— Może lepiej skoncentrujmy się po prostu na tym, co tu robimy — wtrąciła Marina. — Podstawowe równanie jest bardzo proste: wydajność równa jest liczbie kalorii, które spalasz, podzielonej przez liczbę kalorii, które wnosisz. To, co uzyskamy, mnożymy przez sto, aby uzyskać wynik procentowy. W klasycznym wzorcu przetwarzania kalorii do danego drapieżcy trafia przeciętnie od dziesięciu do dwudziestu procent. W każdym razie większość drapieżców, które znajdują się na szczytach łańcuchów pokarmowych, otrzymuje więcej niż pięć procent.
— Dlatego właśnie środowisko tygrysa to setki kilometrów kwadratowych — powiedział Wład. — Monopoliści kapitalistyczni nie są w porównaniu z nimi zbyt skuteczni.
— Z tego wniosek, że tygrysy nie mają nad sobą drapieżników nie dlatego, że są tak brutalne, ale dlatego że nie warto się wysilać — oznajmił John.
— Właśnie!
— Problem leży w obliczeniu tych wartości — zauważyła Marina. — Musieliśmy po prostu dla wszystkich rodzajów aktywności ustalić pewne wartości równoważne kalorii i dopiero od tego zacząć.
— Zaraz, przecież rozmawialiśmy o ekonomii — zaprotestował John.
— To naprawdę jest ekonomia, nie rozumiesz tego? Nasza ekoekonomia! Wszyscy powinni żyć, jakby to powiedzieć… biorąc pod uwagę kalkulacje ich rzeczywistego wkładu w ludzką ekologię. Każdy z nas może zwiększyć swoją wydajność ekologiczną. Trzeba jedynie nieco się wysilić, aby zredukować tę wielką liczbę kilokalorii, którą zużywamy — to jest stary argument biednego Południa przeciwko nadmiernej energetycznej konsumpcji industrialnej Północy. Istniała prawdziwa ekologiczna baza dla tego zarzutu, ponieważ niezależnie od tego, ile państwa uprzemysłowione wyprodukowały, w ogólnym bilansie i tak nigdy nie okazywały się tak wydajne jak biedne Południe.
— Byli drapieżcami żywiącymi się Południem — podsumował John.
— Tak, i zaczną również żerować na nas, jeśli im na to pozwolimy.
A tak samo jak w wypadku wszystkich drapieżców, ich wydajność jest niska. Ale tu, w tym teoretycznym stanie niezależności, o którym mówisz… — Uśmiechnęła się na widok skonsternowanej miny Johna. — Tak, tak, naprawdę, musisz przyznać, że o tym właśnie mówisz przez cały czas, John, gdy myślisz o swoim marsjańskim społeczeństwie… Co to ja… aha, więc nie bierzesz pod uwagę istnienia prawa, tego, że ludzi nagradza się zależnie od ich wkładu do systemu.
Dmitri, który akurat wszedł do laboratorium, wtrącił:
— Każdemu według jego wydajności, każdemu według potrzeb!
— Nie, to nie jest to samo — pokręcił głową Wład. — To oznacza, że dostajesz tyle, za ile zapłacisz!
— Tak, to prawda — zgodził się John. — Ale czym to się różni od już istniejącej ekonomii?
Na te słowa obruszyli się wszyscy troje, najbardziej Marina.
— W tamtej ekonomii istnieje wiele rodzajów złudnej pracy! Dla większości zawodów na Ziemi wyznaczono nierzeczywiste wartości! Cała ponad-narodowa klasa kierownicza nie robi nic, czego nie mógłby zrobić komputer, i są tam całe masy stanowisk pasożytniczych, które nie wnoszą nic do systemu, jeśli oceniać je według przydatności ekologicznej. Reklama, obrót akcjami, cały aparat służący do pomnażania pieniędzy jedynie za pomocą obracania nimi… To jest nie tylko zajęcie marnotrawne, ale i korumpujące, ponieważ podczas takiej manipulacji zniekształca się wszystkie znaczące wartości pieniężne.
Machnęła z oburzeniem ręką.
— Widzisz — dodał Wład — można powiedzieć, że ich wydajność jest bardzo niska i że żerują na systemie, mimo iż nie są drapieżcami. Gdybyśmy chcieli ich zdefiniować, mielibyśmy dwa wyjścia: albo uznajemy, że znajdują się na szczycie łańcucha konsumpcyjnego, albo trzeba ich nazwać pasożytami. Reklama, brokerstwo finansowe, pewne rodzaje manipulacji prawem, niektóre rodzaje polityki…
— Ależ te opinie to tylko wasze subiektywne sądy! — krzyknął John. — W jaki sposób wyznaczacie wartości kaloryczne dla tylu różnorodnych działalności?
— No cóż, zrobiliśmy, co w naszej mocy, aby obliczyć, ile wnoszą do systemu w wartościach… hm, fizycznych… Ile warta jest ich działalność, oceniana w kategoriach jedzenia, wody, mieszkania, ubrania, pomocy medycznej, nauki czy wolnego czasu. Rozmawialiśmy o tym i wszyscy w Acheronie proponowali jakąś liczbę… wybieraliśmy przeciętną… Chodź, pokażę ci…
Rozmawiali o tym przez cały wieczór przed ekranem komputera. John zadawał pytania i co jakiś czas włączał Pauline, aby przegrać dane demonstrowane na ekranach i nagrać na taśmę rozmowy. Wykreślali równania i wystukiwali schematy działań. Potem zrobili sobie przerwę na kawę i wyruszyli na wierzchołek “żebra”, a przemierzając oranżerię kłócili się zażarcie o mierzoną w kilokaloriach wartość hydrauliki, opery, programowania symulacji komputerowych i tym podobnych rodzajów działalności ludzkiej. Tak spędzali kolejne dni. Pewnego popołudnia tuż przed zachodem słońca znaleźli się na szczycie wzniesienia. John podniósł oczy znad równania wypisanego na naręcznym notesiku komputerowym i spojrzał wzdłuż zbocza na Olympus Mons.
Niebo pociemniało. Boone’owi przyszło do głowy, że może zbliża się kolejne podwójne zaćmienie: Fobos znajdował się tak nisko nad głową, że przesuwając się zasłaniał jedną trzecią Słońca, a Dejmos mniej więcej jedną dziewiątą i parę razy w miesiącu zdarzało się, że ich tory się przecinały i na powierzchnię padał cień. Odnosiło się wrażenie, jak gdyby własne oko pokryło się mgłą albo jakby się miało złe myśli.
Tym razem jednak nie było to zaćmienie; Olympus Mons był niewidoczny, a leżący wysoko południowy horyzont stanowił mglistą brązową pręgę.
— Spójrzcie na to! — krzyknął John, wskazując na południe. — Nadciąga burza pyłowa.
Od dziesięciu lat nie mieli na Marsie burzy globalnej. John wywołał na naręcznym komputerku meteorologiczne zdjęcia satelitarne. Źródło burzy znajdowało się w pobliżu Senzeni Na — moholowego miasta w Thaumasii. John zadzwonił do Saxa i zobaczył na ekranie, jak jego zaskoczony przyjaciel mruży w zamyśleniu oczy.
— Prędkość wiatru na krawędzi burzy dochodziła do sześciuset sześćdziesięciu kilometrów na godzinę — oświadczył Sax. — Nowy rekord planety. … Ta burza będzie chyba poważna… A myślałem, że skrytopłciowe gleby w strefach burzowych stłumią te wiatry albo nawet zatrzymają. Najwyraźniej coś w tym modelu nie gra.
— Cóż, Sax, nie wygląda to wszystko najlepiej, ale nie martw się, jakoś to będzie. Muszę już kończyć, ponieważ burza właśnie idzie dokładnie na nas i chcę popatrzeć.
— Baw się dobrze — mruknął z nieruchomą twarzą Sax. John się rozłączył. Wład i Ursula szydzili z modelu Saxa: według niego gradienty temperatury między biotycznie odmrożoną glebą a resztą zamarzniętych terenów miały być większe niż kiedykolwiek, a wiatry między tymi dwoma regionami odpowiednio gwałtowniejsze, tak że kiedy w końcu poderwą luźne drobinki miału, oddalą się. Zupełnie oczywiste.
— A teraz to się zdarza — powiedział do siebie John. Zaśmiał się i zszedł do oranżerii, aby na własne oczy zobaczyć zbliżanie się burzy. Naukowcy potrafią być wobec siebie tacy zjadliwi, pomyślał.
Ściana pyłu toczyła się w dół długimi lawowymi stokami północnej aureoli Olympus Mons. Burza zdążyła już przepołowić ląd w zasięgu wzroku, gdy John pierwszy raz nań spojrzał, i teraz zbliżała się jak gigantyczna sztormowa fala o barwie czekoladowego mleka, wysoka na dziesięć tysięcy metrów, z brązowym filigranem pieniącym się w górze i z boków. Przetaczała się, zostawiając za sobą na różowym niebie wielkie serpentyny.