Выбрать главу

McCafferty polecił zmienić kurs i płynąć pełną parą na zachód. Trzy minuty później do wody wpadła torpeda; nie wiedzieli, czy pochodziła z beara, czy z udaloya. Szukała ich o milę od ich rzeczywistej pozycji. Potem odpłynęła. Uratował okręt system bezechowy. Teraz z kolei pojawił się przed nimi hydrolokator helikoptera. Zmienili kurs na południowy. McCafferty zdawał sobie sprawę, że oddala się od Rosjan, ale nic nie mógł zrobić. Ścigały go obecnie dwa helikoptery i wymknięcie się zrzuconym przez nie sonarom nie należało do prostych zadań. Było oczywiste, że Rosjanie nie tyle chcieli ich znaleźć, co odgonić, a on nie mógł manewrować na tyle szybko, by wyminąć pławy. Po dwóch godzinach amerykański okręt podwodny wyszedł z zasięgu radzieckiej hydrolokacji. Ostatnie wskazania mówiły, że siły rosyjskie przyjęły kurs południowo-wschodni, na Andoyę.

McCafferty klął w duchu. Wszystko zrobił prawidłowo, przedarł się przez radziecką obronę, wiedział, jak przemknąć przez osłonę niszczycieli. Lecz tam już ktoś był i zapewne zaatakował „Kirowa" – ich cel! Przemyślany do końca plan kapitana wziął w łeb. Jego trzy harpoony zapewne trafiły; pod warunkiem, że Iwan ich nie zestrzelił. Tego jednak Amerykanie nie wiedzieli. Kapitan USS „Chicago" sporządził raport z przebiegu akcji i przekazał go do dowództwa okrętów podwodnych na Atlantyku. Zastanawiał się cały czas, czemu sprawy ułożyły się, jak się ułożyły.

Stornoway, Szkocja

– To bardzo daleko – mruknął pilot myśliwca.

– Daleko – przyznał Toland. – Ostatni raport donosił, że grupa, by uniknąć ataku floty podwodnej, skierowała się na południowy wschód. Wyliczyliśmy, że konwój powróci na kurs południowy, ale nie wiemy, gdzie obecnie się znajduje. Norwedzy wysłali wprawdzie na rekonesans swego ostatniego RF-5, lecz ten zaginął. Musimy zniszczyć tę flotę, nim dotrze do Bodo. Tyle, że aby ją zniszczyć, trzeba wiedzieć, gdzie jest.

– Żadnych danych satelitarnych?

– Żadnych.

– W porządku. Lot rekonesansowy tam i z powrotem potrwa cztery godziny. Będę potrzebował towarzystwa tankowca powietrznego mniej więcej przez trzysta mil.

– To żaden problem – odparł oficer RAF-u. – Proszę tylko uważać. W jutrzejszej akcji muszą wystartować wszystkie tomcaty.

– Będę gotów za godzinę – powiedział krótko pilot i oddalił się.

– Powodzenia, staruszku – mruknął cicho kapitan.

Miała to być trzecia próba zlokalizowania z powietrza radzieckiej floty desantowej. Po utracie norweskiej maszyny zwiadowczej Anglicy próbowali zrobić to za pomocą jaguara. Ten również zaginął. Najlepszym rozwiązaniem byłby hawkeye z silnym radarem przechwytującym, ale Brytyjczycy nie pozwalali oddalać się swoim E-2 od wybrzeży. Radary Zjednoczonego Królestwa doznały zbyt dotkliwych strat i hawkeye'e były niezbędne do obrony swej ojczyzny.

– Nie sądziłem, że będzie aż tak ciężko – zauważył Toland.

Mieli wyśmienitą okazję zadać flocie radzieckiej decydujący cios. Jeśli zlokalizują miejsce jej pobytu, o świcie ruszy atak. Lotnictwo NATO planowało uderzyć na Rosjan pociskami powietrze-woda, ale duża odległość nie pozwalała samolotom aliantów długo krążyć w poszukiwaniu celu. Najpierw należało go namierzyć. Tymi sprawami mieli zajmować się Norwedzy; plany NATO jednak nie przewidziały kompletnego zniszczenia norweskiego lotnictwa w pierwszym tygodniu wojny. A jednak Rosjanie odnieśli na morzu sukces taktyczny – pomyślał Toland. Podczas gdy wojna lądowa w Niemczech utknęła w martwym punkcie, dumna flota NATO została wymanewrowana przez tępych – jak się wydawało – Rosjan i zbita z tropu.

Zajęcie Islandii było majstersztykiem. NATO wciąż nie mogło pozbierać się po utracie linii obronnej Grenlandia-Islandia-Wyspy Brytyjskie i usiłowało niezdarnie załatać tę dziurę, tworząc barierę z okrętów podwodnych. Rosyjskie backfire'y wylatywały daleko na Północny Atlantyk; każdego dnia atakowały jakiś konwój. A przecież jeszcze na oceanie nie pojawiły się główne siły podwodne Rosjan. Kombinacja tych dwóch formacji – lotnictwa i marynarki podwodnej – może zamknąć nam Atlantyk – myślał Toland. – A wtedy przegramy.

Nie wolno było dopuścić do zajęcia przez Rosjan Bodo w Norwegii. Jeśli raz się tam usadowią, radzieckie lotnictwo będzie miało otwartą drogę do Szkocji, a także możliwość dokonywania bezkarnych nalotów na Atlantyk. Roland potrząsnął głową. Jeżeli tylko uda się zlokalizować Rosjan, zostaną zniszczeni. Amerykanie posiadali wystarczającą siłę i odpowiednie plany. Można przecież wysyłać rakiety z dala od wrogich wyrzutni SAM-ów dokładnie tak, jak Iwan postępował z konwojami aliantów.

Pierwszy wystartował tankowiec powietrzny, a pół godziny po nim myśliwiec. Toland wraz ze swoim angielskim kolegą siedzieli w centrum wywiadowczym i drzemali, nie zwracając uwagi na terkoczące dalekopisy. Jeśli pojawi się coś (ważnego, młodszy oficer dyżurny z pewnością ich obudzi. Wyżsi oficerowie przecież również potrzebowali snu.

– Co takiego? – Toland drgnął, kiedy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.

– On wraca, sir. Wraca pański tomcat, komandorze – sierżant RAF-u wręczył Bobowi filiżankę herbaty. – Będzie tu za kwadrans. Pomyślałem sobie, że zechce się pan nieco odświeżyć.

– Och, dziękuję sierżancie – Toland przeciągnął dłonią po szorstkich policzkach, ale postanowił się nie golić. Kapitan zaś ogolił się głównie ze względu na swój elegancki wąsik.

F-14 wylądował z wdziękiem. Silniki mruczały na niskich obrotach, a rozpięte skrzydła jakby dziękowały za to, że maszyna mogła osiąść na czymś szerszym niż pokład lotniskowca. Pilot przetoczył samolot do hangaru i natychmiast wyskoczył z kabiny. Technicy wyjmowali z kamery film.

– Żadnych okrętów, chłopcy – oznajmił z miejsca.

Za nim zbliżał się drugi pilot – oficer radaru przechwytującego.

– Boże drogi, ależ tam myśliwców – odezwał się. – Nigdy tylu nie widziałem.

– Trafiłem jednego skurwysyna. Ale żadnych okrętów. Oblecieliśmy wybrzeże od Orland do Skagen. Ani jednej jednostki nawodnej.

– Jest pan tego pewien? – spytał oficer RAF-u.

– Może pan sprawdzić na filmach, kapitanie. Żadnego kontaktu wzrokowego, nic na podczerwieni, żadnej emisji radarowej. Tylko masa myśliwców. Zaczęliśmy je spotykać na południe od Stokke i naliczyliśmy… ile, Bili?

– Siedem sztuk. Jak sądzę, głównie migi-23. Wykrywaliśmy masę radarów High Lark, ale nie mieliśmy z nimi kontaktu wzrokowego. Jedna z obcych maszyn zbliżyła się na tyle, że potraktowałem ją rakietą Sparrow. Widzieliśmy rozbłysk. To był trudny strzał. Ale nikt z naszych miłych gości do Bodo nie płynie. Chyba że okrętem podwodnym.

– Zawróciliście w Skagen?

– Skończył się film i pozostało niewiele paliwa. Ponadto do Bodo strzegły dostępu myśliwce przeciwnika. Myślę, że należałoby zwrócić uwagę na Andoyę. Do tego jeszcze potrzebujemy innej maszyny. Może SR-71. Ja musiałbym w tamtych okolicach uzupełniać paliwo, a działa tam ogromna liczba ich myśliwców.

– Trudna sprawa – powiedział kapitan RAF-u. – Nasze samoloty mają zbyt mały zasięg, by zaatakować Andoyę, natomiast większość tankowców powietrznych jest zatrudniona gdzieś indziej.

WĘDRÓWKI

Islandia

Kiedy opuścili łąki, wkroczyli w okolicę oznaczoną na mapie jako pustkowia. Przez pierwszy kilometr posuwali się po względnie płaskim terenie. Niebawem jednak musieli sforsować siedemsetmetrowe wzgórze o nazwie Glymsbrekkur. Nóżki szybko zapominają o odpoczynku – pomyślał Edwards. Deszcz nie ustawał, a gęsty półmrok zmuszał do powolnego marszu. Mijali wiele luźnych skał i kamieni grożących kroczącym po nich ludziom fatalną kontuzją. Uciekinierzy mieli już obolałe od ciągłych potknięć kostki, których nie potrafiły ochronić nawet wysokie, mocno sznurowane buty. Po sześciu dniach nieustannego przebywania pod gołym niebem Edwards i żołnierze piechoty morskiej zaczynali rozumieć, jak bardzo są zmęczeni.