— Jakieś wiadomości na pewno się wymkną.
— Tak sądzisz? Mogliby próbować je kontrolować, może nawet wprowadzić jakąś blokadę informacyjną. No, nie wiem.
— Tak. Ale, jak sądzę, wy… hmm, i tak nie zamierzacie przestać, co?
— Nie. — Wzruszyła ramionami. — Więc jak? Chcesz się poddać kuracji?
— Daj mi trochę czasu do namysłu.
John poszedł na spacer na wierzchołek “żebra”, a potem zszedł do długiego budynku z oranżerią przeładowaną bambusem i roślinami spożywczymi. Idąc na zachód, musiał osłaniać oczy przed blaskiem popołudniowego słońca, które raziło w oczy nawet przez filtrowane szkło szybki w hełmie. Gdy wracał w kierunku wschodnim, dostrzegł w oddali popękane lawowe stoki rozciągające się aż po Olympus Mons.
Myślenie sprawiało mu trudność. Miał teraz sześćdziesiąt sześć lat. Urodził się w 1982 roku, a który był teraz na Ziemi… 2048? Tu był Mrok jedenasty, przeżył już jedenaście długich, wysoce “radioaktywnych” marsjańskich lat. I spędził trzydzieści pięć miesięcy w kosmosie, wliczając w to trzy wyprawy z Ziemi na Marsa, co ciągle stanowiło rekord. Przyjął sto dziewięćdziesiąt pięć remów w trakcie tych wypraw, miał niskie ciśnienie, nieodpowiednią proporcję lipoprotein o dużej gęstości w stosunku do lipoprotein lekkich. Gdy pływał, bolały go ramiona i czuł wielkie zmęczenie. Starzał się. Nie chciał pozostawić reszty swego życia przypadkowi, chociaż myśl o sztucznym przedłużeniu własnej egzystencji była dziwna i niepokojąca. Z drugiej strony miał wielkie zaufanie do grupy “Acheron”, której przedstawiciele — teraz dopiero to sobie uświadomił, chociaż musiał to dostrzec już wcześniej, wędrując po ich siedzibie — wszystko robili z werwą: intensywnie pracowali, jedli, grali w piłkę nożną, pływali i tak dalej, a na twarzach nieustannie mieli nieznaczne uśmieszki i ciągle coś do siebie radośnie mruczeli. Nie, na pewno nie zachowywali się jak dziesięciolatki, ale otaczała ich aura młodzieńczego, pełnego optymizmu, łagodnego, zaabsorbowanego pracą szczęścia. I zdrowia, a może nawet czegoś więcej niż zdrowia. Boone roześmiał się głośno i skierował się do Acheronu w poszukiwaniu Ursuli. Kiedy go zobaczyła, również się roześmiała.
— Tak naprawdę wcale nie jest zbyt trudno podjąć decyzję, prawda?
— Nie. — Uśmiechnął się do niej. — No wiesz, w końcu co mam do stracenia?
A więc zgodził się na kurację. Mieli jego genom w swoich komputerach, ale potrzebowali kilku dni, aby zsyntetyzować zbiór reperacyjnych odcinków DNA, pociąć je na plazmidy i sklonować w milionach kopii. Ursula powiedziała Johnowi, aby przyszedł za trzy dni.
Kiedy wrócił do apartamentu dla gości, była tam już Maja. Wyczuł, że jest wstrząśnięta; chodziła nerwowo od szafki do zlewu, potem do okna, po drodze dotykając różnych przedmiotów i rozglądając się, jak gdyby po raz pierwszy widziała pomieszczenie. Okazało się, że Wład powiedział jej o kuracji po badaniach odpornościowych. Odbyła z nim taką samą rozmowę, jaką Ursula przeprowadziła z Johnem.
— Zaraza nieśmiertelności! — wykrzyknęła nagle i nienaturalnie się roześmiała. — Możesz w to uwierzyć?
— Zaraza długowieczności — poprawił ją. — I nie, nie mogę w to do końca uwierzyć. Naprawdę nie mogę. — Poczuł lekki zawrót głowy i zauważył, że Maja go nie usłyszyła. Jej podniecenie udzieliło się również i jemu.
Podgrzali zupę, którą zjedli w oszołomieniu. Okazało się, że Wład już wcześniej zaprosił Maję do Acheronu, aby zaznajomiła się z tym wszystkim. Dlatego właśnie tak nalegała, żeby John towarzyszył jej w podróży tutaj. Kiedy mu o tym powiedziała, ogarnęła go nagle fala wzruszenia. Stanął obok niej, gdy myła naczynia, i obserwował, jak trzęsą jej się ręce. Uświadomił sobie, jak bardzo jest mu bliska. Było tak, jakby znali swe myśli, jakby po tych wszystkich latach w obliczu czegoś tak dziwacznego nie istniała już potrzeba słów, lecz wystarczała obecność drugiej osoby. Tej nocy w gorącym mroku ich łóżka Maja wyszeptała chrapliwie:
— Zróbmy to lepiej dwa razy dziś w nocy. Póki jeszcze jesteśmy sobą.
Trzy dni później oboje rozpoczęli kurację. John leżał na kozetce w małym pomieszczeniu i patrzył na zatyczkę tkwiącą w żyle na grzbiecie własnej ręki. Odżywczy zastrzyk, typ IV, niemal dokładnie taki sam, jaki otrzymywał już wiele razy przedtem. Tylko tym razem czuł, jak w jego ramieniu wzrasta dziwne gorąco, rozpala mu pierś i spływa w nogach. Czy było to wrażenie rzeczywiste, czy tylko złudzenie? Przez sekundę czuł się niesamowicie, jak gdyby przez jego ciało przechodził jego własny cień. Potem pozostało już tylko gorąco.
— Czy powinno mi być tak ciepło? — spytał z niepokojem przypatrującą mu się Ursulę.
— Na początku to przypomina gorączkę — odparła. — Potem wywołamy u ciebie mały wstrząs, aby wprowadzić plazmidy do komórek. Następnie poczujesz chłód, gdy nowe odcinki połączą się ze starymi. Większość ludzi czuje się tak, jakby byli przeziębieni.
Jakąś godzinę później cała zawartość dużej butelki z IV spłynęła do jego żył. Johnowi nadal było gorąco i czuł, że ma pełny pęcherz. Pozwolili mu wstać i pójść do łazienki, a kiedy wrócił, przymocowali go do czegoś, co wyglądało jak skrzyżowanie kozetki z krzesłem elektrycznym. Widok ten wcale go nie zaniepokoił; rozmaite treningi astronautyczne przyzwyczaiły Johna do wszelkich możliwych wymysłów. Wywołany przez urządzenie szok trwał około dziesięciu sekund. Przez ten czas w całym ciele czuł nieprzyjemne łaskotanie. Potem Ursula wraz z kilkorgiem asystentów odłączyła go od aparatury. Oczy lekarki iskrzyły się radośnie i pocałowala Boone’a prosto w usta, po czym znowu go ostrzegła, że za chwilę zacznie czuć zimno, które potrwa parę dni. Pomóc może siedzenie w saunie albo w wannie z masażem wodnym. Właściwie nawet to zalecali.
John i Maja siedzieli obok siebie w rogu sauny, kuląc się z zimna w nieznośnym gorącu i obserwowali ciała innych, którzy wchodzili biali, a wychodzili zaróżowieni. Ten widok skojarzył się Boone’owi z ich sytuacją — wejdź sześćdziesięciopięciolatkiem, wyjdziesz jako dziesięcioletnie dziecko. Wciąż nie mógł w to wszystko uwierzyć. Zresztą w ogóle miał kłopoty z myśleniem, nie potrafił się na niczym skupić, w głowie miał pustkę i czuł się jak ogłuszony. Jeśli komórki mózgowe również miały być zregenerowane, dlaczego odczuwał coś w rodzaju blokady psychicznej? John zawsze myślał powoli i nieco chaotycznie. W gruncie rzeczy w tej chwili prawdopodobnie nie miał większych niż zwykle problemów z myśleniem, po prostu zauważył ten fakt dlatego, że tak usilnie pragnął poznać odpowiedź na jedno jedyne pytanie. Chciał wiedzieć, czy to naprawdę może się zdarzyć? Czy rzeczywiście jemu i Mai uda się oddalić śmierć o parę lat, może dziesięcioleci?…
Wyszli z sauny, ruszyli coś zjeść, a potem poszli na krótki spacer po oranżerii na wierzchołku. Obserwowali wydmy na północy i chaotyczny teren lawowy na południu. Północny krajobraz przypominał Mai pierwsze dni w Underhill, tyle że zamiast przypadkowych stosów kamieni na Lunae widziała owiane wiatrem pikowane wzorki wydm Arcadii, jak gdyby jej pamięć oczyściła wspomnienia z tamtego czasu i znacznie je wymodelowała, zabarwiając wypłowiałe, przygaszone ochry i czerwienie tamtej krainy głęboką cytrynową żółcią. Takie patynowanie przeszłości.