— Tak, tak, tylko kto mnie zapewni, że po zrobieniu pierwszego kroku nie zamarzy wam się następny?
— Może niektórzy rzeczywiście zechcą posunąć się dalej, ale obiecuję ci, że osobiście będę próbował ich powstrzymać. Naprawdę! Nie zgadzam się z tobą, ale rozumiem twój punkt widzenia. Kiedy przeleci się nad tym pogórzem, jak ja to zrobiłem dzisiaj, człowiek uświadamia sobie, że nie potrafi przestać kochać tego świata takim, jaki jest. Ludzie próbują zmienić tę planetę, ale ona również przez cały ten czas zmienia ich. Wszystko się zmienia: i wrażliwość, z jaką się patrzy na jakieś miejsce, i poczucie piękna jakiegoś krajobrazu. Czy wiesz, że gdy pierwsi koloniści zobaczyli Wielki Kanion, pomyśleli, że jest brzydki jak cholera, ponieważ nie wyglądał jak Alpy. Wiele czasu musiało minąć, aby dostrzegli jego piękno.
— Tylko najpierw go zmienili — zauważyła ponuro Ann.
— No niby tak. Ale któż z nas może wiedzieć, co nasze dzieci będą uważały za piękne? Ich poglądy z pewnością będą się opierać na znanych im widokach, a ta planeta to jedyne miejsce, które będą znać. Terraformując ten świat, musimy więc mieć świadomość, że on jednocześnie areoformuje nas.
— Areoformowanie? — mruknęła Ann i nikły półuśmieszek mignął na jej twarzy. John dostrzegł to z radością. Od lat nie widział u Ann takiego uśmiechu, a naprawdę ją lubił i uwielbiał patrzeć, jak się uśmiecha.
— Podoba mi się to słowo — dodała, po czym wycelowała w niego palec i oświadczyła stanowczo: — Będę cię trzymać za słowo, Johnie Boone! Będę pamiętać, co powiedziałeś dziś wieczorem!
— Ja również — odparł.
Reszta wieczoru minęła znacznie spokojniej, a następnego ranka Simon odprowadził Johna w okolice pasa startowego, do rovera, którym Boone zamierzał pojechać na północ. I wtedy Simon, który zwykle żegnał go zaledwie uśmiechem i uściskiem ręki, rzadko wypowiadając coś więcej ponad: “Miło cię widzieć”, nagle powiedział poważnie:
— Naprawdę doceniam to, co mówiłeś wczoraj wieczorem. Sądzę, że to bardzo podniosło ją na duchu. Zwłaszcza, co powiedziałeś o naszych dzieciach. Bo widzisz, John… Ann jest w ciąży.
— Co? — Boone potrząsnął głową ze zdziwieniem. — Nie powiedziała mi. Czy ty… jesteś ojcem?
— Taa. — Simon wyszczerzył zęby.
— Ile ona ma lat, sześćdziesiąt?
— Tak. To jest trochę przeciąganie struny, jak to się mówi, ale dokonaliśmy tego wcześniej. Wzięli zamrożone piętnaście lat temu jajeczko, zapłodnili je i wszczepili Ann. Zobaczymy, co z tego wyjdzie… Ludzie mówią, że Hiroko jest ostatnio w ciąży przez cały czas, dzieciaki wyskakują z niej jak z inkubatora; ponoć wykorzystuje stale ten sam odcinek C.
— Ludzie mówią wiele rzeczy o Hiroko, ale większość to plotki.
— Może, ale tę nowinę słyszeliśmy od kogoś, kto rzekomo wie to na pewno.
— Od Kojota? — spytał ostro John.
Simon podniósł brwi.
— Jestem zaskoczony, że Ann powiedziała ci o nim.
John chrząknął, nieco zakłopotany. Bez wątpienia z powodu sławy, jaką się cieszył, wiele plotek po prostu nie docierało do jego uszu.
— Dobrze, że to zrobiła. Cóż, tak czy owak… — Boone wyciągnął rękę i mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, zwierając palce w sztywnym, zimnym uścisku. Zwyczaju tego kosmonauci nabrali bardzo dawno temu. — Gratulacje. Dbaj o nią.
Simon wzruszył ramionami.
— Znasz Ann. Zawsze postępuje, jak chce.
Przez trzy dni Boone jechał z Argyre na północ, rozkoszując się piękną okolicą i samotnością. Kilka godzin każdego popołudnia poświęcał na przetrząsanie danych komputerowych; chciał prześledzić szlaki posuwania się po planecie różnych osób i szukał współzależności z miejscami, gdzie zdarzyły się przypadki sabotażu. Wczesnym rankiem czwartego dnia dotarł do kanionów Marineris, leżących jakieś półtora tysiąca kilometrów na północ od Argyre. Wjechał na drogę transponderową północpołudnie i podążył niewysokim wzniesieniem w górę ku południowemu stożkowi Melas Chasma. Tam wysiadł z pojazdu, aby się nieco rozejrzeć.
Nigdy jeszcze nie był w tej części systemu wielkiego kanionu, głównie dlatego, że przed ukończeniem Autostrady Transmarineryjskiej niezwykle trudno było się tu dostać. Olśniewający widok, jaki ukazał się jego oczom, zaparł mu dech w piersiach; urwisko Melas opadało całe trzy tysiące metrów od stożka do dna kanionu, dzięki czemu widoczność ze stożka na północ była równie doskonała jak z szybowca. Przeciwległa ściana kanionu była stąd ledwie widoczna, jej obrzeże ginęło za horyzontem; a między tymi dwiema ścianami skalnymi leżał spory obszar, Melas Chasma, serce całego kompleksu Marineris. W dalekich ścianach błyskały słabo widoczne wyłomy. Znaczyły one wejścia do innych kanionów: lus Chasma — na zachodzie, Candor — na północy, Coprates na wschodzie.
John chodził po nierównym stożku przez ponad godzinę, co chwila przestawiając dwuobiektywowe soczewki w szybce hełmu na coraz dłuższe okresy, aby spenetrować jak najrozleglejszy obszar najpotężniejszego kanionu na Marsie. Gdy patrzył tak na tę czerwoną krainę, przepełniła go euforia. Kopniakiem odrzucał na bok kamienie i obserwował, jak znikają, mówił do siebie i śpiewał, podskakiwał na palcach, jakby niezdarnie tańczył. Potem zreleksowany wsiadł z powrotem do łazika i przejechał krótką odległość wzdłuż obrzeża do miejsca, gdzie się zaczynała droga na skalnej ścianie.
Od tej chwili Autostrada Transmarineryjska stawała się pojedynczą betonową drogą i opadała zakosami z grzbietu ogromnej skalnej pochyłości, która rozciągała się od południowego stożka aż do dna kanionu. Ta niezwykła osobliwość terenu nosiła nazwę Szczytu Genewskiego i wskazywała ze stożka niemal dokładnie kierunek na północ, ku rozpadlinie Candor Chasma. Tak idealnie nadawała się do wykorzystania przez mieszkańców Marsa, tak bardzo przypominała drogę, że wydawała się wręcz rampą skonstruowaną przez jakichś obcych budowniczych dróg.
Jednakże szczyt był niezwykle stromy i aby utrzymać pochyłość trasy w granicach rozsądku, autostrada musiała co rusz skręcać jak prawdziwa górska serpentyna. Wszystko to było doskonale widoczne z góry: tysiąc górskich zakosów wijących się z góry na dół. Droga wyglądała jak żółta nić przeszywająca wybrzuszenie na plamiastym pomarańczowym dywanie.
Boone zjeżdżał po tym fenomenie ostrożnie, raz za razem skręcając kierownicę rovera to w lewo, to w prawo, potem znowu w lewo i znów w prawo, aż w końcu musiał się zatrzymać, aby dać odpocząć mięśniom ramion. Dopiero wtedy zerknął na południową ścianę, którą pozostawił za sobą; była straszliwie urwista, pocięta wyżłobionymi i mocno zerodowanymi wąwozami przypominającymi fraktale. Po chwili ruszył dalej i przez pół godziny wykonywał ostre zakręty w lewo i w prawo, znowu i znowu, póki droga w końcu nie rozwinęła się w prostą rampę ze spłaszczającego się już powoli szczytu, by wreszcie pobiec poziomo i zlać z dnem kanionu. Na dole stało kilka pojazdów.
Okazało się, że należą do ekipy Szwajcarów, którzy właśnie skończyli budowę drogi, i John postanowił spędzić z nimi noc. Było ich około osiemdziesięciu: głównie młodzi, przeważnie żonaci. Mówili po niemiecku, włosku i francusku oraz, na szczęście dla Boone’a, po angielsku z rozmaitymi zabawnymi akcentami. Przywieźli tu ze sobą dzieci i koty, a także przewoźną oranżerię pełną ziół i warzyw ogrodowych. Wkrótce zamierzali stąd odjechać — podróżowali jak Cyganie w taborze utworzonym przeważnie z pojazdów do prac naziemnych — i ruszyć w górę na zachodni kraniec kanionu, aby stamtąd przedostać się przez Noctis Labyrinthus i dotrzeć na wschodni stok Tharsis. A tam będą inne drogi. Mówili, że może wybiorą tę prowadzącą przez płaskowyż Tharsis między Arsia Mons i Pavonis Mons albo pojadą na północ do Echus Overlook. Nie byli jeszcze pewni i Boone odniósł wrażenie, że w gruncie rzeczy zupełnie nie przywiązują wagi do celu podróży. Po prostu zamierzali spędzić resztę życia podróżując po okolicy i budując drogi, nie miało więc dla nich znaczenia, dokąd pojadą następnie. Tacy drogowi Cyganie.