Выбрать главу

Najpierw zjedli. Edwards, nie spojrzawszy nawet na etykietkę, otworzył pierwszą z brzegu puszkę. Zawartość smakowała jak ryba. Smith zezwolił żołnierzom pójść spać, a własny śpiwór oddał Vigdis. Podobnie jak Garcia i Rodgers, dziewczyna natychmiast zasnęła. Sierżant zrobił szybki obchód terenu. Edwards obserwował go ze zdumieniem: skąd ten człowiek bierze tyle energii?

– To wyśmienite miejsce, szefie – odezwał się sierżant i opadł na ziemię obok oficera. – Zapali pan?

– Nie palę. Myślałem, że już skończyły się panu papierosy.

– To prawda. Ale w domu dziewczyny znalazłem parę paczek – Smith sięgnął po papierosa bez filtra. Wyjął zapalniczkę z emblematem marines: kula ziemska i kotwica. Zaciągnął się głęboko. – Jezu, ale dobrze! – sapnął.

– Myślę, że spędzimy tu cały dzień.

– Nie mam nic przeciwko temu – sierżant odchylił się do tyłu. – Doskonale się pan trzyma, poruczniku.

– W Akademii Lotnictwa biegałem. Dziesięć kilometrów, parę razy przebiegłem maraton.

– Mówi pan, że wędrowałem z maratończykiem?

– Wykończył pan maratończyka w tym cholernym terenie – Edwards masował sobie ramiona.

Zastanawiał się, czy obolałe od plecaka krzyże kiedykolwiek wrócą do normy. Odnosił wrażenie, że ktoś zdrowo wymłócił mu nogi kijem baseballowym. Położył się na wznak i rozluźnił wszystkie mięśnie. Leżał w niezbyt wygodnym miejscu, ale nie miał już sił szukać innego. Przypomniał sobie o czymś.

– Czy nie powinniśmy wystawić warty?

– Też o tym myślałem – odparł Smith.

Leżał na plecach, na oczy spuścił hełm.

– Myślę, że nie musimy sobie tym zawracać głowy. Mogą nas wypatrzeć tylko z helikoptera, a i to tylko wtedy, gdyby unosił się tuż nad nami. Najbliższa droga znajduje się szesnaście kilometrów stąd. Dajmy sobie spokój. Co o tym myślisz, szefie?

Ostatnich słów Edwards już nie słyszał.

Kijów, Ukraina

– Jesteście już spakowani, Iwanie Michajłowiczu? – zapytał Aleksiejew.

– Tak jest, towarzyszu generale.

– Dowódca teatru zachodniego poległ. Wracał właśnie na swój wysunięty posterunek z kwatery Trzeciej Armii Uderzeniowej. Zginął prawdopodobnie podczas ataku lotniczego. Mamy przejąć tę placówkę.

– Tak po prostu?

– Niezupełnie – odparł ze złością Aleksiejew. – Zajęło im trzydzieści sześć godzin, nim ustalili, że chyba zginął! Zwolnił był właśnie ze stanowiska dowódcę Trzeciej Armii Uderzeniowej, po czym zniknął. Szaleniec. Jego zastępca nie wiedział, co robić. Zaplanowany atak nie nastąpił, a ci pierdoleni Niemcy przeprowadzili kontratak akurat wtedy, gdy nasi żołnierze czekali na rozkazy! – Aleksiejew potrząsnął głową z furią, a potem ciągnął spokojniejszym już tonem: – No cóż, teraz będziemy mieli do czynienia z prowadzącymi walkę żołnierzami; nie z jakimś sprawdzonym politycznie dziwkarzem.

Siergietow ponownie zauważył ów purytański rys charakteru przełożonego. Była to jedna z kilku jego cech całkowicie zgodnych z linią polityki Partii.

– Na czym dokładnie będzie polegać nasze zadanie? – spytał kapitan.

– W trakcie przejmowania dowództwa przez generała my we dwójkę odbędziemy inspekcję wysuniętych dywizji i ocenimy rzeczywistą sytuację na froncie. Wybaczcie, Iwanie Michajłowiczu, ale obawiam się, że nie jest to tak bezpieczny posterunek, jak obiecywałem waszemu ojcu.

– Oprócz arabskiego mówię też nieźle po angielsku – parsknął młodszy mężczyzna. Aleksiejew sprawdził to przed podpisaniem rozkazu o przeniesieniu. Kapitan Siergietow, zanim porzucił mundur zmamiony komfortową pracą w Partii, był bardzo dobrym oficerem. – Kiedy wyjeżdżamy?

– Samolot mamy za dwie godziny.

– Lecimy za dnia? – zdziwił się kapitan.

– Okazuje się, że powietrzna podróż jest bezpieczniejsza w dzień. NATO utrzymuje, że nocą niebo należy do nich. Nasi ludzie twierdzą odwrotnie, ale wiozą nas w ciągu dnia. Wnioski wyciągnijcie sami, towarzyszu kapitanie.

Dover, baza sił powietrznych, Delaware

Przed hangarem czekał samolot transportowy C-5A. W przestronnych wnętrzach budynku pracowało przy rakietach Tomahawk czterdzieści osób; część z nich nosiła mundury marynarki wojennej, część cywilne kombinezony „General Dynamics". Jedna grupa usuwała z rakiet potężne głowice do zwalczania okrętów i zastępowała je innymi. Druga miała zadanie bez porównania trudniejsze. Jej praca polegała na wymianie urządzeń samosterujących używanych w bitwach morskich i zastępowaniu ich głowicami służącymi do wyszukiwania celów naziemnych. W urządzenia te uzbrajano zazwyczaj pociski z ładunkami jądrowymi. Były fabrycznie nowe i należało je dostroić oraz wykalibrować. Precyzyjne zajęcie. Jakkolwiek systemy posiadały atest fabryczny, wszelkie obowiązujące w czasie pokoju normy przestały wystarczać i wszystko należało dokładnie sprawdzić. Ludzie pracowali w pośpiechu i, choć nie wiedzieli, o co chodzi, przeczuwali, że ich praca jest ważna. Misję otaczała najgłębsza tajemnica.

Delikatne instrumenty elektroniczne kodowały w urządzeniach naprowadzających uprzednio zaprogramowane informacje. Potem specjalne monitory sprawdzały dane wpisane w zainstalowane we wnętrzach rakiet komputery. Pracowników było tylu, że mogli sprawdzać zaledwie trzy pociski jednocześnie; a kontrola każdego z nich zajmowała ponad godzinę. Od czasu do czasu popatrywali na czekający cierpliwie na zewnątrz olbrzymi transportowiec Galaxy; jego załoga bez przerwy kursowała między maszyną a biurem meteorologicznym.

Każdą przejrzaną rakietę oznaczano za pomocą plastra na głowicy bojowej obok kodowej litery „F" specjalnym symbolem, po czym ładowano ją do komory wyrzutni. Blisko jedna trzecia urządzeń naprowadzających została odrzucona i zastąpiona nowymi. Niektóre zupełnie nie funkcjonowały, większość miała niewielkie usterki. Wszystkie jednak wymieniano na nowe. Dziwiło to niepomiernie techników i inżynierów z „General Dynamics". Jaki cel wymagał aż takiej niezawodności? W sumie praca zajęła dwadzieścia siedem godzin; o sześć więcej niż zakładano.

Połowa obsługi wsiadła do samolotu, który wystartował dwadzieścia minut później. Skierował się wprost do Europy. Zmęczeni ludzie spali w fotelach, nie przejmując się wcale tym, że u celu, gdziekolwiek by się on znajdował, czyhać na nich będą liczne niebezpieczeństwa.

Skulafoss, Islandia

Wyrwany ze snu Edwards wyprostował się gwałtownie. Smith i jego marines byli jeszcze szybsi. Z karabinami w rękach biegli, szukając jakiejś kryjówki. Obrzucali wzrokiem ściany niewielkiego wąwozu, a Vigdis ciągle krzyczała. Edwards odłożył karabin i podszedł do dziewczyny.

Automatyczna reakcja żołnierzy świadczyła o tym, że Islandka musiała dostrzec jakieś niebezpieczeństwo. Ale intuicja mówiła Edwardsowi, że nic im nie zagraża. Oczy Vigdis patrzyły ślepo w nagą, wznoszącą się parę metrów przed nią skałę. Dziewczyna zaciskała kurczowo dłonie na śpiworze. Kiedy podszedł do niej, przestała krzyczeć. Porucznik objął ją mocno ramieniem i przytulił jej twarz do swojej.