John potrząsnął głową. Tego popołudnia przez godzinę jechali z powrotem do osiedla, mijając nierówne stożki szybów i hałdy żużlu. Daleko przed nimi — po drugiej stronie osiedla mieszkalnego — migotał na niebie pióropusz nad rafinerią. Boone przyzwyczaił się już do widoku rozdartej ziemi dla celów budowlanych, ale to miejsce… Zdumiało go, jak wiele potrafi zrobić kilkuset ludzi. Ale dysponowali przecież tą samą techniką, która pozwoliła Saxowi zbudować pionowe miasto, wysokie Echus Overlook, tą samą techniką, dzięki której wszystkie nowe miasta powstawały tak szybko. A jednak taka dewastacja tylko po to, aby wydrzeć z wnętrza planety metale przeznaczone dla nienasyconej, żądnej nowych zasobów Ziemi przeraziła go…
Następnego dnia przekazał szefowi kopalni rygorystyczny regulamin bezpieczeństwa, którego osada miała przestrzegać przez najbliższe dwa miesiące, po czym pożegnał się, wjechał w trakt owianych wiatrem kolein i ruszył na północny wschód, w ślad za arabską karawaną.
Okazało się, że z arabską karawaną podróżuje Frank Chalmers. Indagowany przez Johna, oświadczył, że od dawna nie widział nikogo z grupy Hiroko i nic nie słyszał o rzekomych odwiedzinach. Również żaden z Arabów nie chciał się przyznać, że w Bradbury Point opowiedział historię o ich wizycie. Prawdopodobnie więc była to jedynie plotka albo też Arabowie nie przyznawali się z powodu Franka. Jeśli nawet tak było, Johnowi trudno byłoby to udowodnić.
Chociaż Arabowie dopiero niedawno przybyli na Marsa, najwidoczniej już zdążyli się sprzymierzyć z Frankiem, nie było co do tego wątpliwości. Mieszkał z nimi, mówił ich językiem, a teraz, co było naturalne, pełnił również rolę stałego pośrednika między nimi i Johnem. Boone uznał, że nie istnieje najmniejsza szansa na dotarcie do prawdy na miejscu. Jedynie Pauline mogłaby coś znaleźć w danych komputerowych, ale to mogła robić także z dala od karawany.
Pomimo to jednak John podróżował z tą grupką jeszcze przez jakiś czas. Arabowie jechali przez wielkie morze wydm, prowadząc badania areologiczne i czasem poszukując metali. Frank wpadł do nich na krótko, aby porozmawiać ze swoim egipskim przyjacielem; był zbyt zajęty, aby zostać gdzieś na dłużej. Pełnił funkcję sekretarza Marsa w rządzie Stanów Zjednoczonych i praca ta czyniła go takim samym obieżyświatem jak Johna. Zresztą, ich drogi dość często się krzyżowały. Frank zdołał utrzymać swoją pozycję szefa amerykańskiego departamentu już przez trzy kadencje, co stanowiło nie lada wyczyn — wszak było to stanowisko rządowe, chociaż sprawował je tak daleko od Waszyngtonu. Obecnie nadzorował napływ kapitału inwestycyjnego przez związane z Ameryką konsorcja ponad-narodowe. Spoczywała na nim wielka odpowiedzialność, która sprawiała, że zaczynał już niemal wariować z przepracowania, a jednocześnie nadęła go władzą. John pomyślał, że Frank stanowi “bizneswersję” Saxa. Był nieustannie w ruchu, a w trakcie swoich przemówień, których treść ciągle się zmieniała przez te wszystkie lata, zamęczając Radę do spraw Handlu najdrobniejszymi problemami, zawsze wymachiwał rękoma, jak gdyby dyrygował orkiestrą.
— Przyjechałem wyznaczyć granicę na Skarpie, zanim ponad-narodowcy i Niemcy wszystko rozdrapią. Mam masę roboty! — To ostatnie zdanie było zresztą stałym refrenem Franka. Wypowiadał je często, dla zilustrowania problemu wskazując jednocześnie różne miejsca na małym globusie, który przywiózł ze sobą wraz z mikrokomputerem. — Spójrz, tu są twoje mohole. Wprowadziłem je w ubiegłym tygodniu, jeden w pobliżu północnego bieguna, trzy na sześćdziesiątym stopniu północnym i sześćdziesiątym południowym, cztery wzdłuż równika, cztery dokoła bieguna południowego. Wszystkie usytuowane na zachód od wzniesień wulkanicznych, dzięki czemu towarzyszy im wstępujący prąd powietrza. To jest piękne. — Zakręcił globusem i błękitne kropeczki oznaczające mohole rozmyły się na moment w niebieskie linie. — Dobrze widzieć, że w końcu robisz coś pożytecznego.
— Tak, w końcu…
— Słuchaj, tutaj w Ffellas jest nowe wielkie osiedle fabryczne. Wytwarzają podstawowe podzespoły w tempie, które w Ls dziewięćdziesiąt da im możność obsługi około trzech tysięcy emigrantów. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę, że niebawem ma przybyć nowa flota kursowych wahadłowców, ledwie to wystarczy. — Zobaczył minę Johna i dodał szybko: — W końcu chodzi o ciepło, John, więc wspomagają terraformowanie bardziej niż pieniądze i praca. Tak sądzę.
— Czy ty się kiedykolwiek zastanawiasz nad tym, jakie będą tego wszystkiego konsekwencje? — spytał John.
— O co ci chodzi?
— Wiesz, ten zalew ludzi i sprzętu, podczas gdy tak źle się dzieje na Ziemi.
— Na Ziemi zawsze się już będzie źle działo, powinieneś się przyzwyczajać do tej myśli.
— Taa, ale do kogo będzie należało to wszystko tutaj? Kto będzie decydował?
Frank tylko się skrzywił na naiwność Boone’a, na sam charakter jego pytania. Jedno spojrzenie na ten grymas i John wszystko zrozumiał, rozpoznał tę mieszaninę rozgoryczenia, niecierpliwości i rozbawienia. Jakaś cząstka Johna była zadowolona z tego rozszyfrowania emocji Franka. Znał swego starego druha lepiej niż kiedykolwiek znał kogoś ze swojej rodziny, toteż ta śniada twarz o jasnych oczach, teraz groźnie na niego patrzących, była jak twarz brata bliźniaka, o którego istnieniu nie musiał nawet pamiętać. Z drugiej strony poczuł wściekłość z powodu protekcjonalnego zachowania Franka.
— Ludzie się nad tym zastanawiają, Frank. Nie chodzi tylko o mnie czy o Arkadego. Nie możesz po prostu wzruszyć ramionami i zachowywać się tak, jakbym ci zadał jakieś idiotyczne pytanie, jak gdyby nie było o czym decydować.
— Decydują Narody Zjednoczone — odparł szorstko Frank. — Na Ziemi jest dziesięć miliardów ludzi, a nas jest tu tylko dziesięć tysięcy. Wypada milion na jednego. Jeśli chcesz niwelować wypływające z tego dysproporcje sił, powinieneś zostać przedstawicielem UNOMY, jak ci zresztą doradzałem, kiedy ONZ instalowało tu swoją siedzibę. Ale wtedy mnie nie słuchałeś. Po prostu wzruszyłeś ramionami. Mogłeś zostać naprawdę kimś i robić coś ważnego. A kim jesteś teraz? Asystentem Saxa odpowiedzialnym za reklamę.
— Oraz za rozwój, bezpieczeństwo, kontakty z Ziemią i za mohole.
— Struś! — rzucił żartobliwie Frank. — Głowa w piasek! No już dobrze, chodźmy coś zjeść.
Poszli na kolację do największego arabskiego rovera, gdzie podano im wyśmienity egzotyczny posiłek z duszonej jagnięciny i pachnącego koprem jogurtu. Jednak John złapał się na tym, że nadal jest zły na Franka za jego ciągłą, z trudem skrywaną pogardę. Ich stara rywalizacja wciąż odżywała na nowo. W żaden sposób John nie potrafił sobie poradzić z drwiąca arogancją i butą przyjaciela — na Franku status “pierwszego człowieka” nigdy nie robił najmniejszego wrażenia.
Pewnie dlatego, kiedy Maja Tojtowa po drodze do Acheronu zjawiła się nieoczekiwanie następnego dnia, John ściskał ją dłużej niż zwykle. Jeszcze przed końcem wspólnej kolacji namówił ją bez trudu, by spędziła noc w jego łaziku. Kurtuazyjne gesty, pytania pełne nieskrywanej radości, subtelne uśmiechy, znaczące spojrzenia, przypadkowe zetknięcia się ramionami, gdy stali próbując sorbetów, rozmowy z pogodnymi ludźmi z karawany, którzy natychmiast uznali Rosjankę za zachwycającą… Był to stary kod, którego John i Maja używali od lat przy każdym spotkaniu. Ponowne zapoznanie i ponowne uwiedzenie. Frank mógł jedynie to obserwować i z nieruchomą jak maska twarzą przemawiać po arabsku do swoich egipskich przyjaciół.
Tej nocy, kiedy John kochał się z Mają w roverze, uniósł się nad nią na chwilę, spojrzał na białe ciało Rosjanki i pomyślał: “Tak wiele poświęcasz dla polityki, drogi Franku!” Pozbawiona wyrazu, nieruchoma twarz przyjaciela powiedziała Jonnowi wszystko, uświadomiła mu, że nic się nie zmieniło, że ciągle tkwi w nim ta sama zadra, nadal płonie ta dzika namiętność do Mai. Frank, podobnie zresztą jak większość mężczyzn w karawanseraju, z pewnością szaleńczo pragnął znaleźć się tej nocy na miejscu Johna i kochać się z Mają. Może zresztą raz czy dwa razy w przeszłości Frank rzeczywiście znajdował się w podobnej sytuacji, ale bez wątpienia nie wtedy, kiedy John był w pobliżu. Tak, niewątpliwie dziś wieczorem Frankowi boleśnie się przypomniało, na czym polega prawdziwa siła.