— Tak — odparł Okakura i odchrząknął. Najwyraźniej jest potwornie przestraszony, ocenił John. Nic dziwnego, skoro “pierwszy człowiek na Marsie” o mało nie zginął, gdy znajdował się pod jego opieką. No i, rzecz jasna, on sam również cudem uniknął śmierci. Trudno powiedzieć, który z tych faktów przeraził Japończyka bardziej. — Wystarczający, aby zepchnąć wywrotkę z drogi.
— No cóż, mówiłem panu, że na planecie zanotowano już kilka przypadków sabotażu.
Okakura zmarszczył brwi.
— Ale kto? I dlaczego?
— Nie wiem. Czy ktoś w pana zespole miał może ostatnio jakieś problemy, hmm… No, z własną psychiką?
— Nie. — Twarz Japończyka była idealnie obojętna. John jednakże bardzo dobrze wiedział, że na Marsie w każdej grupie większej niż pięć osób zwykle znajduje się co najmniej jedna, która przeżywa tego typu trudności, a miasteczko przemysłowe Okakury liczyło pięciuset mieszkańców.
— To jest już szósty przypadek, jaki widziałem — dodał John. — Chociaż nigdy jeszcze nie otarłem się tak blisko o śmierć. — Roześmiał się.
W pamięci pojawił mu się obraz różowego nieba i wypełniającej go kropki przypominającej ptaka. — Nietrudno przymocować bombę do wywrotki, a potem ją zepchnąć. Czas wybuchu można ustalić dokładnie za pomocą zegara albo wysokościomierza…
— Chodzi panu o “czerwonych” — Okakura odetchnął z ulgą. — Słyszeliśmy o nich. Ale przecież… — Wzruszył ramionami. — To szaleństwo.
— Tak, to prawda. — John ostrożnie zeskoczył z wraku samochodu. Ruszyli po dnie szybu do czekającego na nich pojazdu. Okakura przełączył się na inny kanał i zaczął rozmawiać z ludźmi na górze.
John zatrzymał się na środku, aby się po raz ostatni rozejrzeć. Naprawdę trudno było ocenić wysokość szybu. Mroczne światło i pionowe ściany przywiodły mu na myśl katedrę, ale każda katedra, jaką kiedykolwiek zbudowano, wyglądałaby jak domek dla lalek, gdyby postawić ją na dnie tego ogromnego wykopu. Niemal nadrealny rozmiar tej dziury sprawił, że John aż zamrugał i doszedł do wniosku, że zbyt długo stał z odchyloną głową.
Wsiedli do łazika i ruszyli w górę drogą wykutą w bocznej ścianie. Gdy dojechali do pierwszej windy, wysiedli z auta i przeszli do klatki wyciągu. Przejechali kawałek w górę, potem wysiedli i przeszli do następnej windy. Jeszcze siedem razy przesiadali się w ten sposób z jednego dźwigu do drugiego. Narastająca powoli jasność wydawała się znacznie jaskrawsza od zwykłego światła dziennego. Po drugiej stronie szybu John cały czas widział ścianę przeciętą podwójną spiralą dwóch dróg: jak wodne znaki w ogromnej wywierconej przez człowieka dziurze. Dno szybu niknęło w ciemnościach, nie dostrzegał już nawet wywrotki.
Gdy jechali dwiema ostatnimi windami, otaczał ich już regolit — najpierw megaregolit, wyglądający jak popękane skalne podłoże, a potem regolit właściwy, którego skała, żwir i lód ukryte były za betonowym zabezpieczeniem: wygładzoną, wygiętą ścianą, przypominającą zaporę i ukośnie odchyloną tak daleko w tył, że ostatnia winda była w istocie koleją zębatą. Zapuścili się w górę tym ogromnym kominem — “odpływem z wanny Wielkiego Człowieka”, jak go kilka godzin temu w drodze na dół nazwał Okakura — i w końcu wydostali się na powierzchnię, na zewnątrz, na słońce.
Boone wysiadł i spojrzał w dół. Regolitowe zabezpieczenie wyglądało jak wewnętrzna ściana bardzo łagodnego krateru, po której spiralnie w dół schodziła dwupasmowa droga. Tylko że ten krater nie miał dna. Nazywali go moholem. John widział zaledwie jego niewielki fragment, ponieważ ściana szybu znajdowała się w cieniu i tylko jedna spirala opadającej drogi była w ogóle oświetlona, przypominając coś w rodzaju zawieszonych w powietrzu schodów, prowadzących przez pustkę ku jądru planety.
Trzy olbrzymie samochodywy wrotki, pełne czarnych głazów, parły powoli w górę ugniatając ostatni odcinek drogi. Jak wyjaśnił Johnowi Okakura, ostatnio jazda z dna szybu zabierała im aż pięć godzin. Powodem był bardzo kiepski nadzór, zresztą zmora niemal całego projektu, zarówno produkcji sprzętu, jak i jego obsługi. Mieszkańcy osady musieli kontrolować równocześnie programowanie i wykonanie każdej operacji, a ponadto do ich obowiązków należała konserwacja oraz wykrywanie i usuwanie usterek. A teraz jeszcze zabezpieczenia.
Miasto, nazwane Senzeni Na, rozciągało się na dnie najgłębszego kanionu regionu Thaumasia Fossae. Najbliżej wylotu znajdował się park przemysłowy, gdzie wytwarzano większość sprzętu do prac eksploatacyjnych i przetwarzano fragmenty skalnej ściany tuż przy wylocie, ponieważ zawierała śladowe ilości pewnych cennych metali.
Boone i Okakura weszli do stacji na obrzeżu kanionu, zmienili skafandry ciśnieniowe na kombinezony powleczone warstwą miedzi i ruszyli ku jednemu z przezroczystych tuneli spacerowych, które łączyły wszystkie budynki w mieście. W tunelach było chłodno, ale słonecznie i chodziło się w ubraniach pokrytych na zewnątrz cienką warstwą folii w kolorze miedzi, stanowiących najnowsze japońskie odkrycie w badaniach nad odpornością materiałów na promieniowanie. Miedziane istoty, kręcące się po przezroczystych rurach, skojarzyły się Boone’owi z farmą gigantycznych mrówek. W górze chmura ciepłych wyziewów kolonii zamarzała, potem strzelała jak para z otwartego zaworu; następnie chwytały ją bardzo silne wiatry i rozwiewały w długą, rozpłaszczoną i rozciągniętą smugę.
Właściwe kwatery mieszkalne miasta zbudowano na południowo-wschodniej ścianie kanionu. Duży prostokątny odcinek urwiska zastąpiono szkłem, za nim znajdowała się wysoka otwarta hala, a na jej końcu pięć pięter tarasowo usytuowanych mieszkań.
Mężczyźni przeszli przez halę i Okakura powiódł Johna w górę do biur zarządu miasta, które znajdowały się na piątym piętrze. Po drodze dołączali do nich ludzie. Wszyscy wyglądali na bardzo poruszonych. Rozmawiali między sobą i wypytywali Okakurę. Całą grupą przeszli przez biura i wyszli na zewnętrzny balkon. John obserwował uważnie, jak Japończyk w ojczystym języku opisuje zebranym zdarzenie. Kilku spośród słuchaczy najwyraźniej się zdenerwowało, a większość unikała spojrzenia Johna. Czy sama bliskość nieszczęścia wystarczała, aby zaciągnąć wobec kogoś giril Okakura koniecznie chciał sprawdzić, czyjego współziomkowie nie czują się czasem skompromitowani albo coś w tym rodzaju. Hańba jest dla Japończyka czymś strasznym i dyrektor szybu wyglądał na coraz bardziej zrozpaczonego i nieszczęśliwego, jak gdyby uznał, że wypadek wydarzył się z jego winy.
— Macie chyba świadomość, że wybuch mógł spowodować zarówno obcy, jak i ktoś stąd — odezwał się odważnie John, a potem zaczął im przedstawiać swoje pomysły dla zapewnienia lepszego bezpieczeństwa w przyszłości: — Obrzeże kanionu stanowi idealną barierę. Zainstalujcie tu system alarmowy i kilku ludzi ze stacji będzie mogło pilnować zarówno całego osiedla, jak i wind. Możliwe, że okaże się to stratą czasu, ale trzeba być przygotowanym na kolejne ataki.
Okakura spytał nieśmiało, czy Boone domyśla się, kto mógłby być odpowiedzialny za sabotaże. John wzruszył ramionami.
— Przykro mi, ale nie mam pojęcia. Przypuszczam, że ludzie przeciwni kopaniu moholi.
— Ależ mohole są już wykopane — zauważył jeden z Japończyków.
— Wiem. Może chodzi o symboliczny protest. — Uśmiechnął się. — Tyle że gdyby wywrotka spadła komuś na głowę, nie byłby to zbyt ładny symbol.
Zebrani poważnie pokiwali głowami. John żałował, że nie ma takich jak na przykład Frank zdolności do nauki języków obcych — bardzo by mu to pomogło w porozumieniu się z tymi ludźmi. Trudno mu było ich zrozumieć, trudno odgadnąć, co naprawdę myślą.