Выбрать главу

— O rany! — krzyknął John. — Zbliża się! Zbliża się do nas! — Nagle wydało mu się, że wierzchołek “żebra” Acheronu znalazł się wysoko nad długimi wąskimi kanionami fossae, a poniżej żebrowego pasma, które jak smocze grzbiety wychylało się z popękanej zastygłej lawy: dzikie miejsce, które okazało się zbyt wysoko położone, zbyt wyeksponowane, aby stawić czoło atakowi takiej burzy. John zaśmiał się i przycisnął twarz do południowych okien oranżerii. Spojrzał w dół i znowu krzyknął: — Ach! Patrzcie na to! Uch!

A potem nagle wraz z innymi znalazł się w samym centrum nawałnicy. Całą widoczną za szybami przestrzeń wypełniła ciemność i wysoki szum. Pierwsze uderzenie w pasmo Acheronu wyzwoliło dziki atak turbulencji i szybkie zawirowania cykloniczne, które pojawiały się i znikały, poziome i pionowe, w górę po kilku spadzistych wąwozach w podłużnym paśmie. Nieustanne wycie wiatru przerywał łoskot, kiedy porywy burzy wstrząsały wzniesieniami, uderzały w nie, a potem się załamywały. Nagle, oszałamiająco gwałtownie wiatr się ustalił, stał się równą stojącą falą i pył uniósł się aż do wysokości twarzy Johna. Żołądek podchodził mu do gardła i czuł się, jak gdyby oranżeria zaczęła nagle z niesamowitą prędkością spadać. Niewątpliwie tak właśnie to wyglądało, ponieważ pasmo spowodowało dziki prąd wstępujący. Boone cofnął się i zobaczył, że pył przewala się strumieniami nad jego głową i pędzi dalej na północ. Po tej stronie oranżerii mógł widzieć na odległość kilku kilometrów, aż w pewnej chwili wiatr uderzył znowu w ziemię i przesłonił widok w kolejnych wybuchach pyłu.

— Ach! — krzyknął znowu John.

Oczy miał suche, a w ustach czuł jakąś lepkość. Wiele drobin miału było wielkości mniejszej niż mikron. Czy to ich słaby blask jaśnieje już na bambusowych liściach, zastanowił się Boone. Nie. To tylko niesamowite światło burzy. John jednak sądził, że w końcu i tak pył pokryje wszystko. Żaden system uszczelniający nie zdoła go zatrzymać.

Wład i Ursula nie byli zupełnie pewni, czy oranżeria jest w stanie przeciwstawić się wiatrowi, i zachęcili wszystkich do zejścia na dół. Boone ruszył wraz z innymi i po drodze jeszcze raz połączył się z Saxem. Zaciskając usta jeszcze mocniej niż zwykle, Russell powiedział Johnowi z pozornym spokojem, że przez tę burzę stracą sporo nasłonecznienia. Temperatura przy powierzchni równika była średnio o osiemnaście stopni wyższa niż w punkcie odniesienia, ale w pobliżu Thaumasii powietrze ochłodziło się już o sześć stopni i temperatura nadal będzie spadać w miarę rozwoju nawałnicy. I, jak dodał na koniec Sax z masochistyczną satysfakcją, prądy termiczne w moholu spowodowały, że pył podnosi się wyżej niż kiedykolwiek przedtem, możliwe więc, że burza potrwa bardzo długo.

— Nie kracz, Sax — rzekł John. — Osobiście sądzę, że będzie krótsza niż zwykle. Nie bądź takim pesymistą.

Znacznie później, kiedy burza trwała już drugi Mrok, Sax przypomniał Johnowi tę przepowiednię ze zwykłym nieznacznym uśmieszkiem.

Podczas burzy oficjalnie zakazane było podróżowanie pociągiem i niektórymi często używanymi dwupasmowymi trasami transponderowymi, ale kiedy stało się oczywiste, że pogoda nie zmieni się przed końcem lata, John zlekceważył zakazy i ruszył w dalszą drogę. Starannie sprawdził wyposażenie rovera i doczepił na tyłach drugi, rezerwowy pojazd z zainstalowanym radionadajnikiem o dodatkowej mocy. Uznał, że te zabezpieczenia oraz jego komputer Pauline ulokowany na siedzeniu kierowcy wystarczą, by przejechać większą część półkuli północnej. Awarie roverów zdarzały się niezwykle rzadko, dzięki zainstalowaniu w ich komputerach kontrolnych kompleksowych systemów silnikowych, a uszkodzenie dwóch łazików naraz było prawie niemożliwe — na przestrzeni ostatnich lat zanotowano zaledwie jeden taki wypadek. Toteż John pożegnał się serdecznie z grupą “Acheron” i wyruszył na kolejną wędrówkę.

Jazda w czasie burzy przypominała podróżowanie w nocy, tyle że było to znacznie bardziej interesujące. Obok pojazdu wzlatywał w podmuchach pył. Co jakiś czas w ścianie kurzu pojawiały się maleńkie prześwity i wtedy John dostrzegał fragmenty krajobrazu w kolorze przytłumionej sepii. Cały świat jakby poruszał się w kierunku południowym, po czym ślepo pędząca burza pyłu znowu wracała, uderzając w okna pojazdu. Podczas najgorszych porywów rover kołysał się ostro na amortyzatorach, a pył dostawał się naprawdę wszędzie.

Czwartego dnia podróży Boone skierował się również prosto na południe i zaczął wjeżdżać północno-zachodnim stokiem płaskowyżu Tharsis. Była to niemożliwa do dostrzeżenia w mroku burzy pochyłość. Boone jechał cały dzień, zanim znalazł się wysoko na stoku Tharsis, pięć kilometrów w prostej linii nad Acheronem.

Zatrzymał się przy kolejnej kopalni w pobliżu krateru “Pt” (nazywanego przez wszystkich Pete), położonego w górnym krańcu pochyłości Tantalus Fossae. Wypukłość Tharsis wyrzuciła kiedyś z siebie wielki potop lawy, który pokrył Alba Patera. Następnie skorupa zastygłej magmy popękała i w ten sposób powstały właśnie kaniony Tantalus. Wtórne pęknięcia kilku z nich odsłoniły bogatą w platynoid intruzję wulkaniczną typu mafie. Nadano jej nazwę Merensky Reeflets. Pracujący tu górnicy, prawdziwi Azanianie z dawnej RPA, byli to biali mężczyźni, którzy określali siebie mianem Afrykanerów i między sobą używali języka afrikaans. Chętnie opowiedzieli Johnowi o swojej historii, religii, o narodzie, który symbolizowało pojęcie volk i masowej wędrówce swego ludu, czyli treku. Kaniony, w których pracowali, nazwali Wolnym Stanem Nowa Orania i Nowa Pretoria. Podobnie jak górnicy z Bradbury Point, ci również pracowali dla Armscoru.

— Tak, oczywiście, że tak — powiedział radośnie kierownik operacji. Po angielsku mówił z akcentem, który brzmiał jak nowozelandzki. Miał wydatną szczękę, zadarty nos oraz wielki, krzywy uśmiech. Był bardzo pewny siebie. — Znaleźliśmy tu żelazo, miedź, srebro, magnez, glin, złoto, platynę, tytan, chrom i co tam jeszcze chcesz. Siarczki, tlenki, krzemiany, miejscowe metale. Wielka Skarpa ma w sobie wszystko.

Kopalnia egzystowała już prawie cały Mrok. Składała się z kopalni odkrywkowych na dnie kanionu i osiedla na wpół zakopanego w płaskowzgórzu między dwoma największymi kanionami. Wyglądało jak przezroczysta skorupka jaja, w którą wpakowano farsz z zielonych drzew i pomarańczowych dachówek.

John spędził tu dłuższy czas, gawędząc przyjacielsko i zadając subtelne pytania. Pamiętając o “ekoekonomii” grupy z Acheronu, spytał, jak zamierzają dostarczyć ten cenny, ale ciężki ładunek na Ziemię. Czy koszty nie przewyższą potencjalnego zysku?

— Oczywiście, że tak — odpowiadali, dokładnie tak jak mieszkańcy Bradbury Point. — Ale pomoże nam kosmiczna winda.

A ich szef dodał:

— Dzięki niej znajdziemy się na ziemskim rynku. Bez windy nigdy niczego nie wyślemy z tej planety.

— To niekoniecznie musi być aż tak złe — zauważył John, ale nie zrozumieli go, a kiedy próbował im wyjaśnić swój punkt widzenia, zmieszali się tylko i uprzejmie kiwali głowami; najwyraźniej wszelkimi sposobami usiłowali uniknąć myślenia o polityce i wyraźnie się od Johna odsunęli. Kiedy John to spostrzegł, zaczął poruszać temat polityki, ilekroć tylko chciał zyskać dla siebie trochę czasu. Jak powiedział Mai pewnej nocy w rozmowie przez naręczny telefon, przypominało to rzucenie na środek pokoju pękniętego kanistra z benzyną. W jednym z takich momentów John poszedł nawet do centrum kierowania eksploatacją i, ponieważ przez kilka popołudniowych godzin był sam, podłączył Pauline do rejestrów tamtejszych komputerów i skopiował wszystkie możliwe dane. Pauline nie dostrzegła nic niezwykłego w działaniach w Merensky Reeflets, ale zasygnalizowała pewną wymianę korespondencji z centralą Armscoru, z której wynikało, że tutejsza grupa prosiła o przysłanie stuosobowej jednostki dla ochrony kopalni i Singapur się zgodził.