Podczas tych podróży dokonywał inspekcji moholi, wyświadczał przysługi Saxowi, Helmutowi lub Frankowi, badał różne sprawy dla Arkadego albo przecinał wstęgi podczas różnych uroczystych otwarć tego czy owego: miasta, szybu, stacji meteorologicznej, kopalni, moholu. Wszędzie przemawiał publicznie lub gawędził prywatnie, rozmawiał z obcymi, ze starymi przyjaciółmi, z nowymi znajomymi. Umiał już przemawiać prawie tak dobrze jak Frank i ze wszystkich sił starał się natchnąć mieszkańców planety, aby wraz z nim znaleźli sposób na zapomnienie swej historii i zbudowanie nowej, świetnie funkcjonującej społeczności, na zbudowanie naukowego systemu przeznaczonego tylko dla Marsa, zaprojektowanego dla ich specyficznych warunków, na stworzenie społeczeństwa dobrego, sprawiedliwego, działającego racjonalnie i tak dalej… Inspirował słuchaczy, aby wskazali mu drogę do nowego Marsa…
Jednakże z roku na rok coraz mniej wierzył, że coś takiego powstanie, że uda mu się stworzyć wymarzone społeczeństwo. W Bradbury Point uświadomił sobie, jak wiele się zmieniło, a Arabowie potwierdzili to wrażenie. Sprawy najwyraźniej wymknęły mu się ostatnio spod kontroli i co więcej, już zupełnie nikt nad nimi nie panował. Nie istniał żaden plan.
John jechał prowadzonym przez automatycznego pilota roverem na zachód, to podjeżdżając pod górę, to opadając w dół na kolejnych wydmach. Nie widział niczego wokół siebie. Zatopił się głęboko w myślach, próbując sobie uzmysłowić, czym właściwie jest historia i jak funkcjonuje. I gdy tak przemierzał piaszczystą krainę, pomyślał w pewnej chwili, że historia to coś wielkiego, coś, co zawsze znajdowało się jakby za horyzontem. I mimo że sama jest niewidoczna, widać jej działania. Historia jest tym, powiedział sobie John, co się zdarzyło, kiedy nie patrzyłeś — jest niepoznawalnym bezkresem zdarzeń, które znajdując się poza kontrolą, same potrafią wszystko kontrolować. “Przecież byłem tu od samego początku” — jęknął w duchu. Tak, był tu od samego początku, był pierwsza osobą, która postawiła stopę w tym świecie. A potem wrócił do tego świata na przekór wszelkim przeciwnościom i pomagał go budować od podstaw! A teraz, pomimo takich wysiłków, wszystko wymknęło mu się spod kontroli. Uciekło od niego. Zastanawiając się nad tą kwestią, John czuł, jak jego nerwy się napinają, czuł niedowierzanie, a czasem wściekłość; czuł się zawiedziony. Wiedział też, że cała sprawa coraz szybciej wymyka się również poza jego zdolność zrozumienia i czuł, że to nie jest w porządku, że musi z tym walczyć!
Ale jak? Poprzez jakiś rodzaj planowania społecznego… Tak, oczywiście to właśnie było im potrzebne. Na razie dominowało bezładne, pozbawione planu działanie, łamiące nawet ten słaby plan, jaki mieli, i zaczęło się to już przy okazji marsjańskiego traktatu… Tak, tak, społeczności pozbawione planu: taka była dotąd historia. Ale ta dotychczasowa historia była koszmarem, ogromnym łańcuchem błędów. Nie. Teraz potrzebowali planu. Mieli okazję zacząć tu wszystko na nowo i potrzebowali wizji. Helmut to służalczy urzędas, Frank natomiast był cynikiem akceptującym status quo, zgadzającym się na łamanie traktatu, jak gdyby przylecieli tu w jakiejś gorączce złota. Frank nie ma racji. Myli się jak zwykle!
Ale i zachowanie Johna — ta bezładna gonitwa z miejsca na miejsce — było prawdopodobnie także niewłaściwe. Postępował dotąd według jakiejś niewyraźnej teorii: wydawało mu się, że jeśli objedzie jak największą część tej planety, jeśli odwiedzi jeszcze jedną kolonię, a potem jeszcze jedną, porozmawia z jedną więcej osobą, to jakoś mu się to uda (bez specjalnego wysiłku myślowego), i że to holistyczne podejście spłynie z niego na wszystkich innych, obejmie nowych kolonistów, a wtedy wszystko się zmieni.
Teraz był już zupełnie przekonany, że jego myślenie było naiwne. Na tej planecie mieszkało obecnie tak wielu ludzi, że nie mógłby mieć nigdy nadziei na spotkanie ich wszystkich, na poznanie ich ambicji i pragnień. Zresztą nie chodziło tylko o to, bo przecież wielu nowo przybyłych pozornie miało podobne jak pierwsza setka powody, by przylecieć na Czerwoną Planetę. Oczywiście nie wszyscy: poza naukowcami przybywali tu również ludzie tacy jak na przykład ci spotkam Szwajcarzy — wędrowni budowniczowie dróg. A John nie znał tych nowych przybyszów tak dobrze jak przedstawicieli pierwszej setki, nie znał ich i nigdy nie pozna. Prawda jest taka, że Boone’a stworzyła “setka” — to właśnie członkowie tej maleńkiej społeczności ukształtowali jego opinie i idee, to oni nauczyli go wszystkiego. Byli jego rodziną, ufał im. I pragnął ich pomocy, potrzebował jej teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może właśnie tak należało tłumaczyć sobie ten nagły nawrót intensywnego uczucia do Mai. Może z tego właśnie powodu czuł taką wściekłość na Hiroko — pragnął z nią porozmawiać, potrzebował jej pomocy! A ona ich opuściła.
Wład i Ursula przenieśli swój kompleks biotechnologiczny do nowej siedziby. Znajdował się teraz w przypominającym żebro podłużnym paśmie w Acheron Fossae. Wąskie wzniesienie wyglądało jak wieżyczka obserwacyjna w ogromnej, zanurzonej łodzi podwodnej. Jego wyższą część, która rozciągała się od jednego urwiska do drugiego, podziurawili jak plaster miodu serią wykopów. Niektóre z uzyskanych w ten sposób pomieszczeń miały nawet kilometr szerokości i szklane ściany z obu stron. Okna na południowej stronie dawały widok na Olympus Mons, który znajdował się około sześciuset kilometrów od nich, natomiast okna wychodzące na północ spoglądały na jasnobrązowe piaski Arcadia Planitia.
John wjechał szerokim występem skalnym na dno “żebra” i przesunął się przez luk garażowej komory powietrznej. Po drodze zauważył, że ziemia w wąskim kanionie na południe od kolonii jest pokryta zwałami gruzełkowatej substancji, przypominającej stopiony brązowy cukier.
— To nowy rodzaj skrytopłciowej skorupy — wyjaśnił spytany o to Wład. — Symbioza cyjanobakterii i sztucznie wyhodowanych bakterii floryda. Bakterie floryda przenikają bardzo głęboko w podłoże i przekształcają zawarte w nim siarczany w siarczki, które potem zasilają odmianę Microcoleus. Górne warstwy tego związku rozwijają się w filamentach, które czepiają się piasku i gliny w dużych drzewiastych formacjach. To, co widzisz, stanowi więc coś w rodzaju małego lasku z naprawdę długimi systemami korzeniowymi bakterii. I te systemy korzeniowe najwyraźniej ciągle prą w dół, przez regolit przechodzą do podłoża skalnego i po drodze topią wieczną zmarzlinę.
— I pozwoliliście się rozplenić takiemu paskudztwu? — spytał John.
— Jasne. Potrzebujemy przecież czegoś, by zniszczyć zmarzlinę, prawda?
— Czy umiecie to powstrzymać, by nie rozrosło się na całą planetę?
— No… kiedy zaczną przytłaczać resztę biomasy, wykorzystamy zwykły układ genów samobójczych, ale póki utrzymują się w odpowiednim miejscu…
— Hmm.
— Nie przypominają zbytnio pierwszych form życia, które pokryły ziemskie lądy… Po prostu wzmagamy tempo ich wzrostu i pobudzamy ich systemy korzeniowe. Zabawne jest to, że, jak mi się zdaje, najpierw będą oziębiać atmosferę, nawet jeśli ogrzeją glebę pod powierzchnią, ponieważ pobudzą procesy utleniania skał, a wszystkie tego typu działania absorbują dwutlenek węgla z powietrza, więc ciśnienie powietrza będzie spadać.
Pojawiła się Maja, wy ściskała serdecznie Johna, po czym spytała:
— A czy te reakcje nie spowodują przypadkiem wydzielania się tlenu podczas wchłaniania dwutlenku węgla? Wtedy ciśnienie wcale by nie spadło. Wład wzruszył ramionami.