– Niech rusza dywizja czołgów!
Dwie niepełne niemieckie brygady broniące tego odcinka poniosły ogromne straty w walce z przeważającymi siłami wroga. Zbyt wielu ludzi zginęło, zbyt wielkie były straty w sprzęcie; jedynym wyjściem okazała się ucieczka w nadziei, że za autostradą 243 uda się sformować nową linię obrony. Z odległego o cztery kilometry Hackenstecft ruszyła szosą 20 Gwardyjska Dywizja Czołgów. Trzysta ciężkich bojowych maszyn T-80 i kilkaset towarzyszących im transporterów opancerzonych z piechotą przypuściło atak szeroką linią, prąc do przodu wzdłuż drogi w pułkowych szykach. 20. Dywizja Czołgów należała do grup operacyjno-manewrowych 8. Gwardyjskiej Armii. Od chwili wybuchu wojny Rosjanie robili wszystko, by któraś z tych potężnych jednostek wdarła się na tyły linii obronnych Paktu Atlantyckiego. Teraz to stało się możliwe.
– Dobrze zrobione, towarzyszu generale – powiedział Aleksiejew.
Mapa wyraźnie pokazała, że Rosjanie dokonali głównego przełomu. Trzy z czterech dywizji piechoty zmotoryzowanej weszły głęboko poza linie niemieckiej obrony.
W zaciekłej, trwającej piętnaście minut walce powietrznej migi za cenę utraty dziewiętnastu własnych samolotów strąciły jednego AWACS-a i trzy myśliwce Eagle. Drugi amerykański samolot radiolokacyjny, który wyszedł z opresji obronną ręką, sto trzydzieści kilometrów za Renem ponownie wzbił się wysoko w niebo. Na pokładzie operatorzy radarowi pracowali gorączkowo, by znowu przejąć kontrolę nad przestrzenią powietrzną środkowych Niemiec, gdzie toczyła się bitwa. Migi w tym czasie uciekały w stronę swoich pozycji, przedzierając się przez chmary rakiet powietrze-ziemia. Wykonały zadanie, ponosząc potworne straty. Do spełnienia takiej misji nikt ich nie przygotował. Ale to był zaledwie początek.
Po pierwszym, uwieńczonym powodzeniem ataku rozpoczęła się najtrudniejsza część bitwy. Generałowie i pułkownicy dowodzący szturmem powinni błyskawicznie przesunąć do przodu podległe sobie jednostki. Musieli przy tym uważać, by nie narazić ich na ogień własnej, prowadzącej nieustanny ostrzał obiektów znajdujących się na południowym zachodzie, artylerii, która przygotowywała teren dla idących do ataku pułków. Absolutne pierwszeństwo przysługiwało dywizji czołgów, ponieważ w kilka minut po szturmie piechoty zmotoryzowanej zaatakować miała drugą linię niemieckiej obrony i przed zmrokiem jeszcze wkroczyć do Alfeld. Jednostki żandarmerii zorganizowały już zaplanowane wcześniej punkty kontroli drogowej i kierowały poszczególne oddziały szosami, z których naturalnie Niemcy usunęli uprzednio wszelkie tablice informacyjne. Nie odbyło się to wszystko tak prosto, jak zaplanowano. Były straty. Zginęło kilku dowódców, zniszczeniu uległo wiele pojazdów, a tempo marszu hamowały zbombardowane drogi. Niemcy ze swej strony próbowali się przegrupowywać. Osłaniające tyły jednostki zatrzymywały się za każdym zakrętem i czekały na atakujących z furią Rosjan, witając ich gradem rakiet przeciwczołgowych. Ataki te kosztowały Sowietów bardzo drogo. Głównym celem niemieckich pocisków padały czołgi dowódców.
Lotnictwo sprzymierzonych również zmieniło nieco taktykę i lecące na niewielkiej wysokości myśliwce zaczęły atakować Rosjan przebywających na odkrytej przestrzeni. Do Alfeld wjechała niemiecka brygada czołgów, a za nią, dziesięć minut później, belgijski pułk piechoty zmotoryzowanej. Niemcy posuwali się główną drogą na północny wschód. Obserwowali ich mieszkańcy miasteczka, którzy otrzymali już rozkaz ewakuacji.
– Bez sukcesów, co? – spytał Todd Simms, dowódca USS "Boston".
– Bez – pokiwał smętnie głową McCafferty. Nawet sam rejs do Faslane nie był najszczęśliwszy. USS "Chicago" nie wykrył w porę obecności HMS "Osirisa", który strzegł korytarza wodnego. Co by było, gdyby ta brytyjska jednostka podwodna o napędzie klasycznym okazała się rosyjską? McCafferty prawdopodobnie już by nie żył. – Mieliśmy dużą szansę z tym rosyjskim desantem. Wiesz, wszystko układało się jak najlepiej. Przebyliśmy już linię rosyjskich pław i szykowaliśmy się do ataku rakietowego… wyliczyłem, że lepiej będzie, jak zaczniemy od rakiet a skończymy na torpedach…
– To racja – zgodził się Simms.
– Ale właśnie wtedy ktoś inny przypuścił atak torpedowy. Wszystko nam popieprzył. Wystrzeliliśmy trzy harpoony, ale dostrzegł nas śmigłowiec i na nas hurmem. – McCafferty pchnął drzwi prowadzące do klubu oficerskiego. – Muszę się czegoś napić.
– Pewnie – roześmiał się Simms. – Po paru piwach wszystko wygląda inaczej. Takie rzeczy się zdarzają, Danny. Raz jesteś na wozie, raz pod wozem – pochylił się nad barem. – Dwa duże proszę. Mocne.
– Tak jest, panie komandorze – odparł przybrany w białą kurtkę steward, podając dwa kufle grzanego piwa.
Simms wziął rachunek i zaprowadził swego kolegę do stojącego w kącie stolika. Po przeciwnej stronie Sali odbywało się jakieś huczne przyjęcie.
– No, Danny, nie rozpaczaj. Na zdrowie. To nie twoja wina, że Iwan nie wystawił ci się na strzał.
McCafferty pociągnął z kufla potężny łyk piwa i pomyślał o odległym o trzy kilometry od kasyna "Chicago"; właśnie uzupełniano na nim broń i żywność.
Już dwa dni przebywali w porcie. Obok okrętu McCafferty'ego zacumowany był "Boston" i jakaś inna jednostka podwodna klasy 688, a tego dnia dołączyły do nich jeszcze dwie. Wszystkie czekało nowe zadanie, ale nawet dowódcy nie wiedzieli jakie. Wolny czas oficerowie i załogi w całości poświęcali na odpoczynek i rozrywki.
– Masz rację, Todd. Jak zwykle masz rację.
– No to świetnie. Popatrz, tam się dzieje coś ciekawego. Zakąś to piwo i zobaczymy, co się święci.
Simms podniósł kufel i ruszył w przeciwległy koniec sali. W licznej grupie tłoczących się oficerów okrętów podwodnych rej wodził liczący około trzydziestu lat norweski kapitan o jasnych włosach. Najwyraźniej nie trzeźwiał już od ładnych paru godzin. Gdy tylko kończył kufel, komandor Norweskiej Marynarki Królewskiej usłużnie wręczał mu następny.
– Muszę znaleźć człowieka, który nas uratował! – powtarzał z pijackim uporem Norweg.
– Kto to jest? – spytał Simms kapitana brytyjskiego okrętu podwodnego HMS "Oberon".
– Ten facet zatopił wracającego do Murmańska "Kirowa". Opowiada tę historię od początku co dziesięć minut… o, znów zaraz zacznie.
– To on, skubaniec! – wykrzyknął niezbyt głośno McCafferty.
Miał przed sobą faceta, który sprzątnął mu sprzed nosa cel. Rzeczywiście, Norweg zaczął swoją opowieść od początku.
– Podchodziliśmy powoli. Szli prosto na nas… – czknął -…i musieliśmy podkradać się bardzo ostrożnie. Wystawiłem peryskop i zobaczyłem go! Znajdował się cztery tysiące metrów przed nami i nadpływał z prędkością dwudziestu węzłów. Mijał nas z prawej burty w odległości pięciuset metrów… – Opowiadający o mało nie strącił kufla ze stołu. – Peryskop w dół! Arne… gdzie jesteś Arne? Och, upił się i zasnął. Arne jest oficerem ogniowym. Uzbroił cztery torpedy. Typ trzydzieści siedem; to amerykańskie pociski – wskazał ręką dwóch amerykańskich oficerów, którzy właśnie podeszli do zebranych. Cztery marki-37
McCafferty skrzywił się na tę myśl. Miał zepsuty cały wieczór.
– "Kirow" jest już bardzo blisko. Peryskop w górę! Kurs ten sam, prędkość ta sama, teraz odległość dwa tysiące metrów… strzelamy. Jedna! Druga! Trzecia! Czwarta! Znowu ładujemy wyrzutnie i nurka jak najgłębiej.
– To ty zepsułeś mi polowanie! – nie wytrzymał w końcu McCafferty.
Norweg jakby na chwilę kompletnie wytrzeźwiał.
– Kim jesteś? – zapytał.
– Dan McCafferty, USS "Chicago".