– Byk, tu Szóstka – odezwał się przez radio dowódca. – Proszę o potwierdzenie.
Mackall słuchał uważnie. Wszystkie jedenaście chronionych przez głębokie wykopy czołgów pozostało nietknięte i sierżant błogosławił w duchu saperów – jak również niemieckich rolników – którzy wykopali te stanowiska. Nie padły żadne rozkazy. Nie były potrzebne.
– Przeciwnik w polu widzenia – poinformował kanonier.
Celowniki termiczne rozróżniały temperaturę i mogły na odległość kilometra penetrować pokryty dymem teren. Ponadto wiatr okazał się dla Amerykanów korzystny. Wiejąca z szybkością szesnastu kilometrów na godzinę bryza zawróciła dymy na wschód. Starszy sierżant Terry Mackall zaczerpnął tchu i przystąpił do dzieła.
– Ceclass="underline" czołg. Godzina: dziesiąta. Pocisk podkalibrowy. Pal!
Kanonier obrócił wieżyczkę w lewo i nastawił siatkę celownika na najbliższą radziecką maszynę. Kciukami wcisnął guzik lasera i cieniutki promień światła padł na cel. Na ekranie wskazującym odległość pojawiła się liczba: 1310 metrów. Sterujący ogniem komputer skorelował natychmiast odległość i szybkość wrogiego obiektu, zmierzył kierunek i siłę wiatru, wilgotność i temperaturę powietrza, uwzględnił masę pancerza samego czołgu i uniósł lufę głównego działa. Wszystko, co musiał zrobić kanonier, to umieścić w środku siatki cel. Cała operacja zajęła niecałe dwie sekundy. Kanonier nacisnął spusty.
Podmuch z długiej na trzynaście metrów lufy zniszczył zasadzone przed dwoma laty przez niemieckich skautów krzaki. 105-milimetrowe działo czołgowe szarpnęło do tyłu w odrzucie i wypluło do wnętrza wieżyczki łuskę. W powietrze wyleciał pocisk podkalibrowy; odpadła z niego koszulka i wolframowo-uranowa strzała o średnicy czterdziestu milimetrów pomknęła z szybkością półtora kilometra na sekundę.
W chwilę później pocisk trafił w podstawę wieżyczki rosyjskiego czołgu. Kiedy uranowe jądro pocisku wnikało w ochronną stal, radziecki kanonier wprowadzał dopiero pocisk do lufy. Czołg eksplodował; wieżyczka wyleciała na dziesięć metrów w górę.
– Trafiony! – powiedział Mackall. – Ceclass="underline" czołg. Godzina: dwunasta. Pocisk podkalibrowy. Pal!
Rosyjski i amerykański czołg wystrzeliły jednocześnie, ale radziecki pocisk przeszedł górą, mijając M-1 blisko o metr. Rosjanie mieli mniej szczęścia…
– Czas się wynosić – oznajmił Mackall. – Do tyłu. Na kolejną pozycję!
Kierowca, otworzywszy mocno przepustnicę, dokonał zwrotu. Czołg szarpnął do tyłu, zakręcił w prawo i ruszył pięćdziesiąt metrów w stronę kolejnego, przygotowanego uprzednio stanowiska.
– Cholerny dym! – zaklął Siergietow.
Wiatr przywiał do nich kolejną falę i nikt nie widział, co się dzieje przed nimi. Losy bitwy były teraz w rękach kapitanów, poruczników i sierżantów. Obserwujący walkę z bunkra dowódcy rozróżniali jedynie pomarańczowe kule ognia eksplodujących pojazdów, ale nie potrafili określić, czy są to maszyny własne, czy przeciwnika. Głównodowodzący pułkownik nałożył słuchawki i zaczął rzucać swym podkomendnym krótkie, szorstkie polecenia.
Mackall znalazł się na nowej pozycji w niecałą minutę. Okop był usytuowany równolegle do linii grzbietu wzgórza, więc potężna wieżyczka maszyny obróciła się w lewo. Sierżant dojrzał radziecką piechotę, która wyskoczyła z wozów bojowych i biegła teraz przed swymi pojazdami. Spadła na nią niemiecka i amerykańska salwa artyleryjska, ale trochę za późno…
– Ceclass="underline" czołg z anteną. Wyjeżdża właśnie zza linii drzew.
– Mam go – odparł kanonier. Ujrzał radziecki ciężki czołg bojowy T-80 ze sterczącą z wieżyczki długą anteną radiową. Mógł to być pojazd dowódcy kompanii; a może dowódcy batalionu.
Strzelił.
Rosyjski czołg raptownie stanął, a Mackall obserwował, jak smugacz mija o centymetry jego komorę silnikową.
– Pocisk HEAT! – krzyknął kanonier przez interkom.
– Gotowy!
– Zawracaj, kurwa…
Kierowana przez doświadczonego sierżanta rosyjska maszyna mknęła zygzakami przez pole. Co pięć sekund wykonywała ostry zwrot; skręciła właśnie w lewo…
Kanonier wypuścił pocisk. Siła odrzutu zatrzęsła czołgiem i o tylną ściankę wieżyczki zadźwięczała wyrzucona łuska. W zamkniętym pomieszczeniu rozszedł się amoniakowy zapach propelentu.
– Trafiony! Piękny strzał, Woody!
Pocisk trafił Rosjan między ostatnie koła i zniszczył silnik diesla. W chwilę potem zaczęła z pojazdu wyskakiwać załoga „uciekając" prosto w grad tnących powietrze odłamków.
Mackall znów polecił zmienić stanowisko bojowe. Zanim dotarli na miejsce, Rosjanie byli już niecałe pięćset metrów od nich. Oddali dwa kolejne strzały, niszcząc wóz bojowy piechoty i następny czołg.
– Byk, tu Szóstka, wycofujemy się na Linię Bravo. Wykonać!
Jako dowódca plutonu Mackall wraz ze swoją drużyną opuścił pozycję ostatni. Sierżant obserwował, jak dwa towarzyszące mu czołgi toczą się w dół stoku. Piechota również się wycofywała; część żołnierzy zdążyła wskoczyć do transporterów opancerzonych, pozostali po prostu biegli. Własna artyleria oddała salwę, następnie postawiła zasłonę dymną, by ułatwić swoim oddziałom cofnięcie się na kolejne pozycje. Na komendę Mackalla czołg ruszył z szybkością czterdziestu pięciu kilometrów na godzinę i nim Rosjanie zdobyli masyw, zajął wyznaczoną pozycję. Wycofujących się ścigał ogień artyleryjski nieprzyjaciela, który zniszczył dwa niemieckie wozy bojowe piechoty.
– Zulu, Zulu, Zulu!
– Przyślijcie mi transporter – polecił Aleksiejew.
– Nie mogę na to pozwolić. Nie pozwolę, generale…
– Przysłać mi tu ten cholerny transporter. Muszę to dokładnie zobaczyć – powtórzył Aleksiejew.
Minutę później on i Siergietow w towarzystwie pułkownika siedzieli w BMP i jechali na pozycje opuszczone właśnie przez oddziały NATO. Znaleźli okop, w którym kryło się dwóch żołnierzy… dopóki w odległości metra nie eksplodowała rakieta.
– Wielki Boże, straciliśmy tu dwadzieścia czołgów! – wykrzyknął Siergietow, oglądając się do tyłu.
– Padnij! – wrzasnął naraz pułkownik, wpychając obu do okrwawionej jamy. Wzgórze dosięgła nawała ogniowa NATO.
– Tam jest gatling – powiedział kanonier.
Rosyjski pojazd z działem przeciwlotniczym pojawił się na szczycie wzgórza. W chwilę później pocisk HEAT zniszczył je niczym plastikową zabawkę. Kolejnym celem stał się rosyjski czołg zjeżdżający ze wzgórza, które właśnie opuścili.
– Głowa do góry. Nadlatuje nasz samolot! – Mackall skulił się, mając nadzieję, że pilot potrafi odróżnić owce od wilków.
Aleksiejew obserwował dwusilnikowy myśliwiec pikujący nad dolinę. Jego przód ział ogniem z działka przeciwczołgowego. Na oczach generała eksplodowały cztery czołgi Zdawało się, że thunderbolt zawisł na chwilę w powietrzu, po czym odleciał na zachód. Pomknęła za nim rakieta SA-7, ale spadła za blisko.
– „Diabelski krzyż"? – zapytał cicho generał.
Pułkownik w milczeniu skinął głową i Aleksiejew zrozumiał, czemu jego ludzie ochrzcili ten typ maszyn taką właśnie nazwą. Oglądany pod kątem amerykański myśliwiec przypominał stylizowany krzyż rosyjskich ortodoksów.
– Wezwałem rezerwowy pułk. Możemy dopaść ich podczas ucieczki – powiedział pułkownik.
To tak wygląda uwieńczony powodzeniem atak? – pomyślał z niedowierzaniem Siergietow.
Mackall obserwował, jak na rosyjskie linie spadają dwie rakiety przeciwczołgowe. Jedna chybiła, ale druga była celna. Kiedy żołnierze Paktu Atlantyckiego cofnęli się o kolejne pięćset metrów, po obu stronach pokazało się jeszcze więcej dymu. Widzieli już wioskę, której bronili. Czołg sierżanta miał na swoim koncie pięć zniszczonych nieprzyjacielskich maszyn. On sam nie został jeszcze trafiony, ale bitwa przecież trwała. Włączyła się amerykańsko-niemiecka artyleria. Rosyjską piechotę w połowie już zniszczono i transportery opancerzone sprzymierzonych zjeżdżały ze stoku, próbując nawiązać z niedobitkami kontakt bojowy. Kiedy do walki włączył się trzeci pułk, wszystko wydawało się rozwijać pomyślnie. Na wzgórzu pojawiło się pięćdziesiąt czołgów. Przemknął nad nimi A-10 niszcząc dwa, ale w tej samej chwili samolot dosięgła rakieta klasy ziemia-powietrze. Płonący wrak spadł trzysta metrów od Mackalla.