Выбрать главу

Z Berlina helikopter zabrał jego i Siergietowa pod Stendal, do wysuniętego posterunku głównodowodzącego Zachodnim Teatrem Wojny. Aleksiejew, pierwszy wyższy oficer, który przybył do kompleksu podziemnych bunkrów, nie był wcale zachwycony tym, co tam zobaczył. Sztabowych oficerów bardziej interesowały poczynania NATO niż to, czego mogła dokonać Armia Czerwona. Rosjanie wprawdzie nie stracili inicjatywy, ale pod wpływem pierwszego wrażenia generał stwierdził, że niebezpieczeństwo było rzeczywiście duże. Natychmiast też znalazł oficera operacyjnego i zaczął zbierać informacje o tym, jak przebiega kampania. Jego przełożony przybył pół godziny później i wezwał Aleksiejewa do swego biura.

– No i co, Pasza?

– Muszę natychmiast udać się na linię frontu. Przeprowadzamy aktualnie trzy ataki. Chcę dokładnie wiedzieć, co się tam dzieje. Niemiecki kontratak odparliśmy, ale nie mieliśmy wystarczających sił by pójść za ciosem. Na północy sytuacja jest patowa. Tam wdarliśmy się na sto kilometrów w głąb kraju nieprzyjaciela. Wszelkie wcześniejsze harmonogramy, czasowe naturalnie, diabli wzięli, a straty są dużo większe od zakładanych; dotyczy to obu stron. Nasze, niestety, są wyższe. W sposób skandaliczny nie doceniliśmy morderczej broni przeciwczołgowej, jaką dysponuje NATO. Działania artylerii też nie okazały się na tyle skuteczne, by walka naszych żołnierzy doprowadziła do jakiegoś zdecydowanego przełomu. Lotnictwo Paktu Atlantyckiego ciągle wyrządza nam okropne szkody, zwłaszcza nocą. Posiłki przybywają zbyt wolno. Ogólnie posiadamy inicjatywę, ale jeśli nie dokonamy wyrwy w liniach wroga, w ciągu paru dni możemy utracić nasze pozycje. Trzeba znaleźć jakiś słaby punkt w obronie NATO i jak najszybciej przeprowadzić zdecydowany, skoordynowany szturm.

– A sytuacja Paktu?

Aleksiejew wzruszył ramionami.

– Całe siły wyprowadzili w pole. Z Ameryki wciąż przybywają posiłki, ale na podstawie tego, co wydobyliśmy od jeńców, przypuszczam, że nie tak szybko, jak się spodziewano. Mam wrażenie, że w umocnieniach sojuszników istnieje wiele bardzo słabych punktów. Jeszcze ich nie zlokalizowaliśmy. Jeśli trafimy na taki punkt i wykorzystamy to, myślę, że przerwiemy front, dokonując ogromnej wyrwy. Nie mogą przecież być wszędzie tak samo silni. Niemcy dążą do tego, by ich sprzymierzeńcy próbowali powstrzymać nas na całej linii frontu. Taki właśnie błąd my popełniliśmy w roku 1941. Bardzo drogo nas kosztował. Może teraz kolej na nich.

– Kiedy chcecie odwiedzić front?

– Za godzinę. Wezmę ze sobą kapitana Siergietowa…

– Syna człowieka Partii? Jeśli coś mu się stanie, Pasza…

– To oficer armii radzieckiej, niezależnie od tego, jakie stanowisko zajmuje jego ojciec. Jest mi potrzebny.

– Bardzo dobrze. Powiadamiaj mnie, gdzie jesteś. Skieruj do mnie ludzi z wydziałów operacyjnych. Musimy uporządkować ten burdel.

Aleksiejew polecił przysłać sobie helikopter bojowy Mi-24. Lecący tuż nad czubkami drzew śmigłowiec generała eskortowały zwinne myśliwce Mig-21. Aleksiejew nie zajął miejsca w fotelu, lecz natychmiast przylgnął do okien maszyny i obserwował wszystko, co był w stanie zobaczyć. W całej swej wojskowej karierze nie widział jeszcze takiego obrazu zniszczeń. Wydawało się, że nie ma drogi, na której by nie płonęły czołgi lub ciężarówki. Zasadniczym celem ataków lotniczych NATO były główne skrzyżowania szos. Ujrzał zburzony most. Utknęła przed nim kolumna czołgów i została zniszczona podczas nalotu. Spalone szczątki samolotów, pojazdów i ludzi zamieniły schludny, malowniczy pejzaż niemieckiej wsi w śmietnik broni wysokiej technologii. Kiedy przelecieli granicę Zachodnich Niemiec, widok stał się jeszcze straszniejszy. O każdą szosę, o każdą najmniejszą wioskę toczyła się mordercza walka. Przed jedną z takich osad Aleksiejew naliczył jedenaście rozbitych czołgów i zastanawiał się przez chwilę, ile maszyn musiało pójść do naprawy. Samo miasteczko było kompletnie zniszczone przez ogień artyleryjski i pożary. Dostrzegł tylko jeden dom nadający się do zamieszkania. Pięć kilometrów dalej na zachód powtórzyła się ta sama historia; wtedy Aleksiejew uświadomił sobie, iż tylko na tym jednym, dziesięciokilometrowym odcinku szosy wojska radzieckie straciły cały pułk czołgów. Potem skupił uwagę na sprzęcie przeciwnika. Zatrzymał wzrok na sterczących ze stosu zgliszczy szczątkach niemieckiego helikoptera bojowego. Rozpoznał go wyłącznie po kształcie ogona. Dalej ujrzał kilka zniszczonych czołgów i wozów bojowych piechoty. Zarówno radzieckie jak i zachodnie transportery opancerzone, wyprodukowane dużym nakładem kosztów i wysiłku, leżały wokół niczym wyrzucone przez okno samochodu śmieci. Zostało nam jeszcze dużo sprzętu – pomyślał generał. – Ale jak wiele?

Helikopter wylądował na skraju lasu. Za pierwszą linią drzew stały działa przeciwlotnicze, które cały czas wycelowane były w lądującą maszynę. Aleksiejew i Siergietow wyskoczyli z samolotu, przeszli pod obracającym się ciągle głównym śmigłem i pobiegli w kierunku drzew. Stało tam kilka pojazdów.

– Witajcie, towarzyszu generale – powiedział pułkownik Armii Czerwonej z osmaloną twarzą.

– Gdzie dowódca dywizji?

– Ja jestem dowódcą. Generał zginął przedwczoraj w nawale nieprzyjacielskiego ognia artyleryjskiego. Musimy przemieszczać stanowisko dowodzenia dwa razy na dobę. Potrafią nas dobrze namierzać.

– Sytuacja? – spytał lakonicznie Aleksiejew.

– Ludzie są zmęczeni, ale mogą jeszcze walczyć. Nie mamy wystarczającego wsparcia z powietrza, a w nocy myśliwce Paktu Atlantyckiego nie dają nam po prostu chwili wytchnienia. Dysponujemy jeszcze połową naszych sił; z wyjątkiem artylerii. Ta zredukowana już została do jednej trzeciej. Amerykanie zmienili właśnie taktykę. Zamiast skoncentrować się na naszych idących do przodu formacjach czołgów, ich lotnictwo atakuje natychmiast po tym, jak kończymy przygotowanie artyleryjskie. Ostatniej nocy ponieśliśmy ogromne straty. Przeciw naszym pułkom wysłali cztery myśliwce nurkujące, które starły nieomal z powierzchni ziemi batalion ruchomych dział. Nasz atak oczywiście się nie powiódł.

– A co z maskowaniem? – zapytał Aleksiejew.

– Diabeł jeden wie, czemu nie skutkuje – odparł pułkownik. – Najwidoczniej ich samoloty radarowe potrafią wykryć pojazdy na ziemi. Próbowaliśmy zagłuszać, próbowaliśmy stawiać makiety. Czasami to działa, czasami nie. Posterunek dowództwa dywizji został zaatakowany dwukrotnie. Moimi pułkami dowodzą już majorzy, a batalionami – kapitanowie. Taktyka Paktu Atlantyckiego polega na tym, by niszczyć przede wszystkim dowództwo i tym skurwysynom wychodzi to nad podziw dobrze. Ilekroć zbliżamy się do wioski, moje czołgi muszą przedzierać się przez roje rakiet. Próbowaliśmy i artylerii, i broni rakietowej, lecz trudno zniszczyć każdy budynek w zasięgu wzroku; nigdy byśmy nie posunęli się ani na krok do przodu.

– Czego potrzebujecie?

– Wsparcia lotnictwa. I to silnego. Dajcie mi tylko taką pomoc, a przełamiemy ten cholerny front. Dziesięć kilometrów za linią frontu dywizja czołgów czekała na samoloty. Jak dotąd daremnie.

– A dostawy?

– Mogłoby być lepiej, ale jakoś sobie radzimy. Gdybym jeszcze dysponował pełną dywizją, byłyby niewystarczające.

– Aktualne plany?

– Godzinę temu wysłaliśmy do szturmu dwa pułki. Atakują wioskę zwaną Bieben. Siły przeciwnika obliczamy na dwa niepełne bataliony piechoty wsparte czołgami i artylerią. W wiosce znajduje się skrzyżowanie dróg, które musimy przejąć. To samo, o które walczyliśmy zeszłej nocy. Teraz powinno się udać. Chcecie obserwować akcję?

– Naturalnie.

– Zatem jedziemy. Ale jeśli wam życie miłe, zapomnijcie o helikopterze. Ponadto – pułkownik uśmiechnął się – wasza maszyna wesprze szarżę czołgów. Może tam być gorąco, towarzyszu generale – ostrzegł.