Выбрать главу

– Taka pogoda jest Iwanowi na rękę – zauważył Mackall. Pułap chmur utrzymywał się na poziomie czterystu metrów, więc gdyby Amerykanie dostali wsparcie lotnicze, samoloty miałyby zaledwie pięć sekund na zorientowanie się w panującej na polu walki sytuacji. – Czego możemy od pana oczekiwać, sir?

– Mogę wezwać cztery A-10 i zapewne trochę maszyn niemieckich – odparł kapitan lotnictwa.

Obserwował teren z nieco innego punktu widzenia. Jak najlepiej przypuścić atak myśliwców na pozycje nieprzyjaciela? Pierwsze natarcie Rosjan zostało wprawdzie odparte, ale kapitan przed oczyma miał szczątki dwóch maszyn NATO.

– Mogę również zapewnić trzy helikoptery.

Słowa te zaskoczyły Mackalla. I zaniepokoiły. Jakiego ataku się tu spodziewają?

– No dobrze – kapitan wstał i wrócił do swego transportera opancerzonego. – Kiedy usłyszycie: „Zulu, Z u l u, Z u l u" znaczyć to będzie, że samoloty są w odległości niecałych pięciu minut. Gdybyście ujrzeli jakiekolwiek pojazdy z wyrzutniami SAM-ów lub działa przeciwlotnicze, na nie przede wszystkim, na Boga, skierujcie ogień. Warthogi poniosły już naprawdę ciężkie straty, sierżancie.

– Postaramy się, kapitanie. Lepiej niech już pan się stąd wynosi; niebawem zacznie się przedstawienie.

Mackall nauczył się już doceniać wartość dobrego oficera kontroli powietrznej na wysuniętym posterunku. Kapitan przed trzema dniami wyciągnął jego żołnierzy z poważnych tarapatów. Sierżant obserwował przez chwilę, jak oficer oddala się biegiem do oczekującego pięćdziesiąt metrów dalej pojazdu z zapalonym silnikiem. Jeszcze nie zamknęły się dobrze tylne drzwi, kiedy maszyna zygzakami runęła pełną mocą przez nagi stok i obsiane niedawno pole.

Oddział B Pierwszego Szwadronu Jedenastego Pułku Kawalerii Pancernej dysponował początkowo czternastoma czołgami. Pięć zostało już zniszczonych, a na ich miejsce dostał tylko dwa. Pozostałe były w mniejszym lub większym stopniu uszkodzone. Dowódca plutonu zginął drugiego dnia wojny. Jego funkcję przejął Mackall. Wchodzące w skład plutonu czołgi stały kilometr od linii frontu; między nimi okopała się niemiecka kompania Landwehry – miejscowego odpowiednika Straży Narodowej – w skład której wchodzili w większości farmerzy i właściciele sklepów; walczyli już nie tyle o swój kraj, co o własne domy. Oni również ponieśli poważne straty i teraz „kompania" nie znaczyła więcej niż dwa plutony. Z całą pewnością Rosjanie zdają sobie sprawę, jak szczupłe są nasze siły – pomyślał Mackall. Wszyscy okopali się bardzo starannie… i bardzo głęboko. Siła radzieckiej artylerii okazała się szokująca. Mimo wszelkich przedwojennych ostrzeżeń ogień rosyjskich armat wstrząsnął amerykańską obroną.

– Ta pogoda jest Amerykanom na rękę – pułkownik wskazał skłębione chmury. – Ich przeklęte samoloty nadlatują zbyt nisko jak na możliwości naszych radarów. Praktycznie nie mogą ich wykryć, dopóki maszyny nie otworzą ognia.

– Ponieśliście duże straty?

– Sami sobie obejrzyjcie – pułkownik wykonał gest w stronę pola bitwy. Stało tam piętnaście czołgów; okopcone ogniem i dymem wraki… – To dzieło myśliwców nurkujących Thunderbolt. Nasi ludzie nazywają je „diabelskimi krzyżami".

– Ale wczoraj przecież zestrzeliliście dwie maszyny – zaoponował Siergietow.

– Tak, ale przetrwało tylko jedno z czterech samobieżnych dział. Obie maszyny strąciła ta sama obsługa dowodzona przez starszego sierżanta Łupenkę. Rekomenduję go do Czerwonej Wstęgi. Pośmiertnie. Drugi samolot spadł prosto na niego. Mój najlepszy kanonier – dodał z goryczą pułkownik.

Dwa kilometry dalej widać było wrak niemieckiego samolotu Alphajet, a pod nim szczątki działa samobieżnego ZSU-30. Niewątpliwie trafiony samolot celowo uderzył w stanowisko ogniowe; Niemiec przed śmiercią postanowił zabić jeszcze kilku Rosjan.

Sierżant wręczył pułkownikowi słuchawki. Ten słuchał przez pół minuty, po czym powiedział parę słów i podkreślił je energicznym skinieniem głowy.

– Za pięć minut, towarzysze. Moi ludzie zajęli już stanowiska. Proszę za mną.

Bunkier dowództwa, wybudowany pospiesznie z bali i darni, liczył sobie trzy metry wysokości. W środku gnieździło się już dwadzieścia osób – operatorzy łączności obu biorących udział w ataku pułków. Trzeci pułk dywizji czekał, by wkroczyć w wyłom i utorować drogę rezerwowej dywizji pancernej, która miała ostatecznie wedrzeć się na tyły nieprzyjaciela. Jeśli naturalnie wszystko pójdzie zgodnie z planem – upomniał się w duchu Aleksiejew.

Po przeciwnej stronie nie widzieli naturalnie żadnych żołnierzy ani pojazdów. Czaili się zapewne w lesie na szczycie grani w odległości niecałych dwóch kilometrów. Generał obserwował dowódcę dywizji, który skinął głową szefowi artylerii. Ten natychmiast podniósł słuchawkę polowego telefonu i rzucił w nią dwa słowa:

– Zacząć ostrzał.

Dźwięk dotarł do nich dopiero po paru sekundach. Wszystkie działa oraz dodatkowa bateria z dywizji czołgów odezwały się przerażającym głosem; niczym przetaczający się nad ziemią grom. Nad nimi przeleciała łukiem pierwsza fala pocisków, uderzając w przedpole wzgórza. Druga trafiła w sam masyw. To, co przed chwilą jeszcze było łagodnym wzniesieniem pokrytym bujną trawą, zamieniło się w odrażające, brązowe kłębowisko dymu i gołej ziemi.

– Myślę, że idą na całego, sierżancie – odezwał się ładowniczy, zatrzaskując właz czołgu.

Mackall poprawił hełmofon i wyjrzał przez szczeliny obserwacyjne w kopułce dowódcy. Gruby pancerz tłumił prawie całkowicie dźwięk, ale kiedy zadrżała pod nimi ziemia, pojazdem zakołysało. Zamknięci w nim ludzie struchleli na myśl, jakiej siły potrzeba, by zakolebać sześćdziesięciotonowym czołgiem. Tak właśnie zginął porucznik; jeden z tysiąca wystrzelonych z potężnego działa pocisków trafił w wieżyczkę jego czołgu, przeniknął cienki, szczytowy pancerz i pojazd eksplodował.

Po lewej i prawej stronie czołgu Mackalla, ukryci w wąskich, głębokich dołach, siedzieli Niemcy – przeważnie w średnim wieku. Byli zarówno przerażeni, jak i pełni nienawiści z powodu tego, co przytrafiło się im, ich ojczyźnie… i ich domom!

– Wspaniałe przygotowanie artyleryjskie, towarzyszu pułkowniku – pochwalił cicho Aleksiejew. Nad głowami znów rozległ się skowyczący dźwięk. – A oto i wasze wsparcie lotnicze.

Cztery radzieckie myśliwce nurkujące przemknęły równolegle nad masywem, zrzucając ładunki napalmu. Kiedy zawróciły w kierunku radzieckich linii, jedna z maszyn eksplodowała w powietrzu.

– Co to było?

– Prawdopodobnie roland – odparł pułkownik. – Ich wersja naszej SA-8. No dobrze, jeszcze minutkę.

Pięć kilometrów za bunkrem dowództwa dwie baterie ruchomych wyrzutni rakietowych ziały nieustannym ogniem. Połowę z nich stanowiły głowice bojowe, a połowę rakiety dymne.

Trzydzieści rakiet wylądowało w sektorze Mackalla, a trzydzieści przed nim, w dolinie. Wstrząs eksplozji zakołysał czołgiem, rozległ się dźwięk odbijających się od pancerza odłamków. Najbardziej zatrwożył sierżanta dym. Znaczył bowiem, że nadchodzi Iwan. Z trzydziestu miejsc bił w niebo szarobiały tuman, zakrywając wszystko swym nieprzeniknionym całunem. Mackall i kanonier włączyli celowniki termogramowe.