Выбрать главу

Tak bardzo skupił się na przykrości, którą wyrządzał Frankowi, że musiał przez dłuższą chwilę zwalczać te myśli, aby skupić uwagę na samej Mai. Od prawie pięciu lat już niemal ze sobą nie sypiali i w tym okresie John miał wiele innych partnerek; wiedział też, że ona żyła przez jakiś czas z pewnym inżynierem w Hellas. Dziwnie było powtarzać wszystko od początku, ponieważ znali się już tak dobrze, ponieważ byli kiedyś ze sobą tak blisko. Maja obróciła się i na sekundę jej twarz zamigotała pod Boonem w nikłym świetle. Wydała mu się bardziej jak siostra niż nieznajoma. … Coś się więc stało, coś mu się objawiło. Opadła cała zewnętrzna otoczka, zniknęły gierki. Było coś niesamowitego w jej twarzy, coś w zachowaniu i w sposobie, w jaki oddawała mu całą siebie, gdy się kochali. Nie znał nikogo, kto zachowywałby się tak jak ona.

A zatem na nowo rozpalił się stary żar ich miłości. Najpierw było jakoś niepewnie, zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Potem jednak, po cichej, trwającej godzinę rozmowie, zaczęli się całować i tarzać po łóżku i nagle pogrążyli się w prawdziwym szale namiętności. John musiał przyznać, że Maja, jak zawsze, wprawiła go w stan niezwykłego podniecenia. Zmusiła do wielkiej uwagi! Seks nie był bowiem dla niej swego rodzaju sportem (tak go traktował John), był wielką namiętnością, niemal sposobem przeżywania transcendencji, i gdy się kochała, zachowywała się jak tygrysica, co Boone’a zawsze zaskakiwało, budziło, trzeźwiło i rozpalało. Za każdym razem Maja przypominała mu, czym może być seks. John uznał, że naprawdę cudownie znów to sobie przypomnieć, po raz kolejny się tego od niej nauczyć. Pomyślał, że megaendorfina jest niczym w porównaniu z tym. Zastanawiał się, jak mógł o tym zapomnieć i dlaczego ciągle od niej odchodził, jak gdyby tę kobietę można było czymś lub kimś zastąpić. Wziął ją więc w ramiona, przycisnął mocno do siebie i zaczęli szaleć na jego łóżku, gryząc się, dysząc i jęcząc. Jak niemal zawsze dotąd szczytowali w tym samym momencie. Maja znowu doprowadziła go do najwyższej ekstazy. To był już ich rytuał.

Nieco później, gdy już tylko rozmawiali, John uświadomił sobie, że naprawdę bardzo ją lubi. W rzeczywistości zaczął się spotykać z Mają jedynie po to, by rozdrażnić Franka. Sama Maja właściwie nigdy go nie interesowała. Teraz jednak, kiedy tak leżeli obok siebie, poczuł, jak bardzo brakowało mu jej w ciągu ostatnich pięciu lat; ich wspólne życie przed laty wydawało mu się wspaniałą sielanką. Jakże za nią tęsknił przez cały ten czas! Nowe uczucia poczęły w nim rozkwitać. Zawsze go zaskakiwały, ponieważ nieustannie sądził, że jest już na nie zbyt stary, że nie jest już do nich zdolny. A potem coś się zdarzało i znowu to czuł. Patrząc wstecz na ostatnie lata uzmysłowił sobie z zaskoczeniem, że takim zdarzeniem niesłychanie często było spotkanie z Mają…

Maja zupełnie się nie zmieniła, była taka jak dawniej: żywa, bystra, pełna pomysłów i planów, bardzo skupiona na własnej osobie. Nie miała pojęcia, co John porabia tu na wydmach i nawet nie przyszło jej do głowy, by go o to spytać. Emanowała jakąś wewnętrzną siłą, pewnie potrafiłaby być dla niego okrutna, gdyby zachował się nie po jej myśli. Dostrzegł tę siłę w mocnym uścisku jej ramion, w jej stanowczych krokach, gdy szła do toalety. Ale to nie było nic nowego, wiedział to wszystko od dawna, to były stare informacje, coś, co odkrył tak dawno temu w Underhill podczas pierwszych lat ich pobytu na Czerwonej Planecie. Podobała mu się ta jej niezwykła poufałość, ta ogromna bliskość z drugą osobą, podobała mu się nawet jej nerwowość! Jak Frank i jego pogarda. Cóż, starzał się, a oni wszyscy stanowili prawie rodzinę. Ta ostatnia myśl tak go rozbawiła, że niemal się roześmiał i już miał coś powiedzieć, aby i Maję rozluźnić, ale potem zastanowił się i ugryzł w język. Nie, wystarczy, że on sam o tym wie, nie musi tego demonstrować. Boże! Nie był w stanie dłużej się powstrzymać i roześmiał się głośno, na co Maja również odpowiedziała śmiechem, po czym wróciła do łóżka i stuknęła go palcem w pierś.

— Znowu się ze mnie śmiejesz! To z powodu mojego tłustego tyłka, co?

— Wiesz przecież, że twój tyłek jest idealny. — Jeszcze raz dźgnęła go w to samo miejsce, obrażona stwierdzeniem, które uważała za perfidne kłamstwo, a John poddał się jej nastrojowi i znów rozpoczęli zapasy, które pogrążyły ich w świecie słonego potu i skóry, w świecie seksu. W czasie długiego leniwego odpoczynku John przyłapał się na pewnej myśli: “Kocham cię”, pomyślał, “kocham cię, dzika Maju, naprawdę cię kocham”. Była to myśl niepokojąca, wręcz niebezpieczna. Nie odważyłby się jej wypowiedzieć głośno, czuł jednak, że taka właśnie jest prawda.

Parę dni później, kiedy Maja wyjeżdżała, by odwiedzić grupę z Acheronu, zapytała go, czy nie miałby ochoty się do niej przyłączyć, i propozycja ta sprawiła mu przyjemność.

— Może za parę miesięcy.

— Nie, nie. — Jej twarz była poważna. — Przyjedź szybciej, chcę, żebyś był tam ze mną wcześniej. — Kiedy się zgodził, ot tak, pod wpływem chwilowego impulsu, uśmiechnęła się tajemniczo i dodała: — Nie będziesz żałował. — Potem pocałowała go i odjechała, zmierzając na południe do Burroughs, aby złapać pociąg na zachód.

Po wyjeździe Mai John nie miał już najmniejszej szansy dowiedzieć się czegokolwiek od Arabów. Obraził Franka, a Arabowie ujęli się za nim, jak gdyby to on miał rację.

— Ukryta kolonia? — zdziwili się na jego pytanie. — A cóż to takiego?

John westchnął. Postanowił zrezygnować i wyjechać. Przygotował swój rover w noc przed wyjazdem (Arabowie szczodrze wypełnili jego ładownię wszelkiego rodzaju artykułami żywnościowymi) i zastanowił się, co udało mu się do tej pory osiągnąć w śledztwie dotyczącym sabotaży. Pewne było, że do chwili obecnej nie zdołał zrobić niczego, co mogłoby zagrozić pozycji Sherlocka Holmesa. Mało tego, okazało się, że istnieje na Marsie cała społeczność, absolutnie dla Johna niedostępna. Ach ci muzułmanie, jacy oni są naprawdę? Tego wieczoru, gdy skończył ładować zapasy do łazika, poczytał przez chwilę dane komputerowe, a potem przysiadł się do gospodarzy i obserwując ich jak najuważniej, przez całą długą noc zadawał pytania… Wiedział, że pytania stanowią klucz do ludzkich dusz, nieskończenie bardziej użytecznych niż rozum. Tyle że nie w tym przypadku, Arabowie pozostali dla Johna zamknięci i nieodgadnieni. “Kojot?” — pytali. — “Czy to nie jest jakiś rodzaj dzikiego psa?”

Tak więc następnego ranka Boone zmieszany i zawiedziony opuścił karawanę i udał się na zachód, ku południowej granicy morza wydm. Jechał do Acheronu, aby połączyć się z Mają. Czekała go długa podróż, pięć tysięcy kilometrów z wydmy na wydmę. Wolał jednak samotną jazdę roverem niż dojazd do Burroughs i podróż pociągiem. Potrzebował czasu, aby przemyśleć wiele spraw. Nabrał od dawna takiego przyzwyczajenia — jadąc na przełaj łazikiem albo lecąc szybowcem, rozmyślał. Sprzyjało temu oddalenie od siedzib ludzkich, powolna jazda przez marsjańskie krainy. Był już w drodze od lat, od lat przemierzał północną półkulę i robił długie wypady na południe.