowiec zagwizdał cicho.
— A więc możecie naprawić co tylko chcecie? Na przykład jakiś błąd podziału komórkowego…
— Zgadza się.
Dwaj mężczyźni zapatrzyli się w serpentyny na ekranie, falujące niczym młode pnącza winorośli na wietrze.
— Masz jakieś dowody?
— Czy Wład pokazywał ci myszy w następnym pokoju?
— Taak.
— Te myszy mają już piętnaście lat.
Mężczyzna znów gwizdnął.
Weszli do sąsiedniego pomieszczenia, mrucząc coś do siebie. Ich rozmowę zagłuszał szum maszyn. Wysoki naukowiec zajrzał ciekawie do klatki, gdzie pod drewnianymi wiórami oddychały futrzane kulki. Wychodząc badacze wyłączyli światła w obu pomieszczeniach. W pierwszym laboratorium jarzył się tylko migoczący ekran mikroskopu elektronowego, rzucając zielony poblask na całą salę. Mężczyźni podeszli do okna. Nadal rozmawiali ściszonymi głosami. Wyjrzeli na zewnątrz. Niebo powoli zabarwiało się purpurą wschodzącego słońca, gwiazdy znikały jedna po drugiej. Na horyzoncie widniało olbrzymie, czarne masywne cielsko, gigantyczny wulkan w kształcie kopca o płaskim wierzchołku. Był to Olympus Mons, największa góra w Układzie Słonecznym.
Wysoki naukowiec potrząsnął głową.
— To wszystko zmienia, wiesz o tym, prawda?
— Tak, wiem.
Z dna szybu niebo wyglądało jak jaskrawo-różowy pieniążek. Szyb był okrągły, miał kilometr średnicy i siedem kilometrów głębokości, jednak z dołu wydawał się o wiele węższy i głębszy. Perspektywa często płata figle ludzkiemu oku.
Tak jak ten ptak, lecący właśnie w dół — okrągła różowa kropka na niebie. Wyglądał na tak dużego… Tylko że to wcale nie był ptak.
— Hej — powiedział John. Dyrektor szybu, Etsu Okakura, Japończyk o owalnej twarzy, zmierzył go czujnym wzrokiem i przez dwie szybki ich hełmów John dostrzegł jego nerwowy uśmiech. Jeden ząb Japończyka wyraźnie różnił się kolorem od pozostałych.
Okakura zadarł głowę w górę.
— Coś spada! — zawołał szybko, a potem dodał: — Uciekajmy!
Odwrócili się i ruszyli biegiem. John szybko sobie uzmysłowił, że z połyskującego czarnego bazaltu powierzchni usunięto wprawdzie większość luźnych skał, ale nie uczyniono najmniejszego wysiłku, aby wyrównać dno szybu. Im szybciej biegł, tym większą przeszkodę stanowiły miniaturowe kratery i maleńkie urwiska. Ta pospieszna rejterada uświadomiła mu z całą wyrazistością, że nie jest już młodzieniaszkiem, że dawno zatracił dawną zwinność; z każdym krokiem czuł się coraz bardziej zmęczony, z trudem pokonywał nierówności podłoża. Biegł po nieznanym terenie najszybciej jak potrafił, co jakiś czas podskakując i potykając się, ale nie przystając ani na moment. Taki szaleńczy bieg nie mógł trwać zbyt długo i w końcu Boone zahaczył o coś butem, stracił równowagę i runął, uderzając się o chropowaty kamień; wyrzucił przed siebie ramiona, aby ocalić przed rozbiciem szybkę hełmu. Wcale nie pocieszył go fakt, że Okakura także upadł. Na szczęście ta sama grawitacja, która spowodowała ich upadek, dała im także więcej czasu na ucieczkę — spadający obiekt jeszcze nie dotarł do powierzchni. Podnieśli się więc szybko z ziemi i ruszyli dalej. Okakura jednak znów upadł.
I wtedy John spojrzał za siebie i zobaczył jaskrawą, metaliczną plamę, która uderzyła w skałę. W tym samym momencie rozległ się potężny huk, jakby zerwał się huragan. Na wszystkie strony rozprysnęły się srebrne odłamki; niektóre poleciały w ich kierunku. John zatrzymał się i wpatrzył w powietrze oczekując następnych odprysków. Nie było słychać najmniejszego dźwięku.
Potem przez powietrze przeleciał duży cylinder hydrauliczny i trzasnął najpierw jednym, potem drugim końcem w ziemię z lewej strony, aż obaj podskoczyli. Nawet nie zauważyli, że się zbliża.
Następnie wszystko znieruchomiało. Mężczyźni prawie przez minutę tkwili nieruchomo, później Boone się poruszył. Czuł pot na całym ciele. Mieli na sobie skafandry ciśnieniowe; ogrzane do czterdziestu dziewięciu stopni Celsjusza dno szybu było w tej chwili najprawdopodobniej najgorętszym miejscem na Marsie, a przecież izolacja skafandra przystosowana była do ochrony przed zimnem. John zrobił ruch, aby pomóc Okakurze podnieść się, ale w porę się powstrzymał; przypuszczalnie Japończyk woli wstać sam, niż mieć wobec Boone’a gin, za pomoc. Jeśli John rzeczywiście rozumiał właściwie to japońskie pojęcie.
— Rozejrzyjmy się — zaproponował więc tylko.
Okakura podniósł się i ruszyli z powrotem po twardym czarnym bazalcie. Szyb był tak głęboki, że jego budowniczowie już dawno temu przedarli się do litego podłoża skalnego; na dobrą sprawę pokonali około dwudziestu procent drogi przez litosferę. Na dnie było strasznie duszno; wyglądało na to, że zupełnie zawodzi w tych warunkach uszczelnienie skafandrów. System klimatyzacyjny walkera Boone’a dostarczał rurą powietrze, toteż tak bardzo pożądany chłód docierał jedynie do twarzy i płuc. Różowe, obramowane ciemnymi ścianami szybu niebo nad ich głowami połyskiwało niezwykle jaskrawo. Słońce oświetlało tylko krótką, stożkowatą część ściany szybu. W środku lata słońce mogłoby się przedrzeć aż do dna, ale oni znajdowali się na południe od Zwrotnika Koziorożca. Byli tu zawsze w cieniu, zawsze na dole.
Zbliżyli się do wraku. Był to automatyczny samochód-wywrotka. Miał za zadanie transportować skały drogą, która wiła się spiralnie w ścianie szybu. Kawałki spadającej wywrotki zmieszały się z dużymi głazami narzutowymi; niektóre odłamki zostały odrzucone nawet sto metrów od miejsca upadku. A sto metrów dalej gruz był znacznie rzadszy; cylinder, który przeleciał obok nich, musiał zostać wystrzelony pod sporym ciśnieniem.
Stos magnezu, aluminium i stali, wszystko strasznie powykrzywiane. Magnez i aluminium częściowo się stopiły.
— Sądzi pan, że spadł z samej góry? — spytał Boone.
Okakura nie odpowiedział. John spojrzał na niego i zauważył, że Japończyk świadomie unika jego wzroku. Prawdopodobnie był bardzo przerażony.
— Musiało minąć dobre trzydzieści sekund od chwili, gdy ją zobaczyłem, do momentu, w którym spadła — zauważył Boone.
Przy przyspieszeniu około trzech metrów na sekundę do kwadratu czas ten był wystarczający, aby lecący przedmiot mógł osiągnąć prędkość graniczną. Samochód spadał więc z prędkością mniej więcej dwustu kilometrów na godzinę. Na szczęście! Na Ziemi lot tak dużego przedmiotu trwałby mniej niż połowę tego czasu i wywrotka mogłaby spaść prosto na nich. Do diabła, na pewno by ich trafiła, gdyby John szczęśliwie w odpowiednim momencie nie spojrzał w górę. Dokonał szybkich obliczeń. Wywrotka znajdowała się prawdopodobnie mniej więcej w połowie szybu, gdy ją dostrzegł. Musiała więc już spadać od jakiegoś czasu.
Boone kręcił się w szczelinie między ścianą szybu i stosem złomu. Samochód wylądował na prawym boku, natomiast lewy był zdeformowany niemal nie do poznania. Okakura wspiął się na wrak, a gdy znalazł się kilka stóp nad ziemią, bez słowa wskazał na czarną plamę za lewym przednim kołem. John wdrapał się w ślad za Japończykiem, pomagając sobie przy tym stalowym pazurem rękawicy przymocowanym do wskazującego palca prawej dłoni. Czarny osad z wyglądu przypominał sadzę. Boone wiedział, co to oznacza. Wybuch azotanu amonowego. Korpus wywrotki wygiął się w tym miejscu, jak gdyby został uderzony potężnym młotkiem.
— To musiał być spory ładunek — zauważył Amerykanin.