John popatrzył na towarzyszkę z zaciekawieniem. Minęło jedenaście M-lat od tych pierwszych dni w parku maszynowym i przez większość tego czasu byli kochankami. Oczywiście, ich miłość obfitowała w wiele (błogosławionych) przerw i rozstań, spowodowanych przez okoliczności albo, częściej, przez nieumiejętność wspólnego życia. Mimo tych przeszkód przy każdym spotkaniu, przy każdej sposobności, zaczynali swój związek jeszcze raz od początku i w rezultacie znali się teraz niemal tak dobrze, jak każda stara para małżeńska, a może nawet lepiej, ponieważ każda całkowicie sobie wierna para prawdopodobnie w którymś momencie przestaje zwracać na siebie uwagę, podczas gdy oni dwoje z powodu wszystkich tych separacji i powrotów, bitew i rozejmów wciąż od nowa uczyli się siebie nawzajem.
John zwierzył się Mai z tych myśli i zaczęli rozmawiać o wspólnej przeszłości, co sprawiło im dużą przyjemność.
— Musimy nadal poświęcać sobie maksimum uwagi — odpowiedziała mu poważnie i pokiwała głową. W jej wzroku pojawiło się uroczyste zadowolenie, gdyż była przekonana, że taki obrót sprawy jest w większości jej zasługą. Tak, poświęcali sobie uwagę i nigdy nie popadali w bezmyślną rutynę przyzwyczajenia. Gdy siedzieli w łaźni lub szli po wierzchołku, byli zgodni co do tego, że to ciągle odnawiające się wzajemne zainteresowanie jest nagrodą za czas, który spędzali z dala od siebie, nawet więcej niż nagrodą. Tak, bez wątpienia znali się znacznie lepiej niż jakakolwiek stara para małżeńska.
I tak rozmawiając, starali się dopasować to, co już im się w życiu przydarzyło, do czekających ich nowych niezwykłych zdarzeń. W ich słowach brzmiała pełna niepokoju nadzieja, że da się pogodzić tamtą przeszłość z pełną zagadek nadchodzącą przyszłością.
Nazajutrz późnym wieczorem, dwa dni po szczepieniu, gdy samotnie przebywali nadzy w saunie — ich ciała ciągle chłodne, cała skóra zaróżowiona od potu — John popatrzył na ciało siedzącej obok Mai, tak realne jak skała, i poczuł żar, jak gdyby zastrzyk IV znowu igrał w jego żyłach. Nie jadł zbyt wiele od początku kuracji i, być może właśnie z tego powodu, beżowożółte kafelki, na których siedzieli, zaczęły mu pulsować przed oczyma. Odniósł wrażenie, że wydobywa się z nich jakiś dziwny blask. W kropelkach wody pokrywających kafle jak maleńkie okruchy błyszczało światło i ciało Mai rozciągnięte na tych roziskrzonych kafelkach tętniło przed oczyma Johna niczym różowa świeca. Uosobienie “aktualności”, coś w rodzaju “haecceity”. Tak nazwał swoje poglądy religijne Sax, gdy Boone kiedyś go o nie zapytał. “Wierzę w haecceity”, powiedział wówczas Sax, “w momentalność, w tu i teraz, w niezwykłość każdej chwili. Dlatego właśnie chcę znać szczegółową naturę każdej rzeczy. Chcę wiedzieć, co to jest i jakie to jest”. Teraz John przypomniał sobie dziwaczne słowa Saxa i jego niesamowitą religię, i w końcu zrozumiał, co przyjaciel chciał w ten sposób wyrazić. W tej właśnie chwili on także odczuł “aktualność” tego momentu i poczuł się tak, jak gdyby całe swoje życie przeżył tylko po to, aby dojść do tej właśnie chwili. Kafelki i gęste gorące powietrze pulsowały wokół niego, miał wrażenie, że umiera i rodzi się na nowo, i był naprawdę przekonany, że to, co powiedzieli Ursula i Wład, jest prawdą. A tam obok niego znajdowało się — również właśnie się odradzające — różowe ciało Mai Tojtownej, ciało Mai, które znał lepiej niż własne. Znał je nie tylko w tym momencie, ale zmieniające się w czasie; nawet dziś żywo pamiętał, jak wyglądała, gdy pierwszy raz ujrzał ją nagą, nadlatującą ku niemu w baniaczku na Aresie, otoczoną nimbem gwiazd na tle czarnego aksamitu kosmosu. I od tamtego dnia każda zmiana w niej była dla niego idealnie widoczna, potrafił krok po kroku przesuwać się z tamtego pierwszego wizerunku zawartego w pamięci, aż po to ciało obok niego, mógł w każdej chwili wyobrazić sobie, jak jej ciało i skóra powoli się zmieniają, jak ciało słabnie, a skóra pokrywa się zmarszczkami, po prostu jak się starzeje. Oboje byli teraz starsi, bardziej zniszczeni, bardziej ociężali. Taka jest kolej rzeczy. Ale naprawdę zadziwiające było to, jak wiele w nich pozostało, jak bardzo ciągle byli sobą. Przyszły mu do głowy strofy poezji, epitafium ekspedycji Scotta w pobliżu Stacji Rossa na Antarktydzie. Gdy grupka przyszłych kolonistów wspięła się przed wieloma laty na tamto wzgórze, aby obejrzeć duży drewniany krzyż, dostrzegli wyrzeźbione na nim słowa: “Chociaż tak wiele zniknęło, jednak mnóstwo jeszcze pozostaje…”, coś w tym rodzaju. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć — rzeczywiście wiele z jego pamięci zniknęło, w końcu to było tak dawno temu.
Na Marsie ciężko pracowali i dobrze się odżywiali, a marsjańska grawitacja najwyraźniej potraktowała ich łagodniej niż zrobiłaby to ziemska, ponieważ dziś, po tylu latach nie można było ukryć pewnej bezspornej prawdy: że Maja Tojtowna ciągle jest piękną kobietą, o silnym, umięśnionym ciele. Jej królewska twarz i siwe — teraz wilgotne — włosy ciągle mu się bardzo podobały, jej piersi nadal przyciągały jego wzrok. Ciało Mai stale się zmieniało przy każdym przesunięciu jej łokcia, a jednak w każdej pozie było całkowicie znajome… znane jego piersiom, jego ramionom, żebrom i pachwinom. Była, na dobre i na złe, najbliższą mu osobą, była dla niego pięknym różowym zwierzątkiem, a także awatarem seksu, wcieleniem samego życia na tym nagim kamiennym świecie. Oboje wyglądali wspaniale w wieku sześćdziesięciu pięciu lat i John pomyślał, że byłby zadowolony nawet wtedy, gdyby kuracja nie zrobiła nic więcej poza utrzymaniem ich dokładnie w takim stanie jeszcze przez kilka dodatkowych lat albo (wciąż szokowała go ta możliwość) jeszcze przez dziesięciolecia. Dziesięciolecia?! Tak, myśl była doprawdy niesamowita. Nie potrafił tego wszystkiego pojąć, to było zbyt wiele. Musi przestać się nad tym zastanawiać albo zwariuje. Ale gdyby jednak to było możliwe? Czy naprawdę zatrzymają czas? Takie było najboleśniejsze pragnienie wszystkich prawdziwych kochanków przez całe epoki: mieć jeszcze trochę więcej czasu dla siebie, rozciągnąć czas i żyć pełnią miłości…
Najwyraźniej podobne uczucia przepełniały też Maję. Była w cudownym nastroju, obserwowała go spod wpółprzymkniętych powiek z tym kusicielskim półuśmieszkiem, który znał tak dobrze. Jedno kolano trzymała w górze przyciągnięte do piersi, nie aby pysznić się przed nim płcią, ale po prostu dla wygody. Właśnie tak by się zrelaksowała, gdyby była sama… Tak, nie było wspanialszej istoty niż Maja w doskonałym humorze, nikt nie potrafił tak bardzo i tak łatwo zarażać innych ludzi swoim dobrym nastrojem. John poczuł nagły przypływ uczucia, uczucia o mocy zastrzyku IV, położył rękę na jej ramieniu i lekko je ścisnął; eros był tylko korzenną przyprawą, smakowym dodatkiem w potrawie agape; i nagle słowa po prostu same wybuchły z jego ust. Powiedział jej coś, czego nie mówił jej nigdy przedtem:
— Pobierzmy się! — krzyknął, a kiedy Maja się roześmiała, on również się zaśmiał i dodał: — Nie, nie, mówię poważnie, pobierzmy się.
Pobrać się i być razem. Razem się zestarzeć, brać wszystko, cokolwiek przyniosą darowane lata, dzielić wspólnie tę przygodę, mieć dzieci, patrzeć, jak ich dzieci mają własne dzieci, patrzeć, jak wnuki mają dzieci, jak mają je prawnuki. Boże mój, kto wie, jak długo to mogłoby potrwać? Mogliby obserwować cały naród swoich potomków, kwitnący, rozrastający się bujnie, mogliby się stać patriarchą i matroną, kimś w rodzaju marsjańskiego miniAdama i miniEwy! Maja roześmiała się na takie oświadczyny; jej błyszczące uczuciem oczy były jak okna duszy. Maja w bardzo, bardzo dobrym nastroju, obserwująca go i wchłaniająca jego słowa. Wyczuwał chciwość jej spojrzenia. Patrzyła na niego i reagowała radosnym śmiechem na każdą nową absurdalną myśl, którą z siebie wyrzucał, i co jakiś czas mówiła: “Tak, tak, coś takiego”, po czym ściskała go mocno.