Выбрать главу

— Pauline, wyświetl proszę dane encyklopedyczne na temat rządu szwajcarskiego.

Jego rover mijał kolejne transpondery, a John czytał pojawiające się na ekranie informacje. Był rozczarowany, kiedy stwierdził, że w szwajcarskim systemie rządzenia nie ma nic specjalnie niezwykłego. Władzę wykonawczą sprawowała siedmioosobowa rada, wybierana przez parlament. Nie było tam żadnego charyzmatycznego prezydenta, co Boone’owi za bardzo się nie podobało. Parlament, oprócz wyboru Rady Federalnej, robił chyba niewiele — tkwił gdzieś pomiędzy władzą wykonawczą rady i reprezentowaniem woli obywateli. Niezwykłą rolę pełniły w tym kraju inicjatywy społeczne i referenda i Johnowi państwo to skojarzyło się z dziewiętnastowieczną Kalifornią. Szwajcaria była krajem federacyjnym podzielonym na kantony, bardzo zróżnicowane i wyraźnie niezależne, co również osłabiało rangę parlamentu. Jednak autonomia kantonów zakorzeniona była tu od pokoleń, a to coraz bardziej utrudniało działania rządu federalnego. Co wynikało z tych wszystkich informacji?

— Pauline, wywołaj mój plik z przemyśleniami ustrojowymi.

Dopisał kilka zdań do pliku, który stworzył zupełnie niedawno: “Rada Federalna, bezpośrednie inicjatywy społeczne, niewielka władza parlamentu, niezależność lokalna, szczególnie w sprawach kultury”. W każdym razie był to materiał do przemyślenia, kolejne informacje dorzucone do chaosu jego pomysłów. Ich zapisanie zawsze pomagało.

Jechał dalej, przypominając sobie opanowanie budowniczych dróg. Byli dziwni, a ich przekonania stanowiły mieszaninę technicznej nowoczesności i mistycyzmu.

Powitali go tak ciepło… Boone wcale nie uważał tego za rzecz naturalną, nie zawsze się to zdarzało. Kolonie arabskie i żydowskie na przykład, przyjmowały go bardzo cierpko, może dlatego, że uważany był za przeciwnika religii, a może z tego powodu, iż Frank rozpuszczał nieprzychylne dla niego plotki. Johna bardzo zaskoczyło odkrycie, że członkowie pewnej arabskiej karawany twierdzą, iż to właśnie on zakazał budowy meczetu na Fobosie. Kiedy zaprzeczał, mówiąc, że nawet nie słyszał o takim projekcie, tylko popatrzyli na niego bez słowa. Był absolutnie pewny, że to robota Franka. Janet i niektórzy inni przedstawiciele pierwszej setki przestrzegali go zresztą przed Frankiem, który w ten sposób rzucał mu kłody pod nogi. Tak, niewątpliwie istniały grupy, które witały go chłodno — Arabowie, Izraelczycy, ekipy reaktorów nuklearnych, spora część członków zarządów konsorcjów ponad-narodowych… Grupy o ciasnych poglądach, głoszące własne, “prowincjonalne” programy, ludzie, którym nie podobała się szeroka perspektywa, z jakiej patrzył na wszystko John. Niestety, takich ludzi było wielu.

John otrząsnął się z zadumy, rozejrzał dokoła i ze zdziwieniem zauważył, że znajduje się wewnątrz rozpadliny Melas, która wyglądała dokładnie tak samo jak północne równiny. Ten kanion był naprawdę olbrzymi — miał w tym miejscu dwieście kilometrów szerokości — a krzywizna planety była tak ostra, że północne i południowe ściany kanionu, pionowe, wysokie na trzy kilometry, znalazły się całkowicie poza horyzontem. Widok ten trwał nieprzerwanie do następnego ranka, aż północny horyzont niemal się podwoił, a potem rozdzielił na dno niecki i wielką północną ścianę, przeciętą na pół szeroką szczeliną krótkiego kanionu północ-południe łączącego Melas i Candor. Gdy John wjechał w tę szeroką szczelinę, rozpostarł się przed nim zupełnie niesamowity pejzaż. Gdy ludzie wyobrażali sobie siebie stojących na dnie Valles Marmeris, roztaczali przed rozmówcą właśnie tego rodzaju wizję, opisywali niemal dokładnie to, co Boone miał teraz wokół siebie: po obu stronach otaczały go gigantyczne ściany, ciemnobrązowe skalne płyty rozszczepione fraktalnym bezmiarem wąwozów i górskich grani; u stóp tych ścian leżały ogromne odpryski starożytnego obrywu skalnego albo popękane tarasy skamieniałych plaż.

W tej szczelinie szwajcarska droga stanowiła linię zielonych transponderów, wijącą się obok kanionów i łożysk potoków, a całość wyglądała, jak gdyby amerykańską Monument Valley przeniesiono na dno kanionu dwa razy głębszego i pięciokrotnie szerszego niż Wielki Kanion. Widok ten tak bardzo zaskoczył Johna, że nie był w stanie skoncentrować się na czymkolwiek innym i po raz pierwszy w swojej podróży przejechał cały dzień, ani razu nie łącząc się z Pauline.

Dotarłszy na północ poprzecznej szczeliny, wjechał w ogromne zapadlisko Candor Chasma i poczuł się, jak na gigantycznej kopii amerykańskiej Painted Desert. Wszędzie znajdowały się tu wielkie różnobarwne warstwy, pasma purpurowego i żółtego osadu skalnego, pomarańczowe wydmy, czerwone głazy narzutowe, różowe piaski, rowy w kolorze indygo — krajobraz wyglądał naprawdę fantastycznie i porywająco. Jednocześnie był dezorientujący dla oka, ponieważ wszystkie te wściekłe kolory sprawiały, że jadący doliną człowiek zupełnie nie miał pojęcia, co widzi przed sobą, jak duże jest to, co widzi i jak daleko znajduje się wyjście. Olbrzymie płaskowyże, które wydawały się niemal blokować Johnowi drogę, okazywały się z bliska łukowato wykrzywionymi pokładami, które leżały na odległej ścianie skalnej, natomiast małe głazy eratyczne pozornie tkwiące obok transponderów przemieniały się w potężne kaniony położone o pół dnia drogi dalej. W świetle zachodzącego słońca wszystkie te kolory niemal buchały barwami, oczom Johna ukazywało się całe spektrum marsjańskiego świata, płonące, jak gdyby kolor wybuchał wprost ze skały: pojawiały się wszelkie możliwe odcienie od jasnożółtego po ciemno sinopurpurowy. Ach, ta Candor Chasma! John postanowił, że kiedyś tu wróci i dokładnie zbada tę krainę.

Następnego dnia wjechał na solidny stok północnej drogi Ophir, której budowę szwajcarska załoga ukończyła w ubiegłym roku. Podążał wciąż w górę, a potem nagle, nadal zupełnie nie widząc odległego stożka, znalazł się poza krainą kanionów. Jechał obok sklepionych wgłębień łańcucha Ganges Catena, a następnie nad starą znajomą równiną, podążając szeroką drogą na skraju krótkiego horyzontu obok Czarnobyla i Underhill, a następnego dnia dalej na zachód ku Echus Overlook, nowej terraformowanej kwaterze Saxa. Podróż trwała tydzień i John przejechał przez ten czas dwa i pół tysiąca kilometrów.

Sax Russell wrócił z Acheronu do swej własnej siedziby. Miał teraz władzę, nie mogło być co do tego wątpliwości, zwłaszcza od czasu, gdy dziesięć lat temu UNOMA mianowała go oficjalnym kierownikiem naukowym terraformowania. Rzecz jasna, owa dekada wywarła na niego znaczny wpływ, toteż w pewnym momencie bez wahania zwrócił się do Organizacji Narodów Zjednoczonych i konsorcjów ponad-narodowych z prośbą o pomoc przy budowie nowego miasta, które miało stać się centralą całego programu. Umiejscowił to swoje miasto około pięć kilometrów na zachód od Underhill, na skraju urwiska tworzącego wschodnią ścianę rozpadliny Echus. Echus Chasma był jednym z najwęższych i najgłębszych kanionów na planecie, a jego wschodnia ściana była jeszcze wyższa niż południowy Melas. Część, którą Sax wybrał na budowę miasta, stanowiła pionową bazaltową skalną ścianę o wysokości czterech kilometrów.

Zbliżając się do Echus Overlook John dostrzegł na szczycie urwiska jedynie maleńki ślad nowego miasta: ziemię za stożkiem znaczyły rozrzucone tu i ówdzie betonowe schrony, a na północy, nad reaktorem typu Rickrover, wisiała chmura. Kiedy jednak John wysiadł ze swojego łazika, wszedł do jednego ze stożkowych schronów i wsiadł do jednej z wielkich wewnętrznych wind, zauważył, że otoczenie bardziej zaczyna przypominać miasto. Winda opuszczała się o pięćdziesiąt pięter. Zjechał nią do tego poziomu, wysiadł i znalazł kolejną windę, która zawiozła go jeszcze niżej. Takich wind był tu cały szereg i można było nimi dotrzeć aż na samo dno rozpadliny Echus. Zakładając, że jedno piętro ma dziesięć metrów, w ścianie skalnej mogło się pomieścić czterysta pięter. W rzeczywistości na razie zbudowano niewiele, większość pomieszczeń stworzonych do tej pory skupiało się na najwyższych dwudziestu piętrach. Biura Saxa na przykład znajdowały się tuż przy samej powierzchni.