Szef wychylił się przez barierkę i spojrzał na przedni pokład, by sprawdzić, czy nic się tam nie poluzowało. „Pharris" pruł dziobem fale, od czasu do czasu zanurzając się powyżej burt. W takich razach woda waliła z impetem we wszystko, co znajdowało się na pokładzie. Zadaniem Clarke'a było właśnie zabezpieczenie i solidne umocowanie wszelkich luźnych przedmiotów. Jak większość okrętów klasy 1052 przeznaczonych do rejsów po Atlantyku, na którym często występowały sztormy, „Pharris" miał wzmocnione pasami blachy poszycie dziobu oraz podwyższone ochraniacze przed wodą. Rozwiązywało to – choć nie do końca – problem znany ludziom morza od chwili, kiedy wypłynęli na nie po raz pierwszy. Jeśli człowiek nie stosuje się do wymogów oceanu, szybko umiera. Wprawne oczy Clarke'a w jednej chwili oceniły setki szczegółów. Potem oficer odwrócił się do kapitana.
– Wygląda na to, że trzymamy kurs.
– Pewnie – Morris dokończył kawę. – Kiedy już skończy się ten sztorm, znów będziemy musieli ustawiać „handlarzy" w szyku.
Clarke skinął głową. Podczas takiej pogody wyjątkowo trudno było utrzymać pozycję w konwoju.
– Świetnie, kapitanie. Jak dotąd wszystko dobrze umocowane.
– A co na ogonie?
– Spokojna głowa, sir. Cały czas czuwa tam dyżurny. Wszystko w porządku; chyba żebyśmy zwiększyli prędkość – obaj wiedzieli, że w tych warunkach szybciej nie popłyną. Posuwali sięwięc w tempie dziesięciu węzłów na godzinę. – Idę na rufę, sir.
– W porządku. Powodzenia.
Morris sprawdził wzrokiem, czy obserwatorzy czuwają na stanowiskach. Sztorm sztormem, ale cały czas czyhały rozmaite niebezpieczeństwa.
– Andoya. Oni wcale nie płynęli do Bodo – mruknął Toland znad satelitarnych zdjęć Norwegii.
– Jak pan sądzi, ilu tam wysadzili żołnierzy?
– Co najmniej brygadę, kapitanie. Może niewielką dywizję. Masa pojazdów na gąsienicach, dużo SAM-ów. A na lotnisku rozmieścili też myśliwce. Następne pojawią się bombowce; może już zresztą są. Te zdjęcia pochodzą sprzed trzech godzin.
Radziecka flotylla marynarki wojennej wracała już do Zatoki Kolskiej. Obecnie Rosjanie tworzyli most powietrzny. Toland zastanawiał się chwilę nad losem, jaki spotkał stacjonujący tam pułk Norwegów.
– Stamtąd ich lekkie bombowce blinder mogą nas dosięgnąć. Skurwiele latają z prędkością paru machów i są trudne do przechwycenia.
Rosjanie przeprowadzali systematyczne ataki na stacje radarowe RAF-u rozlokowane wzdłuż wybrzeży Szkocji. Czasami uderzali za pomocą rakiet powietrze-powietrze, czasami za pomocą wystrzeliwanych z okrętów podwodnych pocisków samosterujących dalekiego zasięgu. Jedną z akcji przeprowadzili przy użyciu myśliwców bombardujących wspomaganych samolotami z radiostacjami zagłuszającymi. Ten atak jednak drogo kosztował Sowietów. Tornada RAF-u zestrzeliły połowę radzieckich samolotów, głównie w drodze powrotnej. Dwusilnikowe bombowce Blinder mogły wykonywać naloty na małych wysokościach i przy dużej prędkości. Dlatego zapewne Iwan tak potrzebował bazy w Andoyi – pomyślał Toland. Idealny punkt. Łatwo dostępny z baz na północy Związku Radzieckiego, a jednocześnie trochę zbyt odległy dla brytyjskich myśliwców bombardujących.
– Możemy tam dotrzeć – odparł Amerykanin – ale znaczyłoby to, że połowa naszych maszyn musiałaby pełnić funkcje tankowców powietrznych.
– To nierealne. Dowództwo rezerwy nigdy nam nie odda tylu samolotów – potrząsnął głową kapitan.
– Musimy zatem wysyłać zmasowane patrole na Wyspy Owcze, czym zneutralizujemy trochę Islandię – Roland rozejrzał się po stole. – Trzeba tym skurwielom odebrać inicjatywę. Na razie gramy tak, jak oni chcą. Nie realizujemy naszych planów, lecz reagujemy zgodnie z ich oczekiwaniami. Ludzie, dlatego przegrywacie! Iwan wycofał swoje backfire'y, gdyż przez Środkowy Atlantyk przeciąga front atmosferyczny. Jutro, po solidnym odpoczynku, wrócą do naszych konwojów. Jeśli nie możemy uderzyć na Andorę i nie możemy uczynić nic z Islandią, to co, do diabła, mamy robić? Siedzieć tu i zamartwiać się tym, jak obronić Szkocję?
– Jeśli pozwolimy Iwanowi zdobyć przewagę w powietrzu…
– Jeśli Iwan zniszczy nasze konwoje, kapitanie, przegramy tę pieprzoną wojnę – przerwał mu brutalnie Toland.
– To prawda. Masz rację, Bob. Cały problem polega na tym, jak zadać backfire’om decydujący cios. Wydaje się, że przechodzą zawsze nad Islandią. Bardzo dobrze, znamy drogę przelotu, ale ona jest bacznie pilnowana przez migi, chłopcze. Wykończymy się, posyłając myśliwce przeciw myśliwcom.
– Zróbmy więc coś innego. Uderzmy w ich tankowce powietrzne.
Obecni na naradzie piloci myśliwców oraz oficerowie operacyjni dwóch eskadr w milczeniu przysłuchiwali się rozmowie obu pracowników wywiadu.
– A jak, do licha, odnajdziemy te ich tankowce? – spytał jeden z obecnych.
– Sądzi pan, że trzydzieści lub więcej bombowców może uzupełniać paliwo po cichu, bez tego całego radiowego świergotu? – odparł pytaniem Toland. – Słyszałem przez satelitę ich jazgot podczas tankowania. Trzeba tylko umieścić samolot z aparaturą nasłuchową i zlokalizować miejsce pobytu tankowców. Czemu by nie wypuścić trochę tomcatów, kiedy Ruscy będą już wracać do domu?
– Zaatakować po tym, jak uzupełnią paliwo… – zadumał się szkocki pilot.
– Dziś może jeszcze nie. Powiedzmy, jutro uderzymy na skubańców. Jeśli choć raz się to nam uda, Iwan będzie musiał zmienić plany operacyjne; może wysyłać eskorty myśliwców. Tak czy siak, na odmianę to my zmusimy ich do zareagowania.
– A my trochę odetchniemy – dodał kapitan. – Zgoda, rozpatrzmy ten projekt.
Mapa nie oddawała rzeczywistych trudności. Skula przez setki lat zdążyła wyżłobić wiele wąwozów. Jej stan wody był wysoki, a wodospady otoczone chmurami wodnego pyłu, które w słońcu lśniły tęczowymi barwami. Edwards był zły. Zawsze lubił patrzeć na tęczę, ale tym razem oznaczała ona schodzenie po oślizłych i mokrych skałach. Na podstawie mapy wyliczył, że od dna kanionu dzieli ich około siedemdziesięciu metrów. Kiedy już na nim stanęli, wydawało się, że jest ich o wiele więcej.
– Uprawiał pan kiedyś wspinaczkę, poruczniku? – zapytał Smith.
– Nigdy. A pan?
– Ja tak, tyle że w górę. To powinno być łatwiejsze. Nie należy specjalnie obawiać się poślizgnięć; te buty trzymają bardzo dobrze. Proszę tylko uważać, gdzie stawia pan nogę i wybierać pewne stopnie. Niech pan idzie powoli i uważnie. Pierwszy pójdzie Garcia. Szefie, już w tej chwili lubię to miejsce. Widzi pan staw pod wodospadem? Z pewnością są w nim ryby. Nie sądzę, by ktoś nas z tej dziury wydłubał.
– W porządku, proszę się zająć dziewczyną.
– Dobra. Garcia, ty pierwszy. Rodgers na końcu – Smith przewiesił karabin przez plecy i podszedł do Vigdis.
– Znam to miejsce – prawie się uśmiechnęła, ale natychmiast przypomniała sobie, jak często i z kim tu bywała. Nie skorzystała z jego ramienia.
– Wspaniale, pani Vigdis. Możemy się paru rzeczy od pani nauczyć. Ale teraz proszę uważać.
Gdyby nie ciężkie plecaki, byłoby to całkiem proste przedsięwzięcie. Każdy z mężczyzn jednak dźwigał na grzbiecie dwadzieścia pięć kilogramów ładunku. Obciążenie oraz wyczerpanie sprawiały, że ludzie mieli nieco zachwianą równowagę i ktoś z daleka mógłby wziąć dzielnych marines za przechodzące przez oblodzoną ulicę staruszki. Stok miał średnio pięćdziesiąt stopni nachylenia, ale miejscami przechodził w pion. Tam, gdzie był bardziej połogi, dzikie jelenie wyryły w nim głębokie rynny. Po raz pierwszy zmęczenie działało na korzyść ludzi. Gdyby byli mniej strudzeni, próbowaliby schodzić szybciej; obecnie prawie kompletnie wycieńczeni, bardziej obawiali się wyczerpania niż skał. Droga zabrała im godzinę, ale ostatecznie wszyscy wylądowali na dole zdrowi i cali, nie licząc drobnych zadrapań na rękach. Garcia przebył rzekę i zatrzymał się na jej wschodnim brzegu, gdzie ściana wąwozu wznosiła się pionowym urwiskiem. Tam, na skalnej półce, trzy metry nad wodą, rozłożyli obóz. Edwards popatrzył na zegarek. Szli ponad dwie doby bez przerwy. Pięćdziesiąt sześć godzin. Umordowani ludzie ułożyli się w głębokim cieniu.