Kolejna salwa z czołgów M-1 zniszczyła osiem radzieckich czołgów. Potem od strony wioski spadła na Rosjan ulewa amunicji, siejąc wśród nich straszliwe spustoszenie. Rosjanie zaatakowali skrzydłami i teraz mieli przed sobą wioskę pełną wyrzutni rakiet przeciwczołgowych; niemiecki pułkownik zastawił pułapkę, w którą wpadły radzieckie jednostki. W tej samej chwili z lewej i prawej strony wyjechały zza osady leopardy i zaatakowały będącego na odkrytej przestrzeni przeciwnika. Dowodzący osłoną lotniczą ponownie skierował na pozycje radzieckiej artylerii myśliwce bombardujące. Do walki włączyły się też myśliwce radzieckie, ale zaangażowane w walce z amerykańskimi i niemieckimi samolotami nie były w stanie dać wsparcia walczącym na ziemi jednostkom; a tam pojawiły się uzbrojone w rakiety niemieckie śmigłowce Gazelle. Rosyjskie czołgi strzelały na oślep, próbując rozpaczliwie nawiązać z przeciwnikiem równorzędną walkę. Amerykanie jednak byli dobrze okopani, zaś niemieckie wyrzutnie we wsi po każdej salwie zmieniały przezornie pozycje.
Mackall przesunął jeden pluton na prawą stronę, a drugi na lewą. Jego kanonier zlokalizował i zniszczył kolejny czołg dowódcy, po czym Niemcy oskrzydlili radziecką formację od północy i od południa. Sowieci mieli przewagę liczebną, lecz Niemcy poradzili sobie z nią, ostrzeliwując kolumnę czołgów potężnymi, 120-milimetrowymi działami. Radziecki dowódca natychmiast wysłał tam helikoptery, które miały utorować drogę ucieczki jego formacjom. Zaskoczyły Niemców zniszczeniem trzech czołgów, ale niebawem artyleria sojuszników zaczęła strącać maszynę po maszynie.
Nieoczekiwanie, w jednej chwili, Rosjanie mieli dosyć. Na oczach Mackalla siły radzieckie zawróciły w miejscu i, mając na plecach szarżujących Niemców, zaczęły się gwałtownie wycofywać. Podporucznik doskonale wiedział, że nikt nie dociśnie Rosjan tak, jak właśnie kreutze. Niebawem poprzednie linie obronne znów zostały odzyskane. Bitwa trwała prawie godzinę. W walce o Bieben niemal doszczętnie wybito dwie radzieckie dywizje piechoty zmotoryzowanej. Załoga czołgu otworzyła pokrywę włazu by przewietrzyć wnętrze pojazdu. Na podłodze walało się piętnaście łusek po pociskach. Sterujący ogniem komputer znów odmówił posłuszeństwa, ale mimo to Woody zniszczył jeszcze cztery następne czołgi; dwa z nich należały do radzieckich dowódców.
Podjechał jeep ze zwierzchnikiem.
– Mam trzy uszkodzone czołgi – zameldował Mackall. – Muszą iść do naprawy. – Twarz rozjaśnił mu szeroki uśmiech. – Nigdy nam nie odbiorą tego miasteczka.
– To Bundeswehra powstrzymała ostatecznie ich atak – skinął głową porucznik. – W porządku, proszę zluzować swoich ludzi.
– No cóż, kiedy szliśmy do ostatniego ataku, brakowało nam do kompletu pięciu pocisków.
– W ogóle zaczyna brakować amunicji. Nadchodzi dużo wolniej, niż się spodziewaliśmy.
Mackall zastanowił się chwilę; wnioski, do jakich doszedł, nie były wesołe.
– Więc niech ktoś powie tym niedojebom z marynarki, że powstrzymamy skurwieli, jeśli tylko będziemy mieli na czas odpowiednią ilość broni i amunicji.
Morris nigdy nie widział Hampton Roads tak zatłoczonej. W porcie stało na kotwicach co najmniej sześćdziesiąt statków handlowych, tuż obok nich zacumowane były okręty wojenne eskorty, które miały je poprowadzić przez ocean. Znajdowała się tam również pozbawiona głównego masztu „Saratoga". Sam maszt reperowano na nabrzeżu, podczas gdy na jednostce kończono naprawę licznych, mniej widocznych uszkodzeń. Nad portem krążyło w powietrzu wiele samolotów. Na niektórych okrętach pracowały radary poszukujące radzieckich łodzi podwodnych, aby te nie mogły w zgrupowane w porcie statki wystrzelić samosterujących pocisków dalekiego zasięgu.
„Pharris" zacumowany był przy magazynach paliwa, gdzie uzupełniał swoje zbiorniki oraz baki z benzyną dla helikoptera. Dostarczono już nowy pocisk ASROC oraz sześć rakiet z pasmami folii aluminiowej. Ponadto zaopatrzono okręt w żywność. Ed Morris już wcześniej przesłał do dowództwa raport z rejsu i teraz był właściwie wolny. Z jednym zastrzeżeniem: za dwanaście godzin miał wyruszyć w rejs. Za dwanaście godzin ponownie będzie płynął w eskorcie wiozącego ciężki sprzęt i amunicję konwoju, zmierzającego z szybkością dwudziestu węzłów do francuskich portów Le Havre i Brest.
Kapitan zapoznał się z raportami wywiadu marynarki wojennej. Sprawy wyglądały dużo gorzej. Na linii Grenlandia-Islandia-Zjednoczone Królestwo umieszczono dwadzieścia okrętów podwodnych Paktu Atlantyckiego, które miały próbować przejąć funkcję zniszczonej sieci SOSUS. Zniszczyły już wprawdzie pokaźną liczbę radzieckich łodzi podwodnych, ale poinformowały również, że kilka z nich przedostało się na ocean; Morris do każdej radzieckiej jednostki, która przedarła się przez linię obrony sprzymierzonych umieszczonej w raporcie, dodawał cztery lub pięć, o których nie wiedziano. W porównaniu z tym, co działo się teraz, rejs pierwszego konwoju był wyjątkowo bezpieczny. Poprzednio tych kilka radzieckich jednostek podwodnych na Atlantyku musiało płynąć do odległych celów pełną parą, co powodowało, że były głośne i łatwe do wykrycia. Obecnie sytuacja zmieniła się radykalnie. Na Atlantyku czaiło się już około sześćdziesięciu morderczych okrętów, z czego połowę stanowiły okręty atomowe. Morris, porównując stan liczebny radzieckiej floty podwodnej z ilością zniszczoną przez jednostki NATO, zastanawiał się w duchu, czy liczba sześćdziesiąt nie zawiera w sobie zbyt wiele optymizmu.
Ponadto istniały backfire'y, więc konwój miał płynąć trasą południową. Nadkładał w ten sposób całe dwa dni drogi, ale za to zmniejszał do minimum ryzyko spotkania z rosyjskimi bombowcami. Dla radzieckich maszyn te rejony leżały na granicy ich możliwości paliwowych. Ponadto na trzydzieści minut przed każdym przelotem radzieckiego satelity konwój miał zbaczać na zachód, aby zmylić wrogie okręty podwodne i bombowce.
Dodatkową osłonę stanowiły znajdujące się właśnie na morzu dwie grupy lotniskowców. Najwyraźniej planowano zastawić pułapkę na backfire'y. Lotniskowce popłyną okrężną drogą, aby uniknąć wykrycia przez satelity. Morris wiedział, że to możliwe, że to wyłącznie kwestia geometrii. Z drugiej strony jednak ograniczało to mocno pole manewru ogromnych okrętów; niemniej ich towarzystwo zapewniało obronę lotniczą przed okrętami podwodnymi. Kompromis, ale całe życie, wszystkie operacje wojenne, opierają się właśnie na kompromisach. Morris zapalił papierosa bez filtra. Zazwyczaj nie palił, ale w połowie drogi w tamtą stronę kupił w bezcłowej kantynie okrętowej karton papierosów. Nie stanowiły większego zagrożenia dla jego życia niż samo morze. Rosjanie zatopili już przecież dziewięć niszczycieli i fregat; w tym dwie jednostki z całą załogą.
Edwards zdążył już znienawidzić widniejące na mapie brązowe poziomice. Każda z nich oznaczała kolejne dwadzieścia metrów wysokości; sześćdziesiąt pięć coma sześć stóp. Czasami linie były rzadkie, odległe od siebie o kilka milimetrów. Gdzieś indziej prawie nakładały się na siebie, a porucznik myślał, że staną przed pionową ścianą. Pamiętał, jak pewnego razu odwiedził z ojcem Waszyngton i, zignorowawszy ustawionych w kolejce do windy turystów, wspięli się po schodach na samą górę stusiedemdziesięciometrowego pomnika Waszyngtona. Do celu dotarli zmęczeni lecz dumni. Obecnie wspinaczkę taką podejmował co półtorej godziny, z tym, że nie było tu gładkich schodów i czekającej na górze windy, która zwiozłaby go na dół… Na dole nie czekała taksówka, nie czekał hotel.
Od chwili opuszczenia obozu przed trzema godzinami przebyli już dziesięć poziomic – dwieście metrów, czy jak kto wolał sześćset pięćdziesiąt sześć stóp różnicy wzniesień, przedostając się z okręgu administracyjnego Skorradalshreppur do okręgu administracyjnego Lundarreykjadashreppur. Granicy między nimi nie oznajmiała żadna zielona tablica, ale Islandczycy wiedzieli, że jeśli już ktoś wędruje pieszo po ich kraju, to najwidoczniej w nim mieszka i nie potrzebuje wskazówek. Po dwóch kilometrach płaskiego terenu trafili na moczary pokryte – skałami i popiołem; w odległości siedmiu kilometrów widniało coś, co wyglądało na wygasły wulkan.