Wieczorem przed odjazdem poszedł się zobaczyć z Saxem. Kiedy wszedł do laboratorium, Russell odezwał się swoim monotonnym głosem:
— Znaleźliśmy pewną planetoidę z rodziny Amora, składającą się w dziewięćdziesięciu procentach z lodu. Jest na orbicie, która sprowadzi ją w pobliże Marsa za trzy lata. To jest dokładnie to, czego szukałem, John. — Sax planował umieścić na tej lodowej planetoidzie automatyczny system naprowadzający i za jego pomocą zmusić Amora, by aerodynamicznie przemieścił się na orbitę około-marsjańską, a później spalił w atmosferze. To mogłoby zadowolić UNOMĘ, która wprawdzie zakazywała niszczenia masy poprzez bezpośrednie zderzenie z atmosferą, ale dzięki temu nad Marsem pojawiłyby się spore ilości wody, a więc wodoru i tlenu, zagęszczając atmosferę gazami, których mieszkańcy planety potrzebowali najbardziej. — Ciśnienie atmosferyczne mogłoby się podnieść o mniej więcej pięćdziesiąt milibarów.
— Żartujesz! — Przed przylotem pierwszej setki ciśnienie przy powierzchni Marsa wahało się od siedmiu do dziesięciu milibarów (na Ziemi na poziomie morza wynosiło przeciętnie 1013), a wszystkie ich dotychczasowe wysiłki podniosły je do około pięćdziesięciu. — Jedna kulka lodu podwoi wartość ciśnienia atmosferycznego?
— Tak wskazują symulatory. Rzecz jasna, jeśli początkowy poziom jest tak niski, podwojenie wcale nie wygląda tak imponująco, jakby się z pozoru wydawało.
— A jednak to wspaniałe, Sax! I trudne do sabotowania.
Sax nie chciał, by mu o tym przypominać. Zmarszczył lekko brwi i wyszedł.
John zareagował śmiechem na bojaźliwość przyjaciela i ruszył do drzwi. Nagle zatrzymał się i rozejrzał po korytarzu. Pusto. W holu nie było kamer, w biurze Saxa również nie dostrzegł śladu monitorów. Wrócił do środka, uśmiechając się na myśl o sobie w roli szpicla. Spojrzał na chaotyczne sterty papierzysk na biurku. Od czego by tu zacząć? Przypuszczalnie AI Russella było prawdziwą kopalnią interesujących informacji, ale zapewne reagowało jedynie na głos Saxa i niewątpliwie rejestrowało wszystkie pytania zadane przez innych. John otworzył więc delikatnie szufladę biurka. Była pusta. Podobnie jak pozostałe. Fakt ten tak go rozśmieszył, że z trudem udało mu się stłumić chichot. Na blacie biurka zobaczył stos korespondencji, więc zaczął przeglądać listy. W większości były to notki od biologów z Acheronu, ale na spodzie sterty leżała pojedyncza kartka bez miejsca nadania, adresu zwrotnego czy kodu. Drukarka Saxa najwyraźniej wypluła ją bez jakiejkolwiek identyfikacji. W każdym razie Boone żadnej nie zauważył. Wiadomość na kartce była krótka:
“1. Używamy samobójczych genów, aby zahamować rozmnażanie wegetatywne. 2. Na powierzchni jest teraz tak wiele ciepłych źródeł, że nie sądzimy, byśmy byli w stanie szybko je wyczerpać. 3. Po prostu wszyscy zgodnie postanowiliśmy, że chcemy stąd wyjechać i pracować na własną rękę, bez czyjejkolwiek ingerencji. Jestem pewna, że to rozumiesz”.
John przez dłuższą chwilę wpatrywał się w tekst, po czym podniósł głowę i rozejrzał się czujnie. Nadal był sam. Zerknął jeszcze raz na notatkę, odłożył ją na miejsce, pospiesznie wyszedł z biura Saxa i wrócił do kwater dla gości.
— Kurczę, Sax — mruknął do siebie z podziwem. — Ty podstępny szczurze!
Pociąg do Burroughs służył głównie do przewozu towarów, toteż na trzydzieści wąskich wagoników tylko dwa przednie przystosowano dla ludzi. Po nadprzewodzącym magnetycznym torze pędził tak szybko i łagodnie, że aż trudno było uwierzyć w krajobraz za oknem; po nie kończących się przełajowych wędrówkach roverami ta zawrotna prędkość wydawała się Johnowi niemal przerażająca. Jedyną rzeczą, którą mógł zrobić, było pobudzenie megaendorfiną ośrodków przyjemnościowych w zmęczonym mózgu. Gdy lek zaczął działać, Boone rozsiadł się wygodnie i rozkoszował jazdą. Wyglądając przez okno, czuł się, jakby odbywał coś w rodzaju powierzchniowego lotu ponad-dźwiękowego.
Tor magnetyczny został wyznaczony niemal równolegle z dziesiątym stopniem szerokości północnej. Generalny plan zakładał, że tor okrąży całą planetę, ale na razie wybudowano jedynie połowę trasy, łącząc Echus z Burroughs. Burroughs było obecnie największym miastem na drugiej półkuli. Pierwotną kolonię zbudowało konsorcjum z przewagą kapitału amerykańskiego według zaaprobowanego przez Unię Europejską projektu, który stworzyli Francuzi. Kolonia ta znajdowała się przy wyższym końcu Isidis Planitia, lądu, który był właściwie wielkim rowem na północnych równinach, wcinających się głęboko w wyżyny południa. Stoki i szczyt rowu neutralizowały krzywiznę planety w taki sposób, że pejzaż wokół miasta miał w sobie coś z ziemskich widoków, i kiedy pociąg wjechał pędem w wielki rów, Boone poprzez pokryte kanionami ciemne równiny dostrzegł horyzont w odległości jakichś sześćdziesięciu kilometrów.
Niemal wszystkie budynki Burroughs stały na urwisku, wciśnięte w zbocza pięciu niskich, leżących tuż obok siebie kanionów na wzniesieniu w łuku archaicznego krętego kanału. Wielkie odcinki pionowych ścian kanionów wypełniono prostokątami lustrzanego szkła, co wyglądało, jakby postmodernistyczne wieżowce zostały przewrócone na bok i wbite we wzgórza. Dzięki temu widok miasta w pierwszej chwili niemal zapierał dech w piersiach i był o wiele bardziej imponujący niż Underhill czy nawet Echus Overlook, z którego wprawdzie rozciągał się wspaniały krajobraz, ale jego samego nie można było zobaczyć. Tu było naprawdę cudownie: wznoszące się ponad kanałem kaniony Burroughs o szklanych ścianach zdawały się niemal błagać o wypełnienie ich wodą, a jednocześnie z okien budynków roztaczał się niezwykły widok na odległe wzgórza. Dzięki połączeniu tych cech i osobliwości terenu Burroughs cieszyło się sławą najpiękniejszego miasta na Marsie.
Zachodnia stacja kolejowa usytuowana była wewnątrz jednego z przekształconych kanionów i stanowiła wysoką na sześćdziesiąt metrów halę o szklanych ścianach. John wysiadł z pociągu i zaczął się przedzierać przez tłumy ludzi. Przez cały czas z podziwem patrzył w górę; z zadartą głową wyglądał jak wieśniak na Manhattanie. Pracownicy kolejowi nosili błękitne kombinezony, ekipy górnicze — zielone walkery, urzędnicy UNOMY — garnitury, a robotnicy budowlani — robocze kombinezony we wszystkich barwach tęczy.
Główną siedzibę UNOMY przeniesiono do Burroughs już trzy lata wcześniej, co w tym mieście spowodowało prawdziwe budowlane szaleństwo i teraz trudno było stwierdzić, czy na stacji więcej jest ONZ-owskich urzędników, czy robotników budowlanych.
W odległym końcu wielkiej hali dworca John znalazł wejście do tunelu i wsiadł do maleńkiej kolejki podziemnej jadącej do kwatery UNOMY. W wagonie musiał uścisnąć dłonie paru osobom, które go rozpoznały i natychmiast podeszły. Przez chwilę poczuł dobrze znaną uciążliwość swojej sławy. Znowu znalazł się wśród obcych, w nieznanym wielkim mieście.
Tego wieczoru jadł kolację z Helmutem Bronskim. Spotkali się przedtem już wiele razy i mężczyzna ten zawsze robił na Johnie spore wrażenie. Niemiecki milioner, który zajął się polityką; wysoki, dobrze zbudowany, o blond włosach, czerwonej twarzy i zawsze nieskazitelnym wyglądzie. Dziś ubrany był w kosztowny szary garnitur. Kiedy zaproponowano mu stanowisko w UNOMIE, pełnił właśnie funkcję ministra finansów Unii Europejskiej. Teraz w wielkomiejskiej brytyjskiej angielszczyźnie przekazywał właśnie Johnowi ostatnie nowiny i zajadał rostbef z ziemniakami, zręcznie operując srebrnymi sztućcami.
— Zamierzamy przyznać koncesję na poszukiwanie metali w Elysium ponad-narodowemu konsorcjum Armscor. Przyślą z Ziemi swój własny sprzęt.
— Ależ Helmucie — przerwał mu John — czy to nie naruszy marsjańskiego traktatu?