— Och, John — szepnęła. — Naprawdę wiesz, jak mnie uszczęśliwić. Jesteś najlepszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek miałam.
Pocałowała go i odkrył, że mimo gorąca sauny, łatwo było przenieść nacisk z agape na erosa. Jednak teraz byli jednością, byli niemożliwi do rozróżnienia, wspaniała, zmieszana z wielu strumieni rzeka miłości.
— Więc wyjdziesz za mnie i przeżyjemy to wszystko? — spytał, kiedy zamknął drzwi sauny i rzeka ich miłości zaczęła podążać do morza.
— Coś w tym rodzaju — odparła. Jej oczy miotały błyskawice, a twarz rozpromieniła się w czarownym uśmiechu.
Kiedy się spodziewasz żyć kolejne dwieście lat, zachowujesz się inaczej niż wtedy, kiedy masz żyć jedynie dwadzieścia.
Udowodnili to oboje niemal natychmiast. John spędził zimę w Acheronie, na skraju mglistej czapy z dwutlenku węgla, co roku o tej porze zalegającej biegun północny i wraz z Mariną Tokariewą oraz jej grupą laboratoryjną zaczął studiować areobotanikę. Zalecił mu to zajęcie Sax, a John chętnie na tę propozycję przystał, ponieważ czuł, że nie musi się spieszyć z wyjazdem. Sax najwyraźniej zdawał się zapominać o śledztwie związanym z sabotażami, co wzbudziło u Johna pewną podejrzliwość, toteż w wolnym czasie nadal starał się zbierać materiały poprzez Pauline. Koncentrował się na rejonach, które odwiedził, zanim przyjechał do Acheronu. Przeglądał też pliki przemieszczania się i zatrudnienia wszystkich osób, które podróżowały po terenach, gdzie miały miejsce sabotaże. Przypuszczał, że w sprawę zamieszana jest spora grupa ludzi, więc dane podróży indywidualnych mogły mu nie powiedzieć zbyt wiele. Wiedział jednak, że wiele osób na Marsie podróżuje na polecenie jakiejś organizacji, toteż sądził, że sprawdzając, kto wysyła ludzi w interesujące go miejsca, otrzyma pewne wskazówki. Sprawa nie była łatwa i musiał polegać na Pauline nie tylko w kwestii danych. Często potrzebował również porady, co nieco go martwiło.
Resztę czasu poświęcał na studiowanie od podstaw historii areobotaniki. Miał czas, nie musiał się spieszyć, obserwował więc rezultaty kolejnych eksperymentów. Przyglądał się grupie Mariny, która projektowała właśnie nowy gatunek drzewa. Studiował wraz z nimi i wykonywał dla nich proste prace laboratoryjne w rodzaju mycia szkła i tym podobne.
Drzewo miało posłużyć jako sklepienie wielowarstwowego lasu, który grupa zamierzała posadzić na wydmach Vastitas Borealis. Oparte było na genomie sekwoi, naukowcy pragnęli jednak drzew jeszcze większych niż sekwoje, wysokich może nawet na dwieście metrów, o pniach pięćdziesięciometrowej średnicy przy podstawie. Kora tych drzew przez większość czasu miała być zamarznięta, a szerokie liście o purpurowych spodach, które prawdopodobnie będą stale wyglądały, jak gdyby cierpiały z powodu choroby nikotynowej, powinny bez szkody dla siebie absorbować przeciętną dawkę promieniowania ultrafioletowego. Na początku John sądził, że planowany rozmiar drzew jest przesadny, ale Marina wyjaśniła mu, że takie rośliny byłyby zdolne przyjmować wielkie ilości dwutlenku węgla, absorbować zawarty w nim węgiel, a parujący tlen wysyłać z powrotem w atmosferę. Kiedyś powinny stanowić wspaniały widok. Obecnie pędy testowanych prototypów miały zaledwie dziesięć metrów wysokości, więc dopiero za dwadzieścia lat najlepsze okazy mogłyby osiągnąć optymalną wysokość. Nadal jednak wszystkie umierały w marsjańskich butlach; warunki atmosferyczne będą się musiały znacznie zmienić, by te drzewa przeżyły na zewnątrz. Ale i tak laboratorium Mariny robiło większe postępy niż inne.
Wszyscy przedstawiciele pierwszej setki zaczęli teraz pracować inaczej. Był to najprawdopodobniej rezultat kuracji, tak się przynajmniej wydawało na pierwszy rzut oka. Mogli sobie pozwolić na dłuższe eksperymenty. Dłuższe (tu John jęknął) śledztwa. Dłuższe myśli.
Pod wieloma względami jednak nic się nie zmieniło. John czuł się niemal tak samo jak przedtem, tyle tylko, że nie musiał brać megaendorfiny, aby od czasu do czasu poczuć osobliwe drżenie w mięśniach, które przedtem zdarzało mu się jedynie po naprawdę dużej dawce. Czuł się tak, jak gdyby dopiero co przepłynął kilka kilometrów albo całe popołudnie jeździł na przełaj na nartach. Gdyby teraz wziął megaendorfinę, byłoby to jak noszenie drew do lasu.
Wszystko jakby się żarzyło. Kiedy podczas spaceru znalazł się na szczycie wzniesienia, cały krajobraz w dole się jarzył: nieruchome buldożery, dźwig o wyglądzie szubienicy. Mógłby bez końca kontemplować świat wokół siebie. Maja wyjechała do Hellas, ale to nie miało znaczenia; ich związek był jak przejażdżka starą górską kolejką: znowu się kłócili, a ona co chwila wybuchała złością. Wszystko wydawało się nieważne teraz, w tym żarzącym się świecie, i niczego nie zmieniało w tym, co John czuł do niej, ani w tym, jak ona na niego — od czasu do czasu — patrzyła. Wiedział, że zobaczy ją za parę miesięcy, a na razie czasem rozmawiał z nią przez wideotelefon. Była to w tej chwili niewiele znacząca rozłąka, która wcale mu nie przeszkadzała.
To była dobra zima. Nauczył się sporo na temat areobotaniki i biotechnologii, a wieczorami, po kolacji, wypytywał mieszkańców Acheronu, jaki ich zdaniem powinien być ostateczny kształt społeczeństwa marsjańskiego i jak powinno ono funkcjonować. W Acheronie tego typu pytania zwykle prowadziły do rozważań o ekologii i jej przekształconej gałęzi — czegoś w rodzaju szczególnej “ekonomii”. Podchodzili do tych spraw o wiele bardziej krytycznie niż do polityki, którą Marina nazywała “domniemanym aparatem decyzyjnym”. Marina i Wład interesowali się szczególnie związkami ekonomii i ekologii i stworzyli system równań dla dziedziny, którą nazywali “ekoekonomią”, co zawsze brzmiało dla Johna jako “echoekonomia”. Lubił słuchać, gdy objaśniali swoje równania, i zadawał im wówczas mnóstwo pytań, poznając takie pojęcia, jak nośność, koegzystencja, przeciwadaptacja, mechanizmy prawnie uzasadnione czy wydajność ekologiczna.
— To jest jedyna rzeczywista miara naszego wkładu w ten system — mówił Wład. — Gdybyś spalił nasze ciała za pomocą mikrobomby i przeprowadził pomiary kalorymetryczne, stwierdziłbyś, że każde z nas zawiera około sześciu albo siedmiu kilokalorii na gram wagi i, rzecz jasna, musimy przyjmować sporo kalorii, aby podtrzymywać tę wartość przez całe życie. Natomiast nasza wydajność jest trudniejsza do zmierzenia, ponieważ to nie jest kwestia żerujących na nas drapieżców, jak w przypadkach klasycznych pomiarów wydajności; raczej jest to kwestia tego, jak wiele kalorii przetwarzamy w naszą pracę albo ile jej przesyłamy naszym następnym pokoleniom, coś w tym rodzaju… A poza tym większość z tego jest, oczywiście, sprawą dość, hmm, pośrednią i pociąga za sobą wiele spekulacji i subiektywnych opinii. Jeśli nie ustalisz wartości szeregu kwestii niefizycznych, dojdziesz do wniosku, że elektrycy, hydraulicy, budowniczowie reaktorów i inni pracownicy “produkcyjni” zawsze pozostaną najbardziej twórczymi członkami społeczności, podczas gdy artyści i im podobni nie wnoszą zupełnie żadnego wkładu.
— Brzmi to dla mnie niemal prawdziwie — zażartował John, ale Wład i Marina zignorowali jego słowa.
— Tak czy owak, tym właśnie mniej więcej jest ekonomia dla większości ludzi… albo należy ją mierzyć w kategoriach smaku, wyznaczając liczbowe wartości dla spraw niepoliczalnych. A potem udawać, że wcale się tych liczb nie ustaliło… W tym sensie ekonomia jest bliska astrologii, z wyjątkiem tego, że ekonomia służy do uzasadniania aktualnej struktury władzy i dlatego ma wielu żarliwych zwolenników wśród warstw najpotężniejszych.