Выбрать главу

– Jak daleko do najbliższych pław?

– Dwie mile. Jesteśmy dokładnie w linii przerwy.

– Głębokość dwieście siedemdziesiąt metrów. Cała naprzód. Przechodzimy.

Silniki „Chicago" pchnęły go z szybkością trzydziestu węzłów. Pierwszy oficer opuścił okręt na wyznaczoną przez kapitana głębokość, prowadząc go znacznie poniżej pław sonarowych przeznaczonych do penetracji płytkich wód.

McCafferty zatrzymał się przy stole nakresowym, wyjął z kieszeni długopis i nieświadomie zaczął gryźć plastikową obsadkę. Obserwował, jak okręt coraz bardziej zbliża się do wrogiej formacji. Przy tak dużej prędkości hydrolokatory stawały się prawie bezużyteczne, ale niebawem do wnętrza okrętu zaczęły docierać pochodzące z eksplozji dźwięki o niskiej częstotliwości. „Chicago", aby uniknąć pław sonarowych, kluczył przez dwadzieścia minut. Załoga z kontroli ognia gorączkowo uaktualniała współrzędne celów.

– W porządku, zmniejszyć szybkość do jednej trzeciej i powrócić na peryskopową – odezwał się McCafferty. – Proszę nasłuch.

Obraz na ekranach sonaru natychmiast się wyostrzył. Rosjanie jak szaleni poszukiwali okrętu, który zaatakował ich jednostkę flagową. Po jednym radzieckim okręcie ślad zupełnie zaginął; więc co najmniej jeden został zatopiony lub mocno uszkodzony. W wodzie ciągle słychać było eksplozje przerywane wyjącym dźwiękiem pędzących torped. Wszystko to działo się niebezpiecznie blisko „Chicago".

– Obserwacja bojowa. Peryskop w górę!

Urządzenie błyskawicznie wysunęło się ze studzienki. McCafferty zlustrował okolicę nisko nad wodą.

– Jezus Maria!

Ekran telewizyjny pokazał, że w odległości zaledwie połowy mili, po ich prawej stronie leciał bear, który kierował się na północ w stronę formacji. Kapitan zobaczył siedem jednostek – głównie wierzchołki ich masztów – ale jeden z sovremennych, oddalony od Amerykanów około cztery mile, był bardzo głęboko zanurzony. Dymy, które McCafferty ujrzał był poprzednio, zniknęły. Wodę rozdzierały impulsy pochodzące z radzieckich hydrolokatorów.

– Wysunąć radar. Włączyć, ale jeszcze nie uruchamiać.

Podoficer wysunął urządzenie, włączył zasilanie i instrument zostawił w pozycji: „gotów".

– Teraz. Dwa obroty omiatające – polecił z kolei kapitan.

Był to bardzo ryzykowny manewr. Istniało ogromne prawdopodobieństwo, że Rosjanie wykryją amerykańskie urządzenie i zaatakują.

Radar pracował dokładnie dwanaście sekund. „Wymalował" na ekranie dwadzieścia sześć celów, dwa bardzo blisko siebie, w miejscu, gdzie powinien być „Kirow". Operator radiolokacji natychmiast wprowadził współrzędne do komputera sterującego rakietami Mk-117 i przekazał informacje do tkwiących w wyrzutniach torpedowych rakiet Harpoon. Umieszczone w ich dziobach urządzenia samosterujące przyjęły dane. Oficer dyżurny przy konsoli gotowości bojowej broni sprawdził wskaźniki, po czym wybrał dwa najbardziej obiecujące dla rakiet cele.

– Gotowe!

– Zalać wyrzutnie! – polecił McCafferty. – Otworzyć luki!

– Dane wprowadzone – oznajmił cicho operator wyrzutni. – Kolejność ataku: dwójka, jedynka, trójka.

– Ognia! – rozkazał McCafferty.

– Dwójka poszła – okręt podwodny zadrżał, kiedy kompresja wypchnęła rakietę. Potem rozległ się syk – to w próżnię po niej zaczęła się wdzierać woda. – Jedynka poszła… trójka poszła. Druga, pierwsza i trzecia odpalone, sir. Wyloty wyrzutni zatrzaśnięte. Woda jest wypompowywana.

– Załadować marki-48. Przygotować do odpalenia tomahawki – zarządził McCafferty.

Obsługa kontroli ogniowej uaktywniła drzemiące w dziobie rakiety.

– Peryskop w górę.

Podoficer zakręcił kołem. McCafferty ujrzał smugę dymu ostatniego harpoona, a tuż obok niego… kapitan energicznie złożył uchwyt peryskopu i odsunął się do tyłu.

– Nadlatuje helix. Zanurzenie i cała w lewo.

„Chicago” runął w głębinę. Radziecki helikopter do zwalczania okrętów podwodnych widział wystrzeloną spod wody rakietę i teraz nadlatywał w to miejsce.

– Ster, cała w lewo.

– Ster, cała w lewo.

– Przeleciał na wysokości trzydziestu metrów. Prędkość piętnaście węzłów – zameldował pierwszy oficer.

– O, tu jest – odparł McCafferty. Impulsy aktywnego sonaru z helikoptera odbiły się od kadłuba okrętu.

– Ster cała w prawo. Wystrzelić generator szumów.

Kapitan rozkazał przyjąć kurs wschodni i redukować prędkość w miarę, jak zagłębiali się w interklinę. Przy odrobinie szczęścia helikopter może potraktować generator szumów jako dźwięki kawitacyjne i zaatakować w tamtym miejscu. W tym czasie „Chicago" spokojnie się oddali.

– Dowodzenie, tu sonar. Zbliża się niszczyciel. Współrzędne: trzy-trzy-dziewięć. Chyba sovremenny. Torpeda za rufą. Współrzędne: dwa-sześć-pięć.

– Ster dwadzieścia stopni w prawo. Dwie trzecie naprzód. Nowy kurs: jeden-siedem-pięć.

– Dowodzenie, tu sonar. Nowy kontakt. Dwie śruby. Cel włączył własny sonar małej częstotliwości. Prawdopodobnie udaloy. Szybkość: dwadzieścia pięć węzłów. Współrzędne: trzy-pięć-jeden, kurs stały. Torpeda zmieniła kurs. Niknie.

– Wyśmienicie – kiwnął głową McCafferty. – Helikopter zajął się generatorem szumów. Tego mamy z głowy. Jedna trzecia naprzód. Schodzimy na głębokość trzystu trzydziestu metrów.

Sovremenny nie był dla nich specjalnie groźny. Z udaloyem rzecz się miała zupełnie inaczej. Ten nowy model radzieckiego niszczyciela posiadał hydrolokator małej częstotliwości, który w pewnych okolicznościach mógł nawet penetrować interklinę oraz dysponował dwoma helikopterami i torpedami rakietowymi dalekiego zasięgu. Czasami były one skuteczniejsze niż amerykańskie pociski do zwalczania okrętów podwodnych.

Bach!

Wewnątrz podwodnego okrętu rozniósł się dźwięk uderzenia impulsu sonaru małej częstotliwości. Trafił w „Chicago" za pierwszym razem. Czy zdradzi pozycję amerykańskiego okrętu załodze udaloya? A może gumowa wykładzina pochłonęła impuls?

– Współrzędne celu: trzy-pięć-jeden. Jego prędkość spadła do dziesięciu węzłów – zameldował sonarzysta.

– W porządku. Zwolnił. Szuka nas. Hydrolokacja, jak silny był impuls?

– Na granicy wykrywalności, sir. Prawdopodobnie jednak sygnał nie wrócił. Cel manewruje. Obecna pozycja: trzy-pięć-trzy. Cały czas przeczesuje impulsami dźwiękowymi wodę, ale kieruje je daleko na zachód i wschód od nas. Kolejny sonar zainstalowany na helikopterze. Współrzędne: zero-dziewięć-osiem. Sygnał przechodzi pod interkliną, jest bardzo słaby.

– Kurs zachodni – polecił McCafferty pierwszemu oficerowi. – Zatoczymy szeroki łuk i zbliżymy się do nich od morza.

Kapitan wrócił do kabiny sonarowej. Kusiło go, by zaatakować udaloya ale wystrzelenie torpedy z głębokości, na której przebywali, kosztowałoby ich zbyt wiele sprężonego powietrza. Ponadto McCafferty chciał zniszczyć główne jednostki, nie eskortę. Mimo to zespół sterujący ogniem obliczył i wprowadził do komputera dane na wypadek, gdyby atak na niszczyciela okazał się konieczny.

– Ale bajzel – westchnął szef sonarzystów. – Poszukiwania podwodne na północy nieco się uspokoiły. Cele albo wracają na wyznaczone pozycje, albo odpływają. Trudno powiedzieć. Och, zrzucają następne pławy – szef wskazał palcem pojawiające się na ekranie równe linie punkcików, które zbliżały się do „Chicago". – Następna może spaść bardzo blisko, sir.

McCafferty wsunął głowę do centrum bojowego,

– Kurs na południe. Szybkość dwie trzecie.

Kolejna pława spadła dokładnie nad okrętem. Jej przetwornik opadł na kablu poniżej warstwy i zaczął automatycznie wysyłać impulsy.

– Teraz na pewno mają nas, kapitanie.