Każdy krok wywoływał w ludziach taki ból, że musieli się zmuszać by iść. W ramiona bezlitośnie wrzynały się paski plecaków. Od dźwiganej broni i nieustannego poprawiania bagażu bolały ręce. Karki mieli wciąż pochylone i zdrętwiałe; ciągłe rozglądanie się w poszukiwaniu przypuszczalnych pułapek kosztowało ich wiele trudu.
Płonąca farma zniknęła za górskim zboczem; pierwsza miła rzecz, jaka im się przytrafiła. W okolicach płonącego domostwa nie zjawiły się żadne helikoptery ani pojazdy z wojskiem. Wszystkich nurtowała jedna myśclass="underline" jak długo może to trwać? Jak długo uda się im uniknąć patrolu?
Wszystkich, z wyjątkiem Vigdis. Edwards szedł parę kroków przed nią. Słuchał jej ciężkiego oddechu, słuchał jej płaczu, chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. Czy postąpił słusznie? Czy to nie było morderstwo? Czy nie był to zwykły oportunizm? Czy naprawdę wymierzył sprawiedliwość? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Tak wiele pytań. Po prostu usunął tamtych z drogi. On i jego ludzie musieli przeżyć. Liczyło się tylko to.
– Odpocznijmy – zaproponował. – Dziesięć minut.
Sierżant Smith sprawdził, gdzie są pozostali, po czym usiadł obok oficera.
– Zrobiliśmy kawał drogi, poruczniku. Wygląda na to, że w ciągu dwóch godzin przebyliśmy prawie dziesięć kilometrów. Myślę, że możemy nieco zwolnić.
Edwards uśmiechnął się blado.
– Może się tu zatrzymamy i zbudujemy dom?
Z ciemności dobiegł chichot Smitha.
– Wedle twojej woli, szefie.
Porucznik rzucił okiem na mapę i porównał ją z tym, co miał przed oczyma.
– Co pan sądzi o tym, byśmy obeszli te moczary z lewej? Z mapy widać, że tam znajduje się wodospad Skulafoss. Chyba jest też sympatyczny, głęboki wąwóz. Może dopisze nam szczęście i znajdziemy jakąś jaskinię. Jeśli nie, to i tak będziemy w nim dobrze ukryci. Żadnych helikopterów. Jak to daleko stąd? Pięć godzin marszu?
– Coś koło tego – zgodził się Smith. – Musimy przekraczać jakieś szosy?
– Z mapy nic takiego nie wynika. Tylko polne ścieżki.
– Podoba mi się ten pomysł – Smith odwrócił się do dziewczyny. Siedziała oparta plecami o skałę i obserwowała ich w milczeniu. – Jak się pani czuje? – spytał cicho.
– Zmęczona.
Jej ton mówi więcej niż słowa – pomyślał Edwards. Miała bezbarwny, obojętny głos i porucznik zastanawiał się, czy to dobrze, czy źle. Co powinna robić ofiara tak strasznej zbrodni? Rodziców zamordowano na jej oczach, a jej ciało brutalnie zgwałcono. Jakie myśli mogły rodzić się w głowie dziewczyny? Edwards doszedł do wniosku, że powinien ją czymś zająć.
– Dobrze znasz te okolice? – zapytał.
– Mój ojciec tu łowił ryby. Byłam z nim tutaj wiele razy.
Odwróciła twarz. Głos się jej załamał i zaczęła cicho płakać.
Edwards chciał dziewczynę objąć, powiedzieć, że już wszystko dobrze, ale bał się, że tylko pogorszy sytuację. Poza tym kto by uwierzył, że sprawy toczą się pomyślnie?
– Jak stoimy z żywnością, sierżancie?
– Puszek powinno starczyć na cztery dni. Dom przeszukałem dokładnie – szepnął Smith. – Zabrałem też dwie wędki i trochę sideł. W wolnej chwili możemy sami postarać się o jedzenie. Tam, dokąd zmierzamy, znajdziemy wiele ryb. Łososie i pstrągi. Nigdy nie było mnie stać na wędkowanie w Islandii, ale słyszałem, że to świetna zabawa. Mówił pan, że pana ojciec jest rybakiem?
– Łowił homary; to prawie to samo… sierżancie, powiedział pan, że nigdy nie było pana na to stać…?
– Poruczniku za łowienie ryb płaci się tu dwieście doków dziennie. To za drogo jak na kieszeń sierżanta. Ale skoro każą aż tyle płacić, to muszą tu być ryby, prawda?
– Prawda – przyznał Edwards. – Czas ruszać. Jak dotrzemy do tej góry, ukryjemy się i odpoczniemy.
– Ale przez to możemy się spóźnić.
– Chrzanię to! Najwyżej się spóźnimy. Zmieniły się nieco okoliczności. Iwan zapewne będzie nas szukał. Musimy poruszać się wolniej. A jeśli kumplom po drugiej stronie radia nie przypadnie to do gustu, niech się wypchają. Być może się spóźnimy, ale dotrzemy do celu.
– Masz rację, szefie. Garcia, prowadź! Ty, Rodgers, ubezpieczaj tyły. Jeszcze pięć godzin żołnierze. Potem się wyśpicie.
Pył wodny kłuł w twarz, ale Morrisowi sprawiało to przyjemność. Na morzu panował przesuwający się z szybkością czterdziestu węzłów sztorm. Rozszalała zielona toń kipiąca białą pianą bryzgała milionem wodnych kropel. Fregata wspinała się na siedmiometrowe fale, po czym gwałtownie spadała w wodne piekło. Tak było przez ostatnich sześć godzin. Okrętem rzucało na wszystkie strony. Za każdym razem, gdy jego dziób zapadał się, ludźmi ciskało do przodu, jak w samochodzie, który pędzi z ogromną prędkością i hamuje. Marynarze chwytali się podpór pokładowych, szeroko rozstawiali nogi, by zrównoważyć ostre przechyły. Ci, którzy musieli przebywać na zewnątrz, jak Morris w tej chwili, mieli na sobie kamizelki ratunkowe i sztormiaki. Niektórzy z młodszych członków załogi z pewnością się pochorują – pomyślał kapitan. Nawet doświadczeni żeglarze nie przepadali za takimi przechyłami.
„Pharris" wrócił do normalnego Condition-3, co pozwalało załodze nieco odpocząć. Większość marynarzy spała. Pogoda taka właściwie uniemożliwiała walkę. Okręt podwodny teoretycznie byłby w stanie wykryć cel za pomocą sonaru, ale huk morza skutecznie głuszył wszelkie impulsy. Obdarzony wyjątkowo wojowniczym duchem kapitan mógł próbować płynąć na głębokości peryskopowej, lecz groziło to postawieniem łodzi w pół wiatru i utratą kontroli nad nim, tego zaś żaden z kapitanów atomowych okrętów podwodnych nie lubił. W sumie „Pharris" musiałby właściwie nadziać się na jakąś jednostkę nawodną, a na to szansa była znikoma. Nie mieli również powodu obawiać się ataku z powietrza. Wzburzone morze skutecznie zakłócało funkcjonowanie systemu samonaprowadzania każdej rosyjskiej rakiety.
Holowana antena sonarowa znajdująca się kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią rozszalałego oceanu w spokojnej już wodzie teoretycznie pracowała bez zakłóceń. Okręt podwodny musiałby jednak poruszać się z dużą prędkością, by emitowane przez niego dźwięki mogły przebić się przez dochodzący z góry hałas; ale nawet wtedy nawiązanie kontaktu bojowego z obcą jednostką stanowiłoby rzecz nader skomplikowaną. Helikopter był unieruchomiony. Maszyna co prawda zdołałaby wystartować, lecz w tych warunkach lądowanie nie wchodziło w grę. Aby fregata mogła okazać się zagrożeniem, łódź podwodna musiałaby znaleźć się w zasięgu rakiety ASROC – to znaczy w promieniu pięciu mil. Było to jednak bardzo mało prawdopodobne. Zawsze mogli wezwać oriona; dwie takie maszyny cały czas krążyły nad konwojem. Morris nie zazdrościł ich załogom, które we wstrząsanych podmuchami wiatru samolotach musiały krążyć pośród chmur zaledwie trzysta metrów nad wodą.
– Kapitanie, kawy? – ze sterowni wyszedł szef Clarke, niosąc w dłoni kubek nakryty spodeczkiem, który miał zapobiec dostaniu się do napoju słonej wody.
– Dzięki – powiedział Morris, sięgnął po naczynie i jednym haustem opróżnił połowę. – Co robi załoga?
– Jest zbyt zmęczona, by rzygać – roześmiał się Clarke. – Śpią jak susły. Długo to jeszcze potrwa, kapitanie?
– Ze dwanaście godzin. Potem ma się przejaśnić. Nadciąga wyż. Z Norfolk nadeszła właśnie prognoza. Sztorm przesuwał się na północ; zapowiadano dwa tygodnie ładnej pogody. Wspaniale.