Выбрать главу

– Bardzo dobrze.

„Pharris" wychodząc ze sprintu dwudziestu pięciu węzłów, zredukował prędkość i zaczął dryfować. Holowana antena sonarowa mogła teraz wykryć obcy okręt podwodny. Morris siedział w fotelu na mostku i odbierał depesze z wybrzeża. Potarł powieki i zapalił kolejnego pallmalla.

– Mostek – odezwał się zaniepokojonym głosem obserwator. – Z prawej burty peryskop! W połowie odległości od horyzontu!

Morris natychmiast przyłożył do oczu lornetkę. Nic nie dostrzegł.

– Stanowiska bojowe! – rozkazał pierwszy oficer.

Gdy w chwilę potem rozległy się dzwonki alarmu, załoga hurmem ruszyła na wyznaczone posterunki. Morris zarzucił lornetkę na szyję i zbiegł po drabince do centrum informacji bojowej.

Kiedy zajął już swoje miejsce, na ekranie sonaru po lewej stronie pojawił się tuzin punkcików. Nic. W powietrze wzbił się helikopter, a fregata manewrowała, kierując się na północ. Antena holowana poszukiwała kontaktu.

– Kontakt na sonarze biernym. Prawdopodobnie okręt podwodny. Pozycja: zero-jeden-trzy – oznajmił operator anteny. – Dźwięk silników, prawdopodobnie boomer.

– U mnie nic – poinformował operator sonaru aktywnego.

Morris, w towarzystwie oficera dowodzącego zwalczaniem okrętów podwodnych, obserwował uważnie wskazania panujących w morzu warunków. Na głębokości prawie siedemdziesięciu metrów mieli interklinę. Poniżej umieścili hydrolokator pasywny. Pozwalał on usłyszeć okręt podwodny, którego nie był w stanie wykryć aktywny sonar. To, co ujrzał obserwator, mogło być równie dobrze strumieniem wody wyrzucanej przez wieloryba – akurat była pora parzenia się tych garbusów – jak i spienioną smugą kilwatera zostawioną przez peryskop wrogiej jednostki. Jeśli był to rzeczywiście okręt, miał wiele czasu, by schronić się pod interklinę. Cel znajdował się zbyt blisko, by namierzył go odbity od dna impuls; i za daleko, by sonar wykrył go pod warstwą.

– Mniej niż pięć mil, więcej niż dwie – oznajmił dowódca zwalczania okrętów podwodnych. – Jeśli to rzeczywiście Rosjanie, to mamy do czynienia z niezłą załogą.

– Wspaniale. Wysłać helikopter – polecił kapitan.

Morris z uwagą śledził nakres. Okręt podwodny mógł usłyszeć fregatę, kiedy ta była w sprincie i płynęła z szybkością dwudziestu pięciu węzłów. Teraz jednak, kiedy zwolniła i posuwała się z włączonym systemem Preria/Maska, była bardzo trudna do wykrycia… i wszelkie kalkulacje tamtego kapitana musiały wziąć w łeb. Niemniej wróg czaił się niebezpiecznie blisko. Wiadomość o kontakcie przesłana została drogą radiową do dowódcy eskorty, który znajdował się na pokładzie okrętu oddalonego o dwadzieścia mil. Sea sprite zrzucił pławy sonarowe. Mijały minuty.

– Mam słaby sygnał na szóstce i średni na czwórce – odezwał się podoficer odpowiedzialny za pławy sonarowe. Morris nie odrywał wzroku od nakresu. Wynikało z niego, iż cel znajduje się w odległości niecałych trzech mil.

– Spuścić aktywne sonary – polecił.

Stojący z tyłu oficer ogniowy polecił uzbroić wyrzutnię rakiet ASW. W odległości trzech mil helikopter zrzucił trzy aktywne bezkierunkowe pławy CASS.

– Kontakt. Bardzo silny sygnał na dziewiątce. Prawdopodobnie okręt podwodny.

– Mam go, współrzędne: zero-jeden-pięć. Mam pozytywny kontakt z okrętem podwodnym – odezwał się operator anteny holowanej. – Zwiększa szybkość. Słyszę dźwięki kawitacyjne. Okręt podwodny o pojedynczej śrubie, zapewne klasy Victor. Pozycja zmienna.

Sonar aktywny ciągle milczał, mimo iż z całą mocą bombardował impulsami miejsce, gdzie powinien znajdować się cel. Rosjanin zdecydowanie musiał tkwić pod inter kliną. Morris chciał początkowo ruszyć w tamtą stronę, ale się powstrzymał. Tak radykalny skręt sprawiłby, że holowana antena sonarowa przez kilka minut byłaby bezużyteczna i w tym czasie musiałby polegać wyłącznie na pławach, a Morris bardziej ufał antenie niż tym umieszczonym w morzu urządzeniom.

– Współrzędne kontaktu: zero-jeden-pięć. Stałe… poziom hałasu nieco opadł – operator wskazał ekran.

Morris był zaskoczony. Czyżby cel, który dotąd nieustannie zmieniał pozycje, nagle znieruchomiał?

Ponownie nadleciał helikopter. Kolejna pława sonarowa potwierdziła kontakt, ale detektor anomalii magnetycznych pozostał głuchy. Kontakt z celem zanikał. Hałas cichł. Co ten typek kombinuje? – zastanawiał się Morris.

– Peryskop z prawej burty – zaskrzeczał głośnik.

– To nie to miejsce, sir… chyba, że tropiliśmy generator szumów.

Oficer ASW uruchomił aktywny sonar i skutek nie kazał na siebie długo czekać. Na ekranie lampy oscyloskopowej pojawił się jaskrawy wyskok.

– Kontakt. Współrzędne: trzy-cztery-pięć. Odległość: piętnaście tysięcy metrów.

– Ster, cała prawo – krzyknął Morris. Łódź podwodna w jakiś sposób wymknęła się spod obserwacji sonaru holowanego, wypłynęła ponad interklinę i wysunęła peryskop. A to mogło znaczyć tylko jedno.

– Efekty hydrofoniczne… torpedy w wodzie. Współrzędne: trzy-pięć-jeden!

Oficer ogniowy natychmiast polecił wystrzelić w tamtym kierunku torpedę, mając nadzieję, że zakłóci tym atak łodzi. Jeśli rosyjskie pociski były kierowane przewodowo, radziecki kapitan musiał przeciąć kable, by móc manewrować i uniknąć wystrzelonej przez Amerykanów torpedy.

Morris, wspiąwszy się szybko po drabince, wrócił namostek. Okrętowi podwodnemu udało się w jakiś sposób zerwać kontakt i ponownie wejść na pozycję strzelecką. Fregata natychmiast zmieniła kurs i szybkość, próbując tym zmylić komputer sterujący ogniem nieprzyjaciela.

– Widzę torpedę! – odezwał się pierwszy oficer, wskazując dziób okrętu Radziecki pocisk zostawiał na powierzchni morza białą smugę piany. Tego Morris kompletnie się nie spodziewał, toteż jak urzeczony obserwował morderczą broń. Fregata wykonała gwałtowny skręt.

– Mostek. Widzę dwie torpedy. Współrzędne stałe: trzy-pięć-zero. Zbliżają się – odezwał się nieoczekiwanie oficer taktyczny. – Obie wysyłają impulsy ultradźwiękowe. Wypuściliśmy nixie.

Morris podniósł słuchawkę telefonu.

– Proszę przesłać dowództwu eskorty raport o sytuacji.

– Raport już przesłany, kapitanie. Lecą nam na pomoc dwa śmigłowce.

Uciekając przed torpedami, „Pharris" płynął już z prędkością dwudziestu węzłów i cały czas przyspieszał. Należący do fregaty helikopter unosił się za rufą i podejmował rozpaczliwe wysiłki, by namierzyć detektorem anomalii magnetycznych radziecką jednostkę.

Przed dziobem okrętu przemknęła torpeda i w chwilę później zza rufy dobiegł huk eksplozji. Kiedy pierwsza rosyjska „rybka" trafiła w nixie, urządzenie przywabiające torpedy, w powietrze wystrzelił wysoki na prawie siedemdziesiąt metrów strumień wody. Amerykanie jednak wystrzelili tylko jedną nixie, a w ich stronę pędził już kolejny pocisk.

– Cała w lewo – polecił bosmanowi Morris. – Centrum bojowe, jaka sytuacja?

– Niejasna, sir. Pławy sonarowe odbierają dźwięk tylko naszej torpedy, nic więcej.

– Dostanie nas – odezwał się pierwszy oficer, wskazując białą smugę na wodzie, niecałe dwieście metrów od okrętu. Torpeda, która widocznie nie trafiła we fregatę za pierwszym razem, zawróciła. Urządzenia naprowadzające pocisku działały tak długo, jak długo pocisk dysponował paliwem.

Morris nic już nie mógł zrobić. Torpeda nadchodziła od lewej burty, więc gdyby skręcił w prawo, większa część okrętu wystawiona by została na cel. Znajdująca się poniżej wyrzutnia rakiet do zwalczania jednostek podwodnych skierowała swą paszczę w lewo, w stronę przypuszczalnej pozycji obcej jednostki, ale bez rozkazu operator nie nacisnął spustów. Biała smuga była coraz bliżej. Morris wychylił się za barierkę i z niemą wściekłością obserwował zbliżający się od dziobu pocisk. Już nie mógł nie trafić.