Выбрать главу

– To dobrze. Obronicie nas. Kiedy ruszamy?

USS „Pharris"

Spokojne morze znaczyło, że „Pharris" wraca na wyznaczoną pozycję po północnej stronie konwoju. Obecnie na okręcie czuwała tylko połowa załogi. Za rufę spuszczono holowany sonar, a na lądowisku czekał helikopter, którego piloci drzemali w hangarze. Morris również spał na mostku w wybitym skórą fotelu. Pochrapywał cicho, budząc wesołość dyżurujących tam ludzi. Oficerowie też odsypiali, a w pomieszczeniach załogi panował hałas jak w tartaku.

– Kapitanie, depesza z dowództwa Floty Atlantyckiej.

Morris podniósł wzrok na oficera kancelaryjnego i sięgnął po blankiet. Zaatakowany został znajdujący się od nich o sto pięćdziesiąt mil na północ konwój, który płynął na wschód. Kapitan zerwał się z miejsca i ruszył do stołu nakresowego, by dokładnie sprawdzić odległości. Tamte okręty podwodne nie stanowiły dla nich niebezpieczeństwa. To tyle. Miał własne kłopoty i jego zadaniem było na nich skupić całą uwagę. Za czterdzieści godzin powinien zameldować się w Norfolk, uzupełnić paliwo, uzupełnić broń i po upływie doby wyruszyć ponownie w rejs.

– A cóż to, do cholery? – zapytał głośno marynarz. Pokazał smugę białego dymu. Nisko nad morzem.

– To rakieta – odparł oficer pokładowy. – Mostek! Kapitanie, przed nami rakieta. Leci prosto na południe w odległości mili od nas.

Morris wrócił na fotel i zamrugał oczyma.

– Powiadomić konwój. Włączyć radar. Wystrzelić paski folii aluminiowej.

Kapitan ruszył po drabinie do centrum informacji bojowej. Zanim tam dobiegł, na całym okręcie rozbrzmiewały ostre tony dzwonków alarmowych. Z rufy pomknęły w powietrze dwie rakiety zagłuszające Super-RBOC, które eksplodowały w powietrzu, otaczając fregatę ulewą skrawków aluminium.

– Naliczyłem pięć pocisków – oznajmił operator radaru. – Jeden nadlatuje w naszą stronę. Współrzędne: zero-zero-osiem. Odległość: siedem mil. Szybkość: pięćset węzłów.

– Mostek, ster w prawo na zero-zero-osiem – rozkazał oficer taktyczny. – Przygotować kolejne pociski z paskami aluminium. Pełna gotowość bojowa.

Pięciocalowe działo obróciło się nieco i wysłało kilka ładunków. Wszystkie przeszły tuż obok nadlatującej rakiety.

– Odległość: dwie mile. Ciągle się zbliża – meldował operator radaru.

– Wystrzelić cztery następne Super-RBOC-y.

Morris usłyszał salwy wyrzutni. Radar pokazał pociski w formie nieprzejrzystej chmury otulającej okręt.

– Centrum informacji bojowej – zawołał obserwator. – Widzę ją. Nadlatuje od dziobu z prawej burty. Straciła cel. Mam zmianę kierunku… tam, tam jest! Minęła rufę. Minęła nas o kilkaset metrów.

Aluminiowa chmura zmyliła rakietę. Gdyby pocisk miał mózg i potrafił samodzielnie myśleć, zdumiałby go fakt, że trafił w nic. Poszybował w czyste niebo. Jego radarowy samonaprowadzacz zaczął szukać kolejnego celu. Odkrył go piętnaście mil dalej i rakieta natychmiast zmieniła kurs.

– Hydrolokacja – odezwał się Morris. – Sprawdzić współrzędne zero-zero-osiem. Jest tam rakietowy okręt podwodny.

– Właśnie sprawdzam, sir. Ta pozycja jest czysta.

– To pędząca tuż nad wodą z szybkością pięciuset węzłów rakieta. Z okrętu podwodnego klasy Charlie, odległego od nas o jakieś trzydzieści mil – powiedział Morris. – Wysłać helikopter. Idę na górę.

Kapitan dotarł do mostka w tej samej chwili, kiedy na horyzoncie rozbłysła eksplozja. Nie był to frachtowiec. Ognista kula znaczyła tylko zestrzeloną przez rakietę głowicę bojową. Pewnie tę, która ich minęła. Czemu nie udało się jej zatrzymać? Potem nastąpiły trzy dalsze wybuchy. Płynący wolno nad wodą dźwięk dotarł do „Pharrisa" w formie głuchego łoskotu jakby wydawanego przez gigantyczny bęben. Od lądowiska fregaty oderwał się śmigłowiec Sea Sprite i odleciał na północ. Miał nadzieję wytropić radziecki okręt podwodny, kiedy ten jeszcze będzie tuż pod powierzchnią. Morris polecił zmniejszyć szybkość „Pharrisa" do pięciu węzłów. Da to sonarzystom możliwość dokonania bardziej precyzyjnych obserwacji. Ciągle nic.

Wrócił do centrum informacji bojowej. Załoga helikoptera zrzuciła dwanaście pław sonarowych. Dwie złapały jakiś kontakt, który jednak szybko się urwał i więcej nie pojawił. Niebawem nadleciał orion, ale okręt podwodny zdążył już uciec. Jego rakiety ugodziły w niszczyciela i dwa statki handlowe. Po prostu tak – pomyślał Morris. – Bez ostrzeżenia.

Stornoway, Szkocja

– Kolejny nalot – powiedział kapitan.

– Reporter? – spytał Toland.

– Nie, to wiadomość z Norwegii. Smugi kondensacyjne samolotów kierujących się na południowy zachód. Nasz informator naliczył około dwudziestu maszyn nieznanego mu typu. Na północ od Islandii przestrzeń powietrzną patroluje nasz nimrod. Jeśli to backfire'y i jeśli spotkają się z tankowcami powietrznymi, możemy mieć pierwsze dane. Zobaczymy, Bob, może miałeś i dobry pomysł.

Na pasach startowych czekały cztery gotowe do akcji tomcaty. Dwa z nich uzbrojone były w rakiety. Pozostałe miały zabrać zbiorniki z dodatkowym paliwem. Zakładano, że podróż w obie strony to pokonanie dystansu dwóch tysięcy mil. Znaczyło to, że pełny dystans mogą przebyć tylko dwa samoloty, a i tak wrócą na rezerwach benzyny. Nimrod krążył trzysta sześćdziesiąt kilometrów na wschód od wyspy Jan Mayen. Ów należący do Norwegii skrawek lądu Rosjanie kilkakrotnie już zbombardowali, niszcząc zainstalowany tam system radarowy; jak dotąd jednak nie przeprowadzali jeszcze na wyspę desantu. Najeżony antenami brytyjski samolot patrolowy nie posiadał żadnego uzbrojenia. Gdyby napotkał rosyjskie myśliwce stanowiące osłonę bombowców i tankowców powietrznych, mógłby tylko uciekać. Jeden z zespołów na pokładzie nemroda prowadził nasłuch radiowy na zakresach używanych przez radzieckie samoloty, a drugi – nasłuch radarowy na odpowiednich częstotliwościach.

Było to długie, pełne napięcia oczekiwanie. Dwie godziny po ostrzeżeniu o nalocie odebrano zniekształconą transmisję, którą zinterpretowano jako informację dla pilota backfire'a, że zbliża się do samolotu-tankowca. Namiar został naniesiony na nakres i nimrod skręcił na wschód w nadziei, że kolejny tego rodzaju sygnał da mu możliwość skrzyżowania pozycji. W eterze jednak panowała cisza. Bez dokładnych współrzędnych myśliwce niewielką miały szansę na wypełnienie zadania. Czekały na pasach. Postanowiono, że następnym razem polecą dwa samoloty zwiadowcze.

USS „Chicago"

Wezwanie QZB nadeszło tuż po lunchu. McCafferty wyprowadził okręt podwodny na głębokość antenową i otrzymał polecenie udania się do Faslane w Szkocji, gdzie znajdowała się baza okrętów podwodnych marynarki brytyjskiej. Po utracie kontaktu z radzieckim konwojem „Chicago" nie miał już żadnego pozytywnego kontaktu.

Było to czyste szaleństwo. Wszelkie przedwojenne założenia, jakie McCafferty znał, kazały mu się spodziewać „okolicy pełnej celów". Jak dotąd pełen był tylko frustracji. Pierwszy oficer sprowadził okręt na dużą głębokość, a kapitan zaczął sporządzać raport z przebiegu patrolu.

Bieben, Republika Federalna Niemiec

– Jesteście tu zupełnie osłonięci – zauważył kapitan, kucając za wieżyczką.

– To prawda – zgodził się sierżant Mackall.

Jego czołg M-1 Abrams wkopany był po przeciwnej stronie zbocza i na drugą stronę wzgórza wystawała tylko skryta w zaroślach lufa. Mackall popatrzył na dół, w płytką dolinę, gdzie w odległości półtora kilometra majaczyły drzewa, między którymi usadowili się Rosjanie badający wzgórze potężnymi lornetkami. Sierżant miał nadzieję, że nie dostrzegą ukrytej, złowieszczej sylwetki czołgu bojowego. Znajdował się w okopie stanowiącym fragment pierwszej z trzech linii obronnych, przygotowanych przez należące do jednostki inżynieryjnej buldożery. W tej pracy pomogli saperom z własnej inicjatywy miejscowi rolnicy. Następna linia okopów niestety znajdowała się w odległości pięciuset metrów i Mackalla dzielił od niej zupełnie odkryty teren. Pole to obsiane zostało zaledwie sześć tygodni wcześniej, toteż trudno było tam liczyć na jakąkolwiek osłonę podczas wycofywania się z pierwszej linii.