Salka konferencyjna Russella była dużą otwartą komorą, której zachodnia ściana od podłogi po sufit była jednym wielkim oknem. Kiedy John wszedł tam szukając przyjaciela, był środek poranka i okno było już prawie jasne. Spojrzawszy przez nie, Boone dostrzegł daleko w dole zatopione jeszcze w półcieniu dno rozpadliny. Dalej znajdowała się oświetlona słońcem, o wiele niższa od wschodniej, zachodnia ściana Echusa, a za nią wielkie zbocze płaskowyżu Tharsis, wznoszące się wysoko na południe. W połowie jego wysokości tkwiła skalna wypukłość o nazwie Tharsis Tholus, a po lewej stronie ledwie wystawał nad horyzontem purpurowy stożek o płaskim wierzchołku: Ascraeus Mons, najbardziej na północ wysunięty z trójcy wielkich królewskich wulkanów.
Saxa nie było w salce konferencyjnej i o ile John go znał, pewnie nigdy nie wyglądał przez to okno. Boone znalazł go natomiast w sąsiednim pomieszczeniu — laboratorium — i pomyślał, że zatopiony w pracy Sax przypomina jeszcze bardziej niż zwykle laboratoryjnego szczura. Russell, zgarbiony, z grymasem na twarzy i wzrokiem wbitym w podłogę, przemawiał beznamiętnym głosem, który brzmiał prawie tak samo jak komputer AL Poprowadził Johna przez cały ciąg laboratoriów, niemal w każdym pomieszczeniu pochylając się, aby spojrzeć w któryś z ekranów albo przyjrzeć się wykresom na papierze milimetrowym. Gdy zwracał się do Boone’a, lekko się ku niemu obracał. Pokoje, przez które przechodzili, zatłoczone były komputerami, drukarkami, monitorami, książkami, zwojami i stosami papierów, dyskietkami, chromatografami gazowymi, spektometrami masy, inkubatorami, okapami wyciągowymi, długimi, zastawionymi szczelnie aparaturą stołami laboratoryjnymi, całymi biblioteczkami. Poza tym na każdej wolnej powierzchni stały rośliny w doniczkach, z których większość stanowiła niemożliwe do rozpoznania bryły, kolczaste sukulenty i tym podobne twory, przez co na pierwszy rzut oka wyglądały, jak zaatakowane jadowitą pleśnią, która wtargnęła do pomieszczeń laboratoryjnych i pokryła wszystko.
— Niezły bałagan panuje w tych twoich laboratoriach — zauważył John.
— Cała ta planeta to jedno wielkie laboratorium — odparł Sax.
John roześmiał się, zdjął z biurka jaskrawożółty kaktus i usiadł na wolnym miejscu. Przypomniał sobie, co mówili ludzie: że Sax już prawie wcale nie wychodzi z tych pomieszczeń.
— Czym się dzisiaj zajmujesz?
— Atmosferą.
Oczywiście. To był problem, który wywoływał u Saxa jeszcze intensywniejsze niż zwykle mruganie oczyma. Kłopot polegał na tym, że chociaż wytwarzane przez naukowców ciepło rzeczywiście zgęszczało atmosferę, to jednak niektóre ich działania związane z dwutlenkiem węgla na nowo ją rozrzedzały. I podczas gdy chemiczny skład powietrza powoli stawał się coraz mniej toksyczny, równocześnie zaczynał się również oddalać od wzorca, ku któremu dążyli: docelowo miał przypominać ten z oranżerii. Tak więc powietrze wciąż na nowo się ochładzało i cały proces ulegał spowolnieniu. Wszędzie ujemne sprzężenie zwrotne niwelowało sprzężenie zwrotne dodatnie. Wprowadzanie wszystkich tych czynników w jakikolwiek znaczący program ekstrapolacyjny było czymś nowym. Ku zadowoleniu Saxa nikt przed nim jeszcze tego nie dokonał, toteż — jak zwykle w takich przypadkach — uciekał się do swego zwykłego rozwiązania: próbował wszystko zrobić sam.
John przechodził wąskimi ścieżkami między wszechobecnym sprzętem, odsuwając stojące na drodze krzesła.
— Wciąż mamy tu za dużo dwutlenku węgla — mówił Sax. — W dawnych czasach “modelarze” po prostu to ignorowali. Chyba każę robotom przenieść fragmenty południowej czapy polarnej do przetwórni Sabatiera. To, co uda nam się przetworzyć, nie wyparuje, będziemy więc mogli wyzwolić tlen i, jak sądzę… robić kostki z węgla. Otrzymamy więcej węglowych kloców niż nam potrzeba. Ustawimy czarne piramidy obok białych.
— Śliczny widoczek.
— Uhmm. — Za Saxem warkotały craye i dwa nowe schillery. Całe laboratorium wypełnione było ich monotonnym basowym buczeniem. Russell powiedział Boone’owi, że te potężne komputery przez większość czasu analizują kolejne konfiguracje rozmaitych uwarunkowań, jednak rezultaty wciąż są mało zachęcające. Obaj dobrze wiedzieli, że na Marsie powietrze będzie jeszcze przez długi czas chłodne i toksyczne.
Sax schodził teraz kolejnym korytarzem, a John podążał za nim. Doszli do jakiegoś pomieszczenia, które wyglądało jak następne laboratorium, tylko że tu znajdowało się łóżko i lodówka w kącie. Wszędzie stały zupełnie przypadkowo ustawione regały; niemal na każdej półce tkwiły rośliny w donicach, dziwaczne plejstoceńskie naroślą, które wyglądały tak jadowicie jak powietrze na zewnątrz. John usiadł na jedynym wolnym krześle, a Sax stał, pochylając się nad jakimś krzewem o wyglądzie muszli. John opisywał swoje spotkanie z Ann.
— Sądzisz, że jest w to zamieszana? — spytał Sax.
— Sądzę, że może wiedzieć, kto bierze w tym udział. Wspomniała o kimś, kogo nazywają Kojot.
— Ach tak, Kojot. — Sax na ułamek sekundy spojrzał na Johna, a raczej na jego stopy. — Chodzi jej o pewną legendarną postać. Wiesz, o tego, który podobno przyleciał z nami Aresem. Mówi się, że ukrywała go Hiroko.
Johna bardzo zaskoczył fakt, że Sax słyszał o Kojocie, i dopiero po dobrej chwili uświadomił sobie, co tak niepokojącego tamten powiedział. Ale wreszcie sobie przypomniał. Przecież którejś nocy Maja zwierzyła mu się, że widziała czyjąś twarz, twarz nieznajomego. Lot był dla Mai ciężkim i stresującym przeżyciem, toteż John zlekceważył jej opowieść, kładąc całe wydarzenie na karb zmęczenia. Ale teraz…
Sax kręcił się po pomieszczeniu. Zapalał światła, popatrywał na komputerowe ekrany i mamrotał coś o środkach bezpieczeństwa. Potem otworzył na moment drzwiczki lodówki i John dostrzegł w środku kolejne kolczaste naroślą. Pomyślał, że albo Sax trzyma tam wyniki swoich eksperymentów, albo jego prowiant cierpi na prawdziwie złośliwy rozrost pleśni. Nagle przyszło mu coś do głowy i przerwał milczenie.
— Można zrozumieć, dlaczego większość napaści miała miejsce na moholach. Są projektem najłatwiejszym do zaatakowania.
Sax przechylił głowę na bok.
— Czyżby?
— Pomyśl o tym. Twoje małe wiatraczki są na przykład wszędzie i nic im nie można zrobić.
— Ludzie je niszczą. Mamy raporty.
— Ile unieszkodliwili, tuzin? A ile jeszcze zostało na powierzchni, sto tysięcy? Zresztą, to są rupiecie, Sax. Śmieci. Twój najgorszy pomysł. — I, w gruncie rzeczy, pomyślał John, niemal zgubny dla całego projektu terraformowania, ponieważ w tajemnicy przed wszystkimi Russell ukrył w niektórych pojemniki z glonami. Wszystkie te glony na szczęście obumarły, ale gdyby tak się nie stało i gdyby ktoś umiał udowodnić Saxowi, że jest odpowiedzialny za szerzenie na Marsie ziemskich form życia, mógł stracić pracę. To przedsięwzięcie doskonale charakteryzowało całe działanie Saxa: po prostu nie zwracając na nic uwagi, parł do przodu. Russell zmarszczył nos.
— Za rok osiągną terawat.
— Mniejsza z tym, rozbicie kilku nie może niczego zmienić. A jeśli chodzi o inne operacje fizyczne, sam pomyśclass="underline" czarne glony śnieżne znajdują się na północnej czapie polarnej i nie można ich usunąć… A zwierciadła świtu i zmroku tkwią na orbicie i trudno je stamtąd zrzucić.