– Myślę, że powinniśmy przesłuchać okolicznych mieszkańców – oznajmił oficer KGB.
– Nie ma tam żadnych „okolicznych mieszkańców", towarzyszu – odparł major. – Popatrzcie na mapę. To była samotna farma. Najbliższa oddalona jest o siedem kilometrów.
– Ale…
– To nieważne kto i dlaczego zabił tych nieszczęśników. Ważne, że mamy w okolicy uzbrojonego przeciwnika – oświadczył Andriejew. – To sprawa wojska a nie naszych kolegów z KGB. Wyślę helikopter, który starannie przeczesze okolice farmy. Jeśli natkniemy się na jakąś grupę oporu, czy na coś w tym rodzaju, rozprawimy się z nią jak z każdym uzbrojonym wrogiem. Towarzyszu pułkowniku, jeżeli zdobędziemy jeńców, możecie ich potem przesłuchać. Od tej chwili również towarzyszący naszym patrolom ludzie z KGB pełnić będą wyłącznie funkcje obserwatorów, nie dowódców. Nie możemy ryzykować tego, by w warunkach bojowych decydowali ci, którzy nie mają o nich zielonego pojęcia. Pozwólcie, że porozmawiam zaraz z oficerem operacyjnym i ustalimy plan poszukiwań. Towarzysze, dziękuję za tę informację. Jesteście wolni.
Czekista chciał wprawdzie zostać, ale bez względu na to, czy pracował w KGB, czy też nie, był tylko pułkownikiem. Jedyną władzę sprawował tu generał.
Godzinę później helikopter bojowy MI-24 wzbił się w powietrze i odleciał w stronę spalonej farmy.
– Znowu? – zdziwił się Toland.
– A co to dzisiaj niedziela? – odparł kpiąco kapitan lotnictwa. – Dwadzieścia minut temu dwa pułki backfire'ów opuściły bazy. Jeśli chcemy przechwycić towarzyszące im tankowce powietrzne, musimy działać szybko.
W ciągu kilku minut w powietrze wzbiły się dwa samoloty EA-6E Prowler i ruszyły na północny zachód, by odnaleźć nieprzyjacielskie radary oraz nadajniki radiowe i zakłócić ich pracę. Najbardziej uderzającą cechą maszyn EA-6B – znanych popularnie pod niezbyt sympatyczną nazwą Queer (Odmieńców) – była kabina inkrustowana prawdziwym złotem, które zabezpieczało wrażliwe instrumenty zainstalowane na pokładach przed promieniowaniem elektromagnetycznym. Kiedy maszyny nabierały wysokości, piloci i oficerowie elektronicy, uwięzieni w swoich pozłacanych klatkach, pochłonięci byli pracą.
Dwie godziny później załogi namierzyły już ofiary i natychmiast przekazały przez radio współrzędne. Z pasa startowego w Stornoway zerwały się do lotu cztery tomcaty.
Pędzące na wysokości dziesięciu tysięcy metrów toccaty penetrowały dokładnie niebo po południowej i północnej stronie, tam, gdzie powinny znajdować się radzieckie tankowce powietrzne. Potężne amerykańskie radary poszukujące i kierujące pociskami wyłączono, więc piloci myśliwców przeczesywali niebo tylko za pomocą kamer telewizyjnych, zdolnych wykryć obcy samolot z odległości sześćdziesięciu paru kilometrów. Przejrzystość powietrza była idealna, a niebo pokryte nielicznymi, wysokimi cirrusami. Tomcaty nie zostawiały za sobą smug kondensacyjnych, które mogłyby zdradzić przeciwnikowi ich obecność. Maszyny mknęły szerokimi, łagodnymi łukami, a piloci co dziesięć sekund przenosili wzrok z instrumentów pokładowych na horyzont, by po chwili znów skupić się na wskazaniach aparatury.
– Popatrz, tutaj… – odezwał się dowódca eskadry do operatora broni. Zajmujący tylne siedzenie oficer nakierował kamerę telewizyjną na obcy obiekt.
– Chyba badger.
– Nie sądzę, by był sam. Poczekajmy.
– Racja.
Bombowiec znajdował się w odległości ponad sześćdziesięciu kilometrów. Niebawem pojawiły się następne, a chwilę potem kolejna maszyna, ale już dużo mniejsza.
– Myśliwiec. Czyżby aż tak daleko towarzyszyła im eskorta? Naliczyłem w sumie… sześć celów – operator broni poprawił pasy i włączył urządzenia sterujące rakietami. – Broń gotowa! Najpierw myśliwce?
– Najpierw myśliwce. Oświetlaj je – odparł pilot i włączył radio.
– Dwójka, tu Prowadzący. Mamy cztery tankowce i dwójkę myśliwców na kursie zero-osiem-pięć, czterdzieści mil na zachód od mojej pozycji. Nawiązujemy kontakt bojowy. Naprzód!
– Przyjąłem. Naprzód, Prowadzący.
Oba myśliwce przechwytujące wykonały ostry skręt przy całkowicie otwartych przepustnicach. Prowadzący szyk włączył radar. Zidentyfikowali już dwa myśliwce i cztery tankowce powietrzne. Dwa pierwsze phoenixy miały uderzyć w myśliwce.
– Ognia!
Obie rakiety opuściły klamry i włączyły silniki. Rosyjskie bombowce wykryło promieniowanie amerykańskich radarów AWG-9, więc próbowały uciekać. Myśliwce, które je eskortowały, nabrały pełnej szybkości i uaktywniły własne systemy elektroniczne sterujące rakietami, ale bojowe maszyny nieprzyjaciela znajdowały się jeszcze poza zasięgiem ich pocisków. Obie radzieckie maszyny włączyły radiostacje zagłuszające i, wykonując skomplikowane ewolucje, zbliżały się do Amerykanów z nadzieją, że użyją swoich rakiet. Nie mogły bawić się w finezyjne manewry, bo miały na to za mało paliwa. Ponadto ich głównym zadaniem było trzymać obce myśliwce jak najdalej od tankowców powietrznych.
Phoenixy pędziły z szybkością pięciu machów i w ciągu niecałej minuty dotarły do celów. Jeden z pilotów myśliwskich w ogóle nie zauważył nadlatującej rakiety. Na niebie pojawił się po prostu nieoczekiwanie czerwono-czarny obłok. Pilot sąsiedniego samolotu dostrzegł niebezpieczeństwo i rzucił się na drążki sterownicze na sekundę przed tym, jak eksplodowała rakieta. Pocisk chybił, ale jego odłamki rozdarły prawe skrzydło maszyny. Pilot rozpaczliwie próbował zapanować nad sterami samolotu, ale ten mimo to powoli spadał.
Lecące za myśliwcami tankowce powietrzne rozdzieliły się; dwa z nich skierowały się na północ, a dwa na południe. Prowadzący tomcat zajął się parą podążającą na północ i za pomocą phoenixów zestrzelił obie maszyny. Jego towarzysz skierował się w stronę przeciwną i też wystrzelił dwie rakiety. Trafiła tylko jedna. Drugą zmyliła aparatura zagłuszająca badgera. Tomcat jednak, który utrzymywał już z ofiarą kontakt wzrokowy, kontynuował pościg i wystrzelił następny pocisk. AIM-54 poleciał prosto do celu i eksplodował zaledwie trzy metry od ogona badgera. Radziecki bombowiec znikł po prostu w grzmiącym rozbłysku pomarańczowego ognia.
Amerykańskie myśliwce zaczęły z kolei przeczesywać niebo w poszukiwaniu dalszych ofiar. Sześć badgerów znajdowało się w odległości stu mil, ale, poznawszy los swoich towarzyszy, natychmiast odleciały na północ. Tomcatom brakowało paliwa by kontynuować pościg. Zawróciły więc i w godzinę później, z pustymi prawie bakami, lądowały w Stornoway.
– Pięć strąconych i jeden uszkodzony – zameldował Tolandowi dowódca eskadry. – Miał pan rację.
– Tym razem – Toland był bardzo z siebie rad.
Lotnictwo marynarki Stanów Zjednoczonych z powodzeniem ukończyło swą pierwszą akcję zaczepną. Teraz kolej na następną. Dotarła właśnie wiadomość o nalocie backfire'ów. Zaatakowały one konwój w pobliżu Azorów i dwójka tomcatów czekała już w odległości dwustu mil na południe od Islandii. Miały zaatakować wracające z zadania radzieckie maszyny.
– Nasze straty są przerażające – oświadczył generał dowodzący radzieckim lotnictwem pierwszego uderzenia.
– Poinformuję o tym żołnierzy z dywizji piechoty zmotoryzowanej – odparł chłodno Aleksiejew.
– Są prawie dwukrotnie większe od zakładanych.
– U nas też. Ale moi żołnierze przynajmniej walczą. Obserwowałem szturm. Przysłaliście nam cztery myśliwce atakujące. Cztery!