– Odpoczynek – zarządził Edwards.
Usiadł obok wysokiej na metr skałki i oparł się o nią plecami. Był zdziwiony, kiedy zbliżyła się do niego Vigdis. Usadowiła się naprzeciwko, metr dalej.
– No i jak samopoczucie?
Mikę natychmiast zauważył, że dziewczyna miała w oczach dużo więcej życia niż dotąd. Prawdopodobnie demony, które zagnieździły się w nich poprzedniego dnia, odeszły. Nie – pomyślał. – One już nigdy do końca nie odejdą. Ale i ja musiałem żyć z koszmarem, który zbladł dopiero z czasem. Czas leczy wszystkie rany. Chyba, że człowiek padnie ofiarą morderstwa.
– Zapomniałam podziękować ci za uratowanie życia.
– Nie mogliśmy przecież spokojnie obserwować, jak cię zabijają – odparł, zastanawiając się, czy przypadkiem nie kłamie. Nie był pewien, co by zrobili, gdyby Rosjanie zamierzali tylko wymordować mieszkańców farmy. Czy nie zaczekaliby do ich odejścia i potem sami nie splądrowaliby domu w poszukiwaniu potrzebnych rzeczy? Nadszedł czas prawdy.
– Nie zrobiłem tego dla ciebie; nie tylko dla ciebie.
– Nie rozumiem.
Edwards wyjął z kieszeni portfel i pokazał zrobione przed pięcioma laty zdjęcie.
– To Sandy. Sandra Miller. Mieszkaliśmy w jednym bloku i razem chodziliśmy do szkoły. Być może któregoś dnia zostałaby moją żoną – powiedział cicho.
A może i nie – dodał w duchu. – Ludzie się zmieniają.
– Poszedłem na Akademię Lotniczą, a ona na Uniwersytet Connecticut w Hartford. W październiku, kiedy byłem na drugim roku, zaginęła. Została zgwałcona i zamordowana. Tydzień później znaleziono ją w przydrożnym rowie. Facet, który to zrobił… nie udowodniono mu morderstwa Sandy, a wyłącznie gwałt dokonany na dwóch dziewczynach ze szkoły… no cóż, on przebywa obecnie w szpitalu dla wariatów. Powiedzieli, że jest umysłowo chory i nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Tak więc pewnego dnia uznają go zapewne za zdrowego i wypuszczą na wolność. A Sandy będzie w dalszym ciągu martwa. – Edwards spuścił wzrok i patrzył tępo w kamienie. – Nic nie mogłem zrobić. Nie jestem przecież gliną i znajdowałem się w odległości trzech tysięcy kilometrów. Ale w twoim przypadku było inaczej – mówił bezbarwnym tonem. – Tym razem było inaczej.
– Kochałeś Sandy? – zapytała Vigdis.
Jak na to odpowiedzieć? – pomyślał Mikę. – Wtedy, przed pięcioma laty, chyba tak. Ale czy uczucie to przetrwałoby do teraz? W końcu przez wszystkie te lata nie żyłeś w celibacie – powiedział sobie w duchu. Z drugiej strony, o niczym to nie świadczy, prawda? Popatrzył na fotografię, którą Sandy wysłała mu trzy dni przed śmiercią. W skrzynce na listy w Colorado Springs znalazł ją już po zgonie dziewczyny, jakkolwiek wieść o morderstwie jeszcze do niego nie dotarła. Ciemne, spadające na ramiona włosy, przechylona głowa, łobuzerski uśmiech, który tak łatwo przekształcał się w głośny śmiech… wszystko to przeminęło bezpowrotnie.
– Tak – znów bezbarwny, beznamiętny głos.
– A więc zrobiłeś to dla niej, prawda?
– Tak – skłamał Edwards.
Zrobiłem to dla siebie!
– Nie wiem nawet, jak się nazywasz.
– Mikę. Michael Edwards.
– Zrobiłeś to dla mnie, Michael. Dziękuję ci za życie.
Po raz pierwszy na twarzy Vigdis pojawił się cień uśmiechu. Położyła dłoń na jego dłoni. Palce miała delikatne i ciepłe.
OFIARY
– Najpierw myśleliśmy, że po prostu zjechali z drogi i spadli ze skał. To znaleźliśmy w samochodzie – major żandarmerii trzymał w ręku górną część potłuczonej butelki po wódce. – Ale podczas sekcji patolog odkrył…
Major ściągnął gumową płachtę, pod którą leżały potrzaskane zwłoki. W piersi ofiary widniała rana zadana nożem.
– A wyście mówili, towarzyszu generale, że Islandczycy to łagodne owieczki – zauważył sarkastycznie pułkownik KGB.
– Nie potrafimy dokładnie zrekonstruować przebiegu wypadków – ciągnął major. – W pobliżu miejsca katastrofy natknęliśmy się na zgliszcza, farmy. W popiołach leżały dwa ciała. Ludzi tych zastrzelono.
– Kim byli? – spytał generał Andriejew.
– Identyfikacja jest niemożliwa. Lekarz stwierdził tylko, że mostki mają podziurawione kulami. Strzały oddano z niewielkiej odległości. Nasi specjaliści dokładnie zbadali zwęglone zwłoki. Należały do kobiety i mężczyzny. Z dokumentów znajdujących się w miejscowym magistracie wynika, że na farmie żyło małżeństwo. Mieli córkę w wieku… – major zajrzał do notatek -…w wieku dwudziestu lat. Dziewczyny nie znaleźliśmy.
– A co z tym patrolem?
– Żołnierze jechali na południe nadbrzeżną autostradą…
– I nikt nie zauważył ognia? – spytał ostro pułkownik KGB.
– Tamtej nocy bardzo padało, a płonący samochód i farma znajdowały się poza linią horyzontu. Żołnierze z sąsiedniego posterunku nie mogli niczego zauważyć. Jak wiecie, towarzyszu, stan tutejszych dróg pozostawia wiele do życzenia, a górski teren utrudnia łączność radiową. Kiedy więc patrol się spóźniał, nikt na to nie zwracał szczególnej uwagi. Szczątki samochodu nie były widoczne z drogi, toteż dostrzegł je dopiero przelatujący nad szosą helikopter.
– A pozostali żołnierze? Jak zginęli? – chciał wiedzieć generał.
– W płonącym samochodzie eksplodowały ręczne granaty. Skutek był oczywisty. Trudno orzec prawdziwą przyczynę ich śmierci, z wyjątkiem sierżanta. Na tyle, na ile zdołaliśmy się zorientować, żadna broń nie zginęła. W samochodzie zostały wszystkie karabiny, ale brakowało kilku innych rzeczy: na przykład torby z mapami i paru drobnych przedmiotów, które powinny się tam znajdować. Być może wyrzucone siłą eksplozji wpadły do wody. Ale wątpię w to.
– Wnioski?
– Towarzyszu generale, trudno tu o jakieś wnioski. Sądzę, że żołnierze odwiedzili farmę, „osuszyli" butelkę, po czym zastrzelili gospodarzy i spalili dom. Córka ofiar zniknęła. Szukamy jej ciała. Potem na nasz patrol ktoś napadł, wymordował żołnierzy i upozorował wypadek drogowy. Musimy zatem przyjąć, że w okolicy kręci się jakaś uzbrojona banda bojowników ruchu oporu.
– Tu bym się z wami nie zgodził – oświadczył pułkownik KGB. – Nie doliczyliśmy się przecież wszystkich żołnierzy nieprzyjaciela. Sądzę, że ci „bojownicy ruchu oporu" to po prostu żołnierze NATO, którym udało się zbiec z Keflaviku. Zastawili na nasz patrol pułapkę, po czym zamordowali mieszkańców farmy, mając nadzieję, że podburzą przeciw nam opinię publiczną.
Generał Andriejew i major żandarmerii wymienili ukradkowe spojrzenia. Dowódcą patrolu był porucznik KGB. Czekiści żądali, by wszystkim patrolom towarzyszyli ich ludzie. Akurat mi tego potrzeba – pomyślał generał. Mało, że spadochroniarzy przydzielano do zajęć garnizonowych – co zawsze fatalnie wpływało na morale i dyscyplinę – ale dodatkowo pełnić musieli rolę dozorców więziennych.
W kilku przypadkach nawet dowodzili nimi prawdziwi dozorcy więzienni. Zapewne więc tamten młody, arogancki porucznik KGB – generał nigdy nie spotkał sympatycznego pracownika tej instytucji – postanowił się trochę rozerwać. Gdzie podziała się córka zamordowanych? Stanowiła zapewne klucz do całej zagadki. Ale nie rozwiązanie tej zagadki było sprawą najistotniejszą.