– Nic ci nie grozi, Vigdis. Nic ci nie grozi.
– Moja rodzina… – oddychała chrapliwie. – Zabili moją rodzinę. Potem…
– Tak, wiem. Ale ty żyjesz.
– Żołnierze… oni… – dziewczyna rozpięła do snu ubranie. Teraz wyrwała się z objęć Edwardsa i gorączkowo je dopinała.
Porucznik otulił ją śpiworem.
– Oni cię już nie skrzywdzą. Pamiętaj, bez względu na to, co się wydarzyło, oni cię już nie skrzywdzą.
Popatrzyła mu w oczy. Nie wiedział dobrze, co wyrażał jej wzrok. Malował się w nim ból i żal; ale było też i coś innego. Zbyt krótko jednak znał dziewczynę, by to wiedzieć.
– Ten, który zabił moją rodzinę. Zabiłeś… zabiłeś go.
Edwards skinął głową.
– Oni już nie żyją. Nie mogą cię skrzywdzić.
– Tak – Vigdis spuściła wzrok.
– Już w porządku? – spytał Smith.
– W porządku – odparł Edwards. – Miała… miała zły sen.
– Oni wrócą – odezwała się nagle Vigdis. – Oni znów wrócą.
– Proszę pani, nigdy już nie wrócą i nikogo nie skrzywdzą – Smith ścisnął przez śpiwór jej ramię. – Obronimy panią. Dopóki tu jesteśmy, nikt pani nie skrzywdzi. Obiecuję. Zgoda?
Dziewczyna szybko pokiwała głową.
– To dobrze. Niech pani spróbuje się jeszcze trochę przespać. Dopóki jesteśmy w pobliżu, nikt pani nie skrzywdzi. A w razie czego proszę nas zawołać. Jesteśmy obok.
Smith oddalił się. Edwards też zaczął wstawać, ale Vigdis wyciągnęła spod śpiwora ramię i chwyciła go za rękę.
– Proszę nie odchodzić. Ja… boję się, boję się być sama.
– W porządku. Zostanę przy tobie. A teraz połóż się i śpij. Po pięciu minutach jej oddech się wyrównał. Edwards starał się nie patrzeć w stronę śpiącej. Gdyby nagle otworzyła oczy i ujrzała utkwiony w nią jego wzrok… co by pomyślała? A może by miała rację – zastanawiał się Edwards. Dwa tygodnie wcześniej widział ją w klubie oficerskim w Keflaviku… był młodym, nieżonatym mężczyzną, a ona młodą niezamężną kobietą. Po drugim drinku jego główną troską stało się to, by zabrać ją do swego mieszkania. Trochę nastrojowej muzyki, delikatne, przyćmione światło wpadające przez okienne zasłony. Jak pięknie by wyglądała, wyślizgując się ze wstydem ze swego modnego ubrania.
Zamiast tego znalazł ją rozciągniętą na podłodze; nagą, pobitą i poranioną. Jakież to dziwne. Edwards zdawał sobie sprawę, że gdyby teraz ktoś wyciągnął po nią rękę, zabiłby go bez skrupułów, a zarazem nie potrafił sobie wyobrazić, by on sam mógł po nią sięgnąć. Gdybym nie zdecydował się wejść do jej domu, byłaby martwa; tak samo jak jej rodzice – pomyślał. – Prawdopodobnie po paru dniach ktoś by ich znalazł… tak jak znaleziono Sandy. Dlatego, Edwards dobrze o tym wiedział, zabił rosyjskiego porucznika i z radością patrzył, jak powoli pogrąża się w piekle. Żaden żal wprawdzie nie usprawiedliwiał…
Smith machnął w jego kierunku ręką. Edwards szybko podniósł się z ziemi.
– Poleciłem jednak Garcii objąć wartę. Lepiej jak znów będziemy czujną piechotą morską. Gdyby naprawdę tu przyszli, wystrzelaliby nas jak kaczki, poruczniku.
– Musimy jeszcze jakiś czas tu posiedzieć, by odzyskać siły.
– Tak, sir. Jak dziewczyna?
– Ciężka sprawa. Kiedy się zbudzi… do diabła, nie wiem, ale myślę, że może się kompletnie rozkleić.
– Może… – Smith zapalił papierosa. – Ale jest młoda. Jeśli damy jej szansę, może jakoś z tego wyjdzie.
– Dać jej coś do roboty?
– To samo, co nam wszystkim. Widzę, że lepiej robisz, niż myślisz, szefie.
Edwards spojrzał na zegarek. Przespał bitych sześć godzin, lecz nogi ciągle miał sztywne. Ogólnie jednak czuł się dużo, dużo lepiej. Zdawał sobie sprawę, że to złudzenie. Nim wyruszy w dalszą drogę, musi jeszcze co najmniej cztery godziny odpocząć i dobrze się najeść.
– Przed jedenastą nie wyruszymy. Chcę, by każdy żołnierz solidnie się wyspał i najadł.
– Nie mam nic przeciwko temu. A co z radiem?
– Powinienem to zrobić dawno, ale nie chce mi się wspinać na te cholerne skały.
– Poruczniku, jestem tylko tępym żołnierzem, ale po co wyłazić na górę. Wystarczy się przejść kilometr w dół strumienia. Stamtąd połączy się pan z satelitą, prawda?
Edwards popatrzył na północ. Jeśli się tam znajdzie, równie dobrze zmniejszy kąt do satelity, jakby się wspinał… Czemu o tym nie pomyślałem? Ponieważ, jak każdy absolwent Akademii Lotnictwa, umiem patrzeć tylko w górę lub w dół; zapominam, że można też popatrzeć na boki. Widząc na twarzy sierżanta złośliwy uśmieszek, Edwards ze złością potrząsnął głową, bez słowa podniósł plecak z radiem, po czym ruszył wzdłuż potoku.
– Bardzo późno się łączysz, Ogar – natychmiast odezwał się Brytan. – Gdzie jesteście?
– Brytan, jesteśmy w strasznej sytuacji. Mieliśmy przeprawę z rosyjskim patrolem… – Edwards przez dwie minuty wyjaśniał okoliczności.
– Ogar, ty chyba zwariowałeś. Macie przecież unikać, powtarzam, unikać wszelkiego kontaktu z wrogiem. Skąd wiecie, że kogoś nie ma już na waszym tropie?
– Tamci nie żyją, a samochód z ciałami spłonął zrzucony ze skał. Upozorowaliśmy wypadek, dokładnie jak na filmach w telewizji. To skończona historia, Brytan. I nie ma sensu się tym teraz zajmować. Znajdujemy się w odległości dziesięciu kilometrów od tego miejsca. Do końca dnia ja i moi ludzie odpoczywamy. Wieczorem podejmiemy marsz na północ. Może to nam zająć więcej czasu, niż przypuszczaliście. Teren jest tu bardzo trudny, ale robimy, co w naszej mocy. Nic więcej nie mamy do przekazania. Stąd, gdzie jesteśmy, nic nie widać.
– Bardzo dobrze. Rozkazy nie ulegają zmianie i proszę, nie odgrywaj więcej roli błędnego rycerza. Zrozumiano?
– Zrozumiano.
Edwards, składając radio, uśmiechał się pod nosem. Kiedy wrócił do obozu, ujrzał, że Vigdis wierci się w śpiworze. Położył się więc obok niej; przezornie o metr dalej.
– Cholerny kowboj. Znalazł się John Wayne ratujący osadników od krwiożerczych Indian.
– Nie było nas tam – odparł mężczyzna z czarną opaską na oku. Poprawił ją palcem. – Nie można oceniać postępowania człowieka z odległości półtora tysiąca kilometrów. On tam był i widział, co się dzieje. A co poza tym powiedział nam o żołnierzach Iwana?
– Jeśli chodzi o postępowanie z ludnością cywilną Ruscy nie mają najlepszej opinii – odparł pierwszy mężczyzna.
– Radzieckie wojska powietrznodesantowe znane są z karności i bardzo twardej dyscypliny – odparł drugi Były major SAS, który po jednej z akcji został inwalidą pełnił obecnie funkcję urzędnika w Wydziale Operacji Specjalnych. – A taki wybryk nie wskazuje na zdyscyplinowanych żołnierzy. Mogli przybyć później. Ale, powtarzam – powiedział z pewnością w głosie – ten chłopak zachowuje się wspaniale.
WRAŻENIA
Lot mieli paskudny. Odbyli go na pokładzie lekkiego bombowca, który, cały czas trzymając się blisko ziemi, przybył na wojskowe lotnisko na wschód od Berlina. Załogę samolotu stanowiły tylko cztery osoby. Podróż upłynęła bez przygód, ale Aleksiejew zastanawiał się, ile w tym było zasługi załogi, a ile szczęścia. Lotnisko przeżyło ostatnio wizytę samolotów Paktu Atlantyckiego i generał natychmiast zwątpił w to, co twierdzili towarzysze z rosyjskich sił powietrznych o przewadze na niebie w ciągu dnia.