— Albo zrobią to szefowie ponad-narodowych konsorcjów… — zastanowił się głośno Boone. Znowu miał przed oczyma wywrotkę spadającą z nieba. I wtedy podjął decyzję. — W porządku, Sax. Porozmawiam z Ann. A potem powinniśmy się zebrać i pomówić o ochronie wszystkich prac związanych z terraformowaniem. Jeśli uda nam się szybko skończyć z sabotażami, może UNOMA nie będzie się wtrącać.
— Dzięki, John.
Boone wyszedł na balkon apartamentu. Halę wypełniały sosny z Hokkaido i zimne powietrze było aż gęste od intensywnego zapachu żywicy. Postaci w miedzianych kombinezonach kręciły się między drzewami. John zastanowił się nad nową sytuacją. Już od dziesięciu lat pracował dla Russella. Zarządzał moholami i reprezentował grupę zajmującą się terraformowaniem na zewnątrz, zajmował się kontaktami z prasą i wszystkim, co wiązało się z propagowaniem ich programu; znajdował w tej pracy przyjemność, ale nie opanował nawet w najmniejszym stopniu żadnej z nauk zaangażowanych w program, nie zależały więc od niego decyzje merytoryczne. Wiedział, że wiele osób postrzega go zaledwie jako marionetkę, myśli o nim jako o sławnym podróżniku rzuconym na pożarcie ziemskim dziennikarzom i naukowcom, uważa, że jest durnym kosmicznym “fizolem”, prostakiem, któremu raz się powiodło i całe życie czerpie korzyści z tego jednego wyczynu. John wcale się tym nie przejmował, wiedział, że zawsze będą istnieli ludzie, którzy sięgają człowiekowi zaledwie do kolan i próbują wszystkich przyciąć do swojego rozmiaru. To było nieuniknione, ale uważał, że w jego wypadku naprawdę się mylą. Miał świadomość swej władzy i znał swoje możliwości; były spore, chociaż być może tylko on sam dostrzegał je w całej pełni, gdyż polegały na umiejętności odbywania nie kończącego się szeregu spotkań twarzą w twarz. I dopiero w czynach ludzi widział wpływ, jaki na nich wywarł. Jego moc tkwiła zarówno w jego wizji, przenikliwości i bystrości umysłu, jak i w umiejętności przekonywania, a także możliwości swobodnego przemieszczania się, wykorzystywania własnej sławy, licznych wpływów… Może i dla niektórych był marionetką, ale mimo wszystko stał na czele, wskazując innym drogę.
Poza tym miał ochotę na to nowe zadanie. Miał już pewne przeczucia i podejrzenia. Zadanie było delikatne, trudne, może nawet ryzykowne… ale przede wszystkim było frapujące. Stanowiło nowe wyzwanie, a John takie właśnie lubił najbardziej. Wrócił do pokoju i położył się do łóżka. (”Tu spał sam John Boone!”) Przyszło mu do głowy, że teraz będzie nie tylko pierwszym człowiekiem, jaki wylądował na Marsie, ale również pierwszym tutejszym detektywem. Uśmiechnął się na tę myśl i po raz ostatni przed zaśnięciem w jego nerwach rozżarzyła się megaendorfina.
Ann Clayborne robiła pomiary geodezyjne w górach otaczających Basen Argyre, John musiał więc wynająć szybowiec, aby polecieć do niej z Senzeni Na.
Następnego dnia rano wstał wcześnie i windą balonową udał się do miejsca cumowania sterowca stacjonarnego unoszącego się stale nad miastem. Z windy spojrzał w dół na zapierające dech w piersiach rozległe kaniony Thaumasii. Potem wsiadł do nieruchomego sterowca, z którego opuścił się do kabiny pilota jednego z szybowców przymocowanych do podwozia ogromnego balonu. Zabezpieczył się, a później odczepił szybowiec i maszyna natychmiast zaczęła opadać jak kamień, dopóki John nie wprowadził jej w prąd termiczny moholu, który podrzucił ją gwałtownie w górę. Udało mu się opanować maszynę i duży, a jednocześnie pajęczo lekki statek wszedł w ostre wirowanie wznoszące. Lot szybowcem kojarzył się Johnowi z jazdą na bańce mydlanej nad ogniskiem i uwielbiał to!
Na wysokości pięciu tysięcy metrów pióropusz chmury spłaszczył się i zaczął się rozciągać na wschód. John pikował, wychodząc z korkociągu, a potem skierował się na południowy wschód. Od momentu, gdy wyczuł maszynę, jej prowadzenie zaczęło mu sprawiać wielką przyjemność, wręcz bawił się lotem. Jednak, jeśli chciał dotrzeć do Argyre, musiał pamiętać, aby ostrożnie wykorzystywać siłę wiatrów.
Celował w rozmazany, żółty blask słońca. Wiatr dmuchał maszynie w skrzydła. John spojrzał w dół. Ląd był w kolorze ciemnej czerwonawej rdzy, która na horyzoncie przechodziła stopniowo w coraz jaśniejszy oranż. Leżący na południu górzysty, dziki teren, usiany tysiącami wypukłości i kraterów, miał surowy, pierwotny, księżycowy wygląd, charakterystyczny dla stref silnie bombardowanych meteorytami. John uwielbiał latać nad takimi krainami i teraz pilotował niemal podświadomie, koncentrując uwagę na powierzchni planety. Czuł się doprawdy niezwykle, gdy tak siedział wyprostowany i leciał, czując wiatr jakby pod łokciami, obserwując ziemię i nie myśląc o niczym konkretnym. Miał sześćdziesiąt cztery lata, był rok 2047 (czyli dla niego “Mrok dziesiąty”) i od prawie trzydziestu lat był najsłynniejszym żyjącym człowiekiem. A ostatnio najszczęśliwszy czuł się właśnie podczas takich samotnych lotów.
Dopiero po godzinie zaczął rozmyślać o swoim nowym zadaniu. Musiał nad sobą bardzo panować, aby nie ulec fantazjom na temat staroświeckiego detektywa ze szkłem powiększającym i cygarem albo nowoczesnego tajniaka z pistoletem automatycznym. Część pracy mógł przecież wykonać już podczas lotu. Zadzwonił do Saxa i spytał go, czy mógłby podłączyć swój AI do plików emigracyjnych UNOMY i danych dotyczących podróży po planecie, nie pozostawiając po tej operacji żadnych śladów i nie zawiadamiając o tym “firmy”. Sax natychmiast wszystko sprawdził, po czym oddzwonił i powiedział Johnowi, że powinno się udać. Boone przesłał mu więc zestaw pytań i kontynuował lot. Godzinę później gwałtownie zamrugało czerwone światło na konsolecie komputera, który nazywał Pauline, informując, że właśnie przesyłane są nowe dane. John poprosił AI o różnego rodzaju analizy, a potem obejrzał na ekranie wyniki.
Dane dotyczące przemieszczania się po planecie trochę go zmieszały, ale miał nadzieję, że kiedy porówna je z miejscami, gdzie zdarzyły się akty sabotażu, dojdzie do jakichś wniosków. Oczywiście wiedział, że istnieje wiele nie notowanych osób, o których ruchach UNOMA nie ma pojęcia, między innymi cała ukryta kolonia Hiroko. A któż mógł wiedzieć, co Hiroko i jej ekipa myślą o projektach terraformowania? Mimo wszystko John sądził, że warto się przyjrzeć tym danym.
Na horyzoncie przed nim wyrosło nagle Nereidium Montes. Mars nigdy nie był planetą specjalnie aktywną tektonicznie, toteż pasma górskie stanowiły tu rzadkość. Te, które istniały — co z tej wysokości wyraźnie rzucało się w oczy — były przeważnie ogromnymi stożkami kraterów, pierścieniami materii wyrzuconej przez tak potężne uderzenia meteorytów, że gruzy spadały na powierzchnię w dwóch lub trzech ułożonych koncentrycznie kręgach szerokich na wiele kilometrów i niezwykle poszarpanych. Hellas i Argyre jako największe baseny pouderzeniowe miały również najpotężniejsze obszary górskie. Spośród pozostałych pasm jedynie Phlegra Montes na stoku Elysium było prawdopodobnie fragmentaryczną pozostałością takiego basenu, zalanego później lawą z wulkanów Elysium, ale mogło też być starożytnym Oceanus Borealis. Co jakiś czas wśród pierwszej setki wybuchały na ten temat dyskusje, ale Ann — dla Johna ostateczny autorytet w tego typu kwestiach — nigdy nie wyraziła jednoznacznej opinii na ten temat.
Nereidum Montes tworzyły północne obrzeże Argyre, teraz jednak Ann i jej zespół badali właśnie stożek południowy, Charitum Montes. Boone skorygował swój kurs na południe i wczesnym popołudniem szybował już nisko nad rozległą, płaską równiną Basenu Argyre. Po pogórzu pokrytym śladami intensywnych uderzeń meteorytowych dno tego basenu wydało mu się niemal idealnie równe. Była to płaska, żółtawa równina okolona dużą krzywizną stożków górskiego pasma. Z miejsca, w którym się znajdował, John obejmował wzrokiem około dziewięćdziesiąt stopni łuku stożka, co zupełnie wystarczało, aby uświadomić sobie siłę uderzenia, które uformowało kiedyś Argyre. Widok był zdumiewający. Przeleciał już nad tysiącami marsjańskich kraterów, znał więc gigantyczne rozmiary niektórych areologicznych tworów, ale Argyre wymykała się wszelkim porównaniom. Na przykład dość spory krater nazwany imieniem Galle’a z pewnością okazałby się nie większy niż krosta, gdyby go umieścić na stożku Argyre! Musiała uderzyć w to miejsce co najmniej planeta, pomyślał John. Albo… przynajmniej cholernie duża planetoida.