– Kapitanie, na ziemię! – bosman Clarke chwycił Morrisa za ramię i z całej siły pchnął go na pokład. Kiedy wyciągał rękę w stronę pierwszego oficera, pocisk uderzył.
Wstrząs był tak silny, że uniósł Morrisa na trzydzieści centymetrów. Ale eksplozji kapitan nie usłyszał, gdyż, kiedy ponownie spadał na stalowy pokład, zalała go kaskada białej wody. Z impetem wyrżnął w jedną z podpór pokładowych i w pierwszej chwili pomyślał, że gwałtowny strumień wypchnął go za burtę. Kiedy się podniósł, ujrzał pierwszego oficera – pozbawione głowy ciało leżące pod drzwiami sterowni. Skrzydło mostka zostało strzaskane, a jego wykonane z grubej stali osłony poszarpane odłamkami. W sterowni nie było jednego całego okna. Potem zobaczył rzecz jeszcze gorszą.
Torpeda trafiła fregatę tuż za znajdującym się na dziobie sonarem. Eksplozja roztrzaskała dziób i oderwała kil. Forkasztel znajdował się na równi z lustrem wody, a straszny zgrzyt metalu mówił kapitanowi, że cały dziób odrywa się właśnie od kadłuba. Morris, zataczając się jak pijany, przeszedł na mostek i przez telegraf pokładowy wydał rozkaz: maszyny stop. Nie zauważył nawet, że inżynierowie dawno już to zrobili i okręt sunął do przodu jedynie siłą rozpędu. Na oczach Morrisa dziób odchylił się dziesięć stopni w stronę prawej burty. Podstawę przedniego działa zalewała już woda, toteż obsługa próbowała przedostać się na tył okrętu. Ale poniżej podstawy również byli ludzie i Morris dobrze wiedział, że ci już nie żyją. Miał tylko nadzieję, że umarli natychmiast; że uwięzieni w tonącej, stalowej pułapce nie topili się powoli. Jego ludzie. Ilu ich było na posterunkach bojowych rozrzuconych jeszcze przed wyrzutnią rakiet do zwalczania okrętów podwodnych?
Wtedy dziób oderwał się całkowicie. Wśród przeraźliwego zgrzytu metalu od okrętu oddzieliła się dwudziestometrowej długości część kadłuba. Zaczęła dryfować swobodnie po wodzie niczym niewielka góra lodowa. Zostawała stopniowo z tyłu, uderzała co chwila w rufę. W wodoszczelnych drzwiach fragmentu pojawiła się jakaś ludzka postać. Skoczyła do wody i zaczęła szybko oddalać się od dryfującego swobodnie dziobu.
Załoga na mostku przeżyła; ludzie byli wprawdzie pokaleczeni odłamkami szkła, ale czuwali na wyznaczonych stanowiskach. Szef Clarke obrzucił bacznym spojrzeniem sterownię, po czym ruszył na pomoc marynarzom z oddziałów ratowniczych. Nadbiegały właśnie grupy awaryjne z gaśnicami przeciwpożarowymi i aparaturą do spawania. Przede wszystkim zbadano uszkodzenie burty, by sprawdzić, ile wody mogło się wdzierać na okręt. Morris podniósł słuchawkę interkomu i wykręcił numer centrali obrony przeciwawaryjnej okrętu.
– Proszę o raport! – polecił.
– Woda sięga do wręgi trzydziestej szóstej, ale okręt powinien utrzymać się na powierzchni; w każdym razie przez jakiś czas. Nie zanotowaliśmy pożaru. Czekamy na następne meldunki.
Morris wykręcił kolejny numer.
– Centrum bojowe, poinformować dowódcę eskorty, że zostaliśmy trafieni i potrzebujemy pomocy.
– To już zrobione, sir. „Gallery" płynie w naszą stronę. Okręt podwodny chyba uciekł. Wszyscy go szukają. Sam wstrząs też poczynił pewne szkody. Nie działają radary. Sonar dziobowy zniszczony. Wyrzutnia rakiet ASW zniszczona. Sonar holowany działa, a wyrzutnia marków-32 jest w pełni sprawna… chwileczkę… dowództwo eskorty przesyła nam holownik, sir.
– W porządku, proszę przejąć dowodzenie. Idę na dół obejrzeć szkody.
Przejąć dowodzenie; dobre sobie! – pomyślał Morris. – Jak można dowodzić jednostką, która się nie porusza? Minutę później był już pod pokładem i obserwował, jak ludzie próbują podstemplować grodzie drewnianymi tarcicami.
– Ta jest całkiem w porządku, sir, ale następną podziurawiło jak sito. Nie uda się jej tak łatwo załatać. Kiedy dziób się oderwał, wszystko musiało się wypaczyć – oficer chwycił marynarza za ramię. – Idź do magazynu awaryjnego i przynieś więcej tych cztery na cztery!
– Czy ta jedna wytrzyma?
– Nie wiem. Clarke sprawdza samo dno. Musimy chyba dospawać kilka łat i usztywniaczy. Proszę dać mi jeszcze dziesięć minut, a wtedy powiem, czy utrzymamy się na wodzie, czy też nie.
Zjawił się Clarke. Oddychał ciężko.
– W wewnętrznych dnach przepuszcza grodź. Pęknięcie jest niewielkie, ale woda wdziera się silnym strumieniem. Pompy pracują; na razie dają sobie radę. Myślę, że będzie tam trzeba wszystko podstemplować i musimy się z tym pośpieszyć.
Oficer grup awaryjnych natychmiast ruszył tam ze spawaczami. Kiedy pojawiło się dwóch marynarzy z przenośną pompą, Morris też posłał ich na dół.
– Ile osób zginęło? – spytał Clarke'a, który dziwacznie podtrzymywał swoje ramię.
– Załoga pięciocalowego działa uszła z życiem, ale nie widziałem nikogo z niższych poziomów… Cholera, musiałem sobie coś złamać – Clarke popatrzył na prawą rękę i ze złością potrząsnął głową. – Z dziobu niewiele chyba ocalało. Wodoszczelne drzwi wypaczyły się i zablokowały wyjście.
– Z tą ręką natychmiast do lekarza – rozkazał Morris.
– Pieprzyć rękę, kapitanie. Tu jestem potrzebny.
Marynarz miał rację. Morris ruszył na górny pokład. Clarke mu towarzyszył.
Z mostka połączył się z maszynownią. Dźwięk, jaki dobiegł ze słuchawki, wszystko właściwie wyjaśniał. Inżynier musiał wrzeszczeć do mikrofonu, by przekrzyczeć świst uciekającej pary.
– Wstrząs poczynił tu duże szkody, kapitanie. W kotle numer jeden podziurawione przewody odprowadzające parę. Dwójka powinna pracować, ale odkręcę na wszelki wypadek zawory bezpieczeństwa. Generatory diesla są sprawne. Mam kilku rannych. Wysyłam ich na górę. Właśnie… dobra, dobra… właśnie sprawdziliśmy kocioł numer dwa. Kilka drobnych przecieków, z tym szybko się uporamy. Pozostałe urządzenia chyba w porządku. Za kwadrans wszystko powinno być gotowe.
– To świetnie – Morris odwiesił słuchawkę.
„Pharris" martwo spoczywał na wodzie. Przez otwarte klapy bezpieczeństwa para wpadała do masywnych przewodów kominowych, wydając przeraźliwy, zgrzytliwy ton; zupełnie jakby okręt płakał z bólu. W miejscu, gdzie został odcięty dziób, zwisały płaty metalu i przewody. Woda wokół pełna była ropy wyciekającej z przebitych zbiorników z paliwem. Morris dopiero teraz zauważył, że fregata jest przechylona w stronę rufy i pokład ucieka mu spod nóg. Kapitan zdawał sobie sprawę, że musi czekać na kolejny raport grup przeciwawaryjnych. Ranni znajdowali się już pod opieką lekarzy. Dowódca podniósł słuchawkę telefonu i połączył się z centrum informacji bojowej.
– Centrum, tu mostek. Co z okrętem podwodnym?
– Helikopter z „Gallery" wystrzelił w jego kierunku torpedę, ale bez skutku. Wygląda na to, że Rosjanin ucieka na północny wschód, ale od pięciu minut nie mamy żadnych wiadomości. Do poszukiwań włączył się orion.
– Niech lepiej szukają blisko nas. Taki facet nie ma zwyczaju uciekać, jeśli nie musi. Mógł po prostu wpłynąć w środek konwoju. Proszę przekazać tę uwagę dowódcy eskorty.
– Tak jest, kapitanie.
Nie zdążył jeszcze odłożyć słuchawki, kiedy aparat ponownie się rozdzwonił.
– Tu kapitan.
– Nie zatonie, sir – poinformował oficer grup przeciwawaryjnych. – Łatamy właśnie grodzie. Robimy to wprawdzie prowizorycznie, ale pompy radzą sobie ze skutkami przecieków. Jeśli tylko nie przydarzy się nic złego, dociągniemy do domu. Czy przyślą holowniki?
– Tak.
– Sir, niech liny doczepią do rufy.
– Racja – Morris popatrzył na Clarke'a. Proszę wziąć większą grupę ludzi na rufę. Hol zaczepimy właśnie tam. Umocujcie go. Potem niech motorówka poszuka rozbitków. A rękę niech pan weźmie na temblak.