Pracom eksploatacyjnym w Bradbury towarzyszyły intensywne badania areologiczne, prowadzone przez naukowców pracujących dla UNOMY, a także — co John odkrył, kiedy sprawdził dane zatrudnienia nowo przybyłych — przedstawicieli ponad-narodowych konsorcjów. Wszyscy oni próbowali znaleźć jakieś wskazówki, dzięki którym potrafiliby bez trudu zlokalizować na Czerwonej Planecie kolejne złoża rud. Jednak nawet na Ziemi siatka rozkładu surowców mineralnych nie była do końca rozszyfrowana i z tego powodu poszukiwanie metali wciąż miało w sobie element przypadkowości. Na Marsie było to jeszcze bardziej tajemnicze. Ostatnich odkryć na Wielkiej Skarpie dokonano właśnie przypadkiem, ale tak czy owak, region ten stał się obecnie głównym ośrodkiem poszukiwania i wydobycia metali.
Odkrycie złóż w Bradbury Point wzmogło te poszukiwania, ponieważ kraina bogata w rudy okazała się prawie tak duża jak największe ziemskie kompleksy wydobywcze, może nawet równa regionowi Bushveldt w Azanii. W Nilosyrtis panowała więc prawdziwa gorączka złota. I takie miejsce odwiedził niedawno Helmut Bronski!
Osada była niewielka, utylitarna i nastawiona jedynie na wydobycie. Rickover i kilka rafinerii obok wydrążonego i zabudowanego kesonowym osiedlem kanionu. Na nizinach między kanionami porozrzucano kopalnie. Boone wjechał do osiedla, przeszedł do garażu, a potem do śluzy. Wewnątrz czekał już komitet powitalny i gospodarze zaprowadzili Johna do salki konferencyjnej o szklanych, przezroczystych ścianach.
Jak mu powiedzieli, w Bradbury przebywało około trzystu osób; wszyscy byli pracownikami UNOMY wyszkolonymi przez ponad-narodowy koncern Shellalco. Podczas krótkiego obchodu John dowiedział się, że stanowią mieszaninę Afrykanerów z byłego RPA, Australijczyków i Amerykanów. Wszyscy wydawali się absolutnie szczęśliwi, że mogą uścisnąć Boone’owi dłoń. Trzy czwarte mieszkańców stanowili mężczyźni; bladzi i ubrani w czyste kombinezony przypominali bardziej techników laboratoryjnych niż usmolone węglem trolle, które John sobie wyobrażał, kiedy słyszał słowo “górnik”. Mówili, że większość z nich pracuje tu na dwuletnich kontraktach i odliczają tygodnie do powrotu, a niektórzy nawet dni. Wydobycie prowadzili przede wszystkim za pomocą teleoperacji i najwyraźniej zaszokowało ich, kiedy Boone poprosił, by zaprowadzili go na dół, gdyż chce się tam rozejrzeć.
— To tylko wydrążona dziura — rzucił któryś z robotników.
John popatrzył na nich ze swoim czarującym, niewinnym uśmieszkiem i po krótkiej chwili wahania rzucili się hurmem, aby skompletować dla niego zespół eskortujący.
Ubranie się w walkery i wyjście przez komorę powietrzną zajęło im dwie godziny. Potem pojechali na obrzeże kopalni, a stamtąd ruszyli w dół pochyłą drogą do tarasowego, owalnego szybu długości jakichś dwóch kilometrów. Wysiedli i podążyli za Johnem, który kręcił się tu i tam. Zewsząd otaczały ich duże automatyczne buldożery, samochody-wywrotki i maszyny górnicze. Szybki w hełmach czteroosobowej eskorty jakby całe zamieniły się w wielkie oczy — były uważne i czujne. Boone’owi przyszło do głowy, że jego towarzysze zachowują się tak, jak gdyby polecono im pilnować wypuszczonej na wolność niebezpiecznej bestii. Popatrzył na nich badawczo, zaskoczony ich zachowaniem i nagle uświadomił sobie pewien niezwykle istotny fakt: że Mars może dla kogoś stanowić po prostu kolejny niewygodny przydział, następne obmierzłe miejsce, gdzie cię wysyłają do pracy, jakąś piekielną kombinację Syberii, pustyń Arabii Saudyjskiej, Bieguna Południowego zimą i stacji Nowyj Mir.
Jeśli jednak się mylił, ich nieprzyjazne zachowanie mogło jedynie oznaczać, że robotnicy uważają go za niebezpieczną osobę, która nie powinna tu przebywać. Myśl ta sprawiła, że John aż się wzdrygnął. Bez wątpienia wszyscy już słyszeli o upadku samochodu-wywrotki. Może po prostu sam ten fakt robił na nich takie wrażenie. A jeśli nie, jeśli było w tym coś więcej? Czy ci ludzie mogą wiedzieć o czymś, czego on nie wiedział? John złapał się na tym, że wpatruje się w nich tak intensywnie, jakby chciał przebić wzrokiem szybkę hełmu. Dotąd myślał o spadającej wywrotce jako o wypadku albo przynajmniej o czymś, co mogło się zdarzyć jedynie raz. Ale przecież jego ruchy były tak łatwe do wyśledzenia, wszyscy wiedzieli, gdzie w danym momencie przebywa. Jak to się mawia na Marsie: “Za każdym razem, kiedy wychodzisz na powierzchnię, jesteś tylko zagubionym wędrowcem”. A tam na dole, w kopalni było tak wielu automatycznych “wrogów”.
Jednak udało im się wrócić na górę bez przygód. Wieczorem zjedli zwykłą kolację, po której odbyło się przyjęcie na cześć Boone’a, mocno zakrapiane alkoholem — któremu towarzyszyły duże ilości megaendorfiny — oraz wypełnione głośnymi ochrypłymi rozmowami. Przyjęcie wyprawiono po to, jak pomyślał z uśmiechem John, by grupka młodych, twardych inżynierów mogła się na własne oczy przekonać, czy sławny John Boone jest istotnie zabawnym facetem i duszą towarzystwa.
Wiedział, że jest to dość naturalna reakcja, charakterystyczna dla nowo przybyłych na Marsa, zwłaszcza dla nowo przybyłych młodych mężczyzn. Toteż szybko zaczął z nimi gawędzić i dobrze się bawić, ale jednocześnie niepostrzeżenie zadawał im pytania, potajemnie prowadząc swoje śledztwo. Dowiedział się między innymi, że nigdy nie słyszeli o Kojocie, co stanowiło niezwykle interesujący fakt, ponieważ znali opowieść zarówno o Wielkim Człowieku, jak i o ukrytej kolonii. Widocznie Kojot nie mieścił się wśród tego typu opowiastek i plotek. Najwyraźniej znany był — o ile Boone mógł już cokolwiek na ten temat powiedzieć — tylko niektórym przedstawicielom pierwszej setki.
Górnicy mieli ostatnio niezwykłą wizytę. Przejeżdżała w ich pobliżu arabska karawana, podróżująca po krawędzi Vastitas Borealis. Podobno Arabowie twierdzili, że odwiedzają ich niektórzy z, jak ich nazywali, “zagubionych kolonistów”.
— Bardzo ciekawe — oświadczył John. Wydawało mu się zupełnie nieprawdopodobne, żeby Hiroko albo ktokolwiek z jej ekipy się ujawnił, ale któż mógł znać prawdę? Pomyślał, że równie dobrze może sam to sprawdzić. W końcu niewiele miał do roboty w Bradbury Point. Przyszło mu do głowy, że detektyw ma niewiele pracy, zanim przestępstwo zostanie popełnione.
Spędził jeszcze parę dni, obserwując prace eksploatacyjne, ale z powodu ogromnej skali tych operacji, rósł tylko jego lęk o własne bezpieczeństwo; nie mógł przestać myśleć o tym, jak wiele automatycznych maszyn górniczych może się w każdej chwili urwać.
— Co zamierzacie zrobić z takim mnóstwem metalu? — spytał, po obejrzeniu pracy maszyn w kolejnym wielkim otwartym szybie kopalni, dwadzieścia pięć kilometrów na zachód od osiedla. — Wysłanie go na Ziemię kosztowałoby więcej niż jest wart, prawda?
Kierownik operacji, ciemnowłosy mężczyzna o ostrych rysach uśmiechnął się.
— Przetrzymamy go, aż wzrośnie jego wartość. Albo póki nie wybudują tej kosmicznej windy.
— Wierzycie w to?
— O, tak, są tu przecież wszystkie potrzebne surowce! Grafitowy drut wzmocniony diamentowymi spiralami. Nawet na Ziemi można ją z tego zbudować, a tutaj będzie to znacznie łatwiejsze.