– Towarzyszu generale, jak waszym zdaniem rozwinie się sytuacja? – spytał cicho kapitan.
– Spytajcie mnie o to za kilka godzin – odparł generał.
Rozciągająca się za nimi dolina rzeki stanowiła ląd stratowany żołnierskimi butami i zryty gąsienicami czołgów.
Znajdowali się zaledwie trzydzieści kilometrów od granicy, a wedle założeń czołgi Armii Czerwonej miały w Holle pojawić się już drugiego dnia wojny. Aleksiejew zmarszczył brwi. Zastanawiał się, jakiż to geniusz sztabowy wymyślił taki termin. Okazało się, że znów nie doceniono czynnika ludzkiego. Aleksiejew nie spotkał się w życiu z takim morale i duchem walki, jaki przepełniał Niemców. Generał pamiętał opowieści ojca o walkach na Ukrainie i w Polsce, ale nie traktował ich serio… aż do teraz. Niemcy walczyli o każdy kamień, o każdą piędź ojczystej ziemi; jak wilki bronili swych siedzib i cofali się tylko w ostateczności.
Kontratakowali przy każdej okazji, chwytali się każdego dostępnego środka, zadając rwącym do przodu rosyjskim jednostkom krwawe ciosy.
Radziecka doktryna wojenna zakładała ciężkie straty. Wojna ofensywna wymagała kosztownego, frontalnego uderzenia, które miało przerwać front – ale jak dotąd nic takiego nie nastąpiło. Wymyślna broń, jaką dysponowały wojska NATO, bezpieczne, świetnie przygotowane pozycje obronne zatrzymywały każde kolejne radzieckie natarcie. Ataki zachodniego lotnictwa na tyły sowieckich wojsk zadawały nieprawdopodobne straty radzieckiej artylerii i drenowały jednocześnie siły rezerwowych jednostek rosyjskich, które miały wesprzeć atak i włączyć się do decydującej rozgrywki.
A jednak Armia Czerwona idzie do przodu i Pakt Atlantycki płaci za to wysoką cenę – pocieszał się w duchu Aleksiejew. Rezerwy Zachodu topniały w oczach, zaś siły niemieckie nie były już tak ruchliwe, jak obawiał się i częstokroć prowadziły wojnę pozycyjną zamiast atakować radzieckie jednostki w ruchu. Naturalnie – myślał generał. – Nie mają wystarczająco rozległego terytorium, by grać na zwłokę.
Popatrzył na zegarek.
Kiedy rosyjska artyleria rozpoczęła ostrzał, rozciągający się poniżej las spowiła kurtyna ognia. Potem włączyły się wielolufowe wyrzutnie rakietowe i poranne niebo ciąć zaczęły smugi płomienia. Aleksiejew skierował lornetkę w dolinę. Wzdłuż linii obronnych NATO wykwitały pomarańczowo-białe rozbłyski eksplozji. Generał znajdował się zbyt daleko, by dostrzec szczegóły, ale cały teren liczący wiele kilometrów kwadratowych zapłonął w jednej chwili jakby setkami ogromnych neonów, w jakich tak lubował się Zachód. Nad głową rozległ się ryk motorów i Aleksiejew ujrzał pierwsze myśliwce bombardujące, które mknęły na pole walki.
– Dzięki wam, towarzyszu generale – westchnął z ulgą Aleksiejew.
Naliczył co najmniej trzydzieści maszyn Sukboi i Mig. Leciały tuż nad ziemią, kierując się w stronę linii frontu. Wykrzywił twarz w pełnym zdecydowania uśmiechu i ruszył w stronę bunkra dowództwa.
– Nadchodzą pierwsze jednostki – oznajmił pułkownik.
Na zbitym z nie heblowanych desek i ustawionym na koziołkach blacie leżała mapa taktyczna popstrzona naniesionymi flamastrem symbolami. Czerwone strzałki rozpoczynały swój marsz w stronę niebieskich kresek. Uaktualnianiem mapy zajmowali się porucznicy. Każdy z nich miał na uszach słuchawki, dzięki czemu cały czas pozostawał w ciągłym kontakcie z kwaterami poszczególnych pułków. Oficer utrzymujący łączność z jednostkami rezerwowymi stał w pewnej odległości od stołu, palił papierosy i przyglądał się marszowi czerwonych strzałek. Jeszcze dalej dowódca 8. Gwardyjskiej Armii w milczeniu obserwował rozwijający się atak.
– Napotykamy pewien opór. Ogień artylerii i czołgów nieprzyjaciela – poinformował porucznik.
Eksplozje zakołysały bunkrem. W odległości dwóch kilometrów niemieckie phantomy zniszczyły cały radziecki, batalion ruchomych dział.
– Nieprzyjacielskie myśliwce – ostrzegł trochę zbyt późno oficer obrony przeciwlotniczej.
Kilka osób popatrzyło bojaźliwie na belki wspierające strop bunkra. Aleksiejew nie uniósł twarzy. Bomby Paktu Atlantyckiego mogły wszystkich zabić w mgnieniu oka. Mimo że cieszył się z awansu na zastępcę głównodowodzącego teatrem wojny, tęsknił do czasów, kiedy stał na czele zwykłej dywizji bojowej. Tutaj był tylko obserwatorem, czuł zaś, że łatwiej byłoby mu znieść, gdyby to bezpośrednio od niego zależało.
– Artyleria donosi, że spadł na nią silny ogień z baterii przeciwnika oraz że jest przedmiotem ataków z powietrza. Nasze wyrzutnie rakietowe ostrzeliwują wrogie maszyny, które pojawiły się na tyłach 57. Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej – odezwał się oficer obrony przeciwlotniczej.- Nad linią walk bardzo dużo nieprzyjacielskich samolotów.
– Nasze myśliwce weszły w kontakt bojowy z maszynami NATO – poinformował oficer lotnictwa pierwszego uderzenia. Potrząsnął ze złością głową. – Nasze SAM-y strącają własne myśliwce.
– Przekażcie jednostkom, by dokładniej identyfikowały cele! – wrzasnął Aleksiejew do oficera obrony przeciwlotniczej.
– Nad linią frontu mamy pięćdziesiąt samolotów. Sami sobie poradzimy z myśliwcami Paktu Atlantyckiego – odkrzyknął oficer lotnictwa pierwszego uderzenia.
– Przekazać bateriom SAM-ów, by strzelały tylko do celów, które znajdują się powyżej tysiąca metrów – rozkazał Aleksiejew.
Problem ten przedyskutował był przecież poprzedniej nocy z dowódcą lotnictwa pierwszego uderzenia. Piloci migów mieli trzymać się dużej wysokości; samolotami NATO, które bezpośrednio zagrażały jednostkom lądowym, zajmować się powinny baterie rakiet i dział. Czemu więc działa trafiają we własne maszyny?
Dziesięć tysięcy metrów nad Renem dwa samoloty E-3A należące do Paktu Atlantyckiego walczyły o życie. Rosjanie przypuścili zdecydowany atak i w stronę zachodnich maszyn mknęły z pełną prędkością dwa pułki myśliwców przechwytujących Mig-23. Samoloty NATO rozpaczliwie wzywały pomocy przez radio. Obie maszyny przeszkodziły myśliwcom radzieckim w wykonaniu głównego zadania. Nie zważając na niebezpieczeństwo, Rosjanie uruchomili potężne radiostacje zagłuszające i mknęli na zachód z szybkością przekraczającą tysiąc sześćset kilometrów na godzinę. Amerykańskie F-15 eagle i francuskie odrzutowce Mirage skupiły całą uwagę na nadlatujących samolotach i wypełniły niebo pociskami. Ale to nie wystarczyło. Kiedy migi znajdowały się już w odległości stu kilometrów, AWACS-y wyłączyły radary i znurkowały w kierunku ziemi, szukając tam ocalenia. Znajdujące się nad Bad Salzdetfurth myśliwce NATO pozbawione zostały przewodnictwa radiolokacyjnego. Po raz pierwszy Rosjanie podczas wielkiej bitwy uzyskali przewagę w powietrzu.
– Sto Czterdziesty Trzeci Gwardyjski Pułk Piechoty donosi, że przełamał linie niemieckie – powiedział porucznik, nie podnosząc głowy znad mapy, na której przedłużał właśnie czerwone strzałki. – Nieprzyjacielskie jednostki wycofują się w popłochu.
– Sto Czterdziesta Piąta potwierdza wiadomość – oznajmił inny. – Pierwsza linia niemieckiej obrony sforsowana. Posuwające się na południe wzdłuż trakcji kolejowej… Jednostki wroga uciekają. Nie przegrupowują się, nie próbują ponownie stawiać oporu.
Dowodzący 8. Gwardyjską Armią generał spojrzał z triumfem na Aleksiejewa.