Выбрать главу

W południowo-wschodnim wygięciu stożka, na dnie basenu przy pogórzu Charitum, Boone spostrzegł cieniutką białą kreseczkę pasa lądowiska. Na takim pustkowiu twory ludzkie były łatwe do zauważenia — wyróżniały się regularnością kształtów, wyglądały niczym latarnia morska na tle morza i lądu. Z ogrzewanych słońcem wzgórz podnosiły się silne prądy termiczne i John skręcił maszyną w dół, wykorzystując sprzyjający wiatr. Gwałtownie tracił wysokość, czemu towarzyszył przeciągły szum; skrzydła szybowca wibrowały w szalonym pędzie. Spadam jak skała, jak ta planetoida, pomyślał z uśmiechem Boone i zaczął podchodzić do lądowania. Wykonał imponujący skręt i osiadł na pasie z maksymalną precyzją, na jaką pozwalały warunki, świadom swojej reputacji świetnego lotnika, którą, rzecz jasna, przy każdej sposobności starał się potwierdzać. Uważał to za część swojej pracy.

Jednak kiedy wysiadł z maszyny i dotarł do zaparkowanych przy lądowisku przyczep, okazało się, że w środku są tylko dwie dziewczyny i żadna nie obserwowała jego przylotu. Oglądały właśnie telewizyjne wiadomości z Ziemi. Gdy przechodził przez wewnętrzny luk śluzy, obie podniosły oczy i skoczyły na równe nogi, aby go powitać. Powiedziały mu — obie były Brytyjkami i mówiły z bardzo twardym i niezwykle czarującym północno-europejskim akcentem — że Ann wraz z ekipą wyruszyła w góry do jednego z górskich kanionów, prawdopodobnie nie więcej niż dwie godziny jazdy stąd. John zjadł z nimi obiad, a potem wziął rovera i wyruszył szlakiem wiodącym przez rozpadlinę do Charitum. Po mniej więcej godzinie posuwania się w górę szczeliną, wyglądającą jak płaskodenne łożysko starego potoku, dotarł do ruchomej przyczepy, przed którą zaparkowane były trzy łaziki. Widok ten skojarzył mu się z pustynnym barem w Mojave.

Przyczepa była pusta, a ślady stóp prowadziły z obozowiska w różnych kierunkach, toteż po chwili zastanowienia Boone wspiął się na pagórek leżący na zachód od obozu i usiadł na jego szczycie. Tam położył się i zasnął, aż obudziło go zimno przenikające przez walkera. Wtedy usiadł, położył sobie na języku kapsułkę megaendorfiny i obserwował, jak czarne cienie wzgórz przesuwają się powoli na wschód. Zaczął analizować zdarzenia w Senzeni Na, przebiegając w myślach wszystko, co miało miejsce przed wypadkiem i kilka godzin po nim. Przypominał sobie spojrzenia ludzi i słowa swoich rozmówców. Nagle uświadomił sobie, że obraz spadającej wywrotki jeszcze teraz powoduje u niego przyspieszenie tętna.

Niemal w tym samym momencie w rozpadlinie między leżącymi na zachodzie wzgórzami pojawiły się miedziane figurki. John wstał i zaczął schodzić z pagórka. Spotkał się z nimi na dole przy przyczepie.

— Co tu robisz? — spytała Ann na kanale pierwszej setki.

— Chcę porozmawiać.

Chrząknęła i rozłączyła się.

Nawet bez niego przyczepa byłaby zatłoczona. Usiedli w głównej sali stykając się kolanami, podczas gdy Simon Frazier podgrzewał sos do spaghetti i gotował wodę na makaron w małej kuchennej wnęce. Jedyne okno przyczepy wychodziło na wschód i jedząc, obserwowali cienie gór przesuwające się ponad dnem wielkiego basenu. John przywiózł ze sobą półlitrową butelkę lokalnego koniaku z Utopii. Otworzył ją jeszcze przed kolacją, co wywołało okrzyki aprobaty. Kiedy areolodzy sączyli trunek, zmywał naczynia (”naprawdę chcę” — odpowiedział na protesty) i pytał, jak przebiegają badania. Szukali śladów starożytnych okresów lodowcowych. Znalezienie ich poparłoby ten model wczesnej historii planety, który zakładał istnienie oceanów wypełniających niziny.

Tylko czy Ann, pomyślał John słuchając opowieści naukowców, rzeczywiście chciałaby znaleźć ślady przeszłości oceanicznej? Przecież wtedy przyczyniłaby się do potwierdzenia modelu, który lansuje zespół zwolenników terraformowania: twierdzenie, że starają się przywrócić na Marsie jedynie wcześniejszy stan rzeczy, znalazłoby poparcie dowodowe. Narzucało się więc podejrzenie, że tak naprawdę może wcale nie pragną niczego odnaleźć. Czy w związku z tym Ann nie była uprzedzona do całego przedsięwzięcia? Cóż, pewnie tak, byłoby to zupełnie zrozumiałe. Może nie do końca świadomie, może podświadomie — ale przecież, ostatecznie, świadomość jest w nas tylko czymś w rodzaju cieniutkiej litosfery, pod którą znajduje się duże, gorące jądro. Każdy dobry detektyw powinien zawsze mieć to w pamięci.

Jakkolwiek było, wszyscy przebywający w przyczepie — a byli to przecież wspaniali areolodzy — zgodnie twierdzili, że nie znaleźli żadnych śladów zlodowacenia. Znajdowały się tu głębokie baseny przypominające lodowcowe cyrki, wysokie doliny w klasycznym dla dolin polodowcowych kształcie litery “U” oraz pewne konfiguracje kopuł i ścian, które mogły powstać w rezultacie obróbki glacjalnej. Wszystkie te osobliwości terenu zauważono już kilkadziesiąt lat temu na zdjęciach satelitarnych i ponieważ towarzyszyło im kilka jaskrawych pobłysków, niektórzy badacze sądzili, że mogą to być refleksy szczątkowego lodowca, pozostałego jeszcze w najbardziej osłoniętych od wiatru partiach dolin. Ale tu nie było żadnych moren: ani bocznych, ani dennych, nie było też najmniejszych śladów obróbki ani linii przejściowych, gdzie mogłyby wystawać nawet z najwyższych poziomów starożytnego lodu nanatuki. Nie znaleziono niczego. Według ekipy Ann był to kolejny przypadek tego, co nazywali “areologią niebiańską”, pseudonauki powstałej kiedyś na Ziemi opartej na wczesnych analizach zdjęć satelitarnych powierzchni Marsa i obrazów z teleskopów. Do “areologii niebiańskiej” należała teoria marsjańskich kanałów, a także wiele mniej znanych kiepskich hipotez, które badali teraz areolodzypraktycy i, niestety, większość z teoryjek wobec znajdowanych na powierzchni śladów ewolucji planety załamywała się, czy też, jak mawiała grupa Ann, “wyrzucano je do kanału”.

Teoria lodowcowa jednakże, a także model oceaniczny, którego była częścią, najdłużej przetrwała w świadomości ludzkiej, okazała się bardziej “odporna na fakty” niż inne. Po pierwsze dlatego, że prawie każdy model kształtowania planety sugerował, iż prawdopodobnie kiedyś było na niej wiele wody, która odpowietrzyła się i ulotniła do atmosfery, a później musiała gdzieś opaść. A po drugie, pomyślał John, dlatego że istniało wiele osób, których potwierdzenie hipotezy oceanicznej podniosłoby na duchu, rozwiewając ich wątpliwości co do tego, czy terraformowanie jest posunięciem etycznym. Natomiast przeciwnicy terraformowania… Nie, wcale nie był zaskoczony, że grupa Ann niczego nie odkryła. Pobudzony nieco koniakiem i zirytowany nieprzyjaznym zachowaniem Ann, John krzyknął z kuchni:

— A jeśli istniały tu lodowce zupełnie niedawno, powiedzmy, jakiś miliard lat temu? Zdaje mi się, że sporo czasu potrzeba, aby na powierzchni pozostał jakikolwiek przekonujący ślad, na przykład pobłysk lodowcowy, moreny czy nanatuki. Widoczne gołym okiem wielkie i niezwykłe formy rzeźby terenu nie są dowodem, jak rozumiem. Zgadza się?