Выбрать главу

Ann, która dotąd milczała, odezwała się nagle:

— Formy rzeźby terenu, charakterystyczne dla rzekomego zlodowacenia, nie są wcale niezwykłe. Wszystkie są zupełnie pospolite w kategoriach marsjańskich, ponieważ wszystkie zostały uformowane przez spadające z nieba skały. Każda formacja ukształtowała się w ten właśnie sposób, dziwaczne kształty ogranicza jedynie kąt stoku. — Ann nie piła koniaku, odmówiła, gdy Boone chciał jej nalać, co go bardzo zaskoczyło, a teraz ze zdegustowaną miną wbiła wzrok w podłogę.

— Ale chyba nie doliny w kształcie “U”? — prowokował dalej John.

— Tak, takie doliny również.

— Problem w tym, że model oceaniczny jest rzeczywiście trudny do obalenia — odezwał się cicho Simon. — Można nigdy nie znaleźć żadnego dowodu na przeszłość lodowcową, jak to się właśnie dzieje w naszym wypadku, ale to nie przekreśla definitywnie tej hipotezy.

Gdy John skończył sprzątać w kuchni, poprosił Ann, aby poszła z nim obejrzeć zachód słońca. Zawahała się, w jej oczach pojawiła się niechęć, obserwacja zachodzącego nad Czerwoną Planetą słońca należała jednak do jej rytuałów, o czym wiedzieli wszyscy z pierwszej setki, więc wprawdzie z grymasem na twarzy i posyłając Johnowi nieprzyjazne spojrzenia, ale w końcu zgodziła się.

Kiedy znaleźli się na zewnątrz, Boone poprowadził Ann w górę na ten sam szczyt, na którym drzemał kilka godzin temu. Ponad otaczającymi dwoje ludzi czarnymi zębatymi grzbietami niebo zakreślało łuk w kolorze śliwkowym. Nad tym łukiem rodziły się nagle powodzie gwiazd. John stał obok Ann, a ona patrzyła gdzieś w bok. Nierówny horyzont nie był aż tak niezwykły, przypominał nieco niektóre ziemskie krajobrazy. Ann była od Johna trochę wyższa; chuda, kanciasta sylwetka. John lubił ją, ale nawet jeśli Ann kiedyś odwzajemniała jego sympatię — odbyli w przeszłości wiele miłych pogawędek — przestała go cenić, kiedy zaczął pracować z Saxem. Bez względu na to, co robisz, mówiło jej twarde spojrzenie, jesteś moim wrogiem, ponieważ wybrałeś terraformowanie.

Cóż, była to prawda. John wskazał na niebo. Ann dotknęła swego naręcznego notesu komputerowego i nagle Boone usłyszał w słuchawce jej głośne westchnienie.

— O co chodzi? — spytała, nie patrząc w jego stronę.

— O przypadki sabotażu — odparł.

— Tak myślałam. Jak przypuszczam, Russell uważa, że to moja sprawka.

— Wprost tego nie…

— Czy myśli, że jestem idiotką? Co on sobie wyobraża? Miałabym liczyć na to, że taki malutki wandalizm powstrzyma was od waszych chłopięcych zabaw?

— Cóż, nie jest wcale malutki. Było już sześć poważnych wypadków i w wyniku każdego mogli zginąć ludzie.

— Zrzucanie zwierciadeł z orbity może zabić ludzi?

— Jeśli akurat są konserwowane, to tak. Ann prychnęła pogardliwie.

— Co jeszcze się zdarzyło?

— Wczoraj z drogi w szybie moholowym strącono wywrotkę, która wylądowała prawie na mojej głowie. — Usłyszał, jak Ann ciężko łapie oddech. — To już trzecia wywrotka. A tamto zwierciadło zostało wprawione w ruch wirowy właśnie w chwili, gdy znajdowała się na nim jedna z konserwatorek i musiała odbyć samotną podróż na stację, co zajęło jej ponad godzinę. Ledwie przeżyła. Potem wyleciał w powietrze skład materiałów wybuchowych przy moholu w Elysium zaledwie w minutę po tym, jak cała załoga stamtąd wyszła. No i wszystkie porosty w Underhill zabił wirus, który zaatakował całe laboratorium.

Ann wzruszyła ramionami.

— Czego się spodziewałeś po GEM-ach? To mógł być przypadek, jestem zaskoczona, że nie umierają częściej.

— To nie był wypadek.

— Cała ta rozmowa do niczego nas nie doprowadzi. Czy Russell uważa mnie za kompletną kretynkę?

— Wiesz, że tak nie jest. Chodzi mu po prostu o uzyskanie funduszy. Zainwestowano już w ten projekt mnóstwo ziemskich pieniędzy, ale potrzeba jeszcze więcej. A wypadki to zła reklama, która może przekreślić dotychczasowy wysiłek.

— Może i tak — powiedziała Ann. — Powinieneś jednak posłuchać siebie, gdy mówisz takie rzeczy. Ty i Arkady jesteście chyba największymi orędownikami nowej marsjańskiej społeczności. Wy dwaj i może jeszcze Hiroko. Jednak jeśli Russell, Frank i Phyllis nadal będą w taki sposób sprowadzać tu ziemski kapitał, całość wymknie się wam spod kontroli. Dla ludzi z Ziemi będzie to zwykły interes, a wszystkie twoje idee pójdą w zapomnienie.

— Dochodzę do przekonania, że w gruncie rzeczy wszyscy pragniemy dla tej planety mniej więcej tego samego — oświadczył John. — Chcemy wykonywać dobrą robotę w dobrym miejscu. Po prostu każde z nas kładzie nacisk na różne kwestie, to wszystko. Gdybyśmy tylko skoordynowali nasze wysiłki i działali jako zespół…

— Nie chcemy tych samych rzeczy dla tej planety! — oburzyła się Ann. — Wy chcecie zmienić Marsa, a ja nie. Proste, prawda? Właśnie to nas dzieli.

— Cóż… — John zająknął się, słysząc gorycz w jej głosie. Szli powoli dokoła wzgórza, poruszając się jakby w skomplikowanym tańcu, który imitował rozmowę. Czasami stawali twarzą w twarz, a czasami obracali się do siebie plecami. Ale głos Ann zawsze był tuż przy jego uchu, a jego głos przy uchu Ann. John lubił rozmowy prowadzone w hełmach i wykorzystywał ich specyfikę, wiedząc, że głos słyszany w słuchawce może być przekonujący, pieszczotliwy i hipnotyczny. — To niestety wcale nie jest takie proste. To znaczy… uważam, że powinnaś pomagać tym spośród nas, których poglądy są najbliższe twoim, a zwalczać tylko te naprawdę skrajnie przeciwstawne.

— Ależ ja tak postępuję.

— l dlatego właśnie przychodzę cię zapytać, co wiesz o wypadkach sabotażu. To ma sens, prawda?

— Nic o nich nie wiem. Ale życzę im powodzenia.

— Osobiście?

— Co masz na myśli?

— Śledziłem twoje posunięcia w ostatnich paru latach: zawsze byłaś blisko każdego wypadku, byłaś w każdym miejscu najpóźniej na miesiąc przed każdym zdarzeniem. Senzeni Na odwiedziłaś kilka tygodni temu po drodze tutaj, zgadza się?

Wsłuchał się w oddech Ann. Była wściekła.

— Używają mnie jako przykrywki — wymamrotała i dodała coś jeszcze, czego nie usłyszał.

— Kto?!

Obróciła się do niego plecami.

— Powinieneś spytać Kojota o to gówno, John.

— Kojota?

Roześmiała się krótko.

— Nie słyszałeś o nim? Ludzie mówią, że chodzi po marsjańskiej powierzchni bez walkera. Skacze to tu, to tam, czasami w jedną noc obiega całą planetę. Znał samego Wielkiego Człowieka, kiedyś w dawnych, dobrych starych czasach. To wielki przyjaciel Hiroko. l wielki wróg terraformowania.

— Spotkałaś go?

Nie odpowiedziała.

— Słuchaj — mruknął po chwili milczenia — będą ginąć ludzie. Niewinni i przypadkowi.

— Niewinni ludzie będą ginąć, kiedy stopi się wieczna zmarzlina i ziemia zacznie się załamywać pod naszymi stopami. Z tym również nie mam nic wspólnego. Po prostu wykonuję swoją pracę. Próbuję skatalogować to, co się tutaj znajdowało, zanim przybyliśmy.

— Może. Tyle że jesteś najsłynniejszą ze wszystkich “czerwonych”. I z tego powodu sabotażyści musieli się z tobą skontaktować. Szkoda, że ich nie zniechęciłaś. Można było uratować kilka ludzkich istnień.

Ann odwróciła się ku Johnowi. Szybka jej hełmu odbijała zachodni horyzont, górna część była purpurowa, dolna intensywnie czarna; granica między dwoma kolorami była poszarpana i nierówna.

— Jeśli zostawicie tę planetę w spokoju, również uratujecie kilka żywotów. Tego właśnie chcą. Gdybym sądziła, że to coś pomoże, John, sama bym cię zabiła.