– Byłeś tam?
– Byłem.
– Wystrzeliłeś rakiety?
– Wystrzeliłem.
– Bohaterze! – dowódca norweskiego okrętu podwodnego podbiegł do McCafferty'ego i rzucił mu się na szyję, zwalając prawie Amerykanina z nóg. – Uratowałeś moją załogę! Uratowałeś mój okręt!
– O co mu chodzi? – zdumiał się Simms.
– Aha, prezentacja! – wykrzyknął kapitan królewskiej marynarki. – Kapitan Bjorn Johannsen, kapitan okrętu podwodnego marynarki Jego Królewskiej Mości Króla Norwegii "Kobben". Kapitan Daniel McCafferty z USS "Chicago".
– Po trafieniu "Kirowa" pozostałe rosyjskie jednostki opadły nas jak stado wilków. Sam "Kirow" wyleciał w powietrze…
– Myślę – wtrącił Simms – po czterech torpedach…
– Rosjanie natychmiast wysłali na nas krążownik i dwa niszczyciele – Johannsen jakby trochę otrzeźwiał. – Och, uciekliśmy, skryliśmy się na dużą głębokość, ale nas znalazły i odpaliły rakiety RBU; dużo, bardzo dużo rakiet. Większość spadła za daleko, ale niektóre blisko. Oddałem strzał w krążownik.
– I trafiłeś?
– Pewnie, ale tylko mocno go uszkodziłem. Wszystko to zajęło dziesięć, może piętnaście minut. Były to bardzo gorące chwile.
– Wiem coś o tym. Przyspieszyliśmy, trzepnęliśmy szybko radarem w miejscu, gdzie powinien znajdować się "Kirow". Odkryliśmy tam trzy okręty.
– "Kirow" zatonął, roztrzaskany na strzępy. Widziałeś krążownik i dwa niszczyciele. I wtedy wystrzeliłeś, tak? – oczy Johannsena błyszczały.
– Trzy harpoony. Zobaczył to helix i natychmiast zrobił na nas nalot. Musieliśmy uciekać i do teraz nie wiem, czy któraś z moich rakiet trafiła.
– Czy trafiła? Ha, człowieku! Zaraz ci powiem! – Johannsen zamachał rękami. – Wysiadły nam baterie. Mieliśmy uszkodzenie i zostaliśmy unieruchomieni. Uniknęliśmy wprawdzie czterech torped, ale tak naprawdę już nas mieli. Trzymali nas na sonarze. Niszczyciel strzelał rakietami RBU. Pierwsze trzy chybiły, ale tak naprawdę już nas mieli. I nagle: trach! trach! trach! Niszczyciel eksplodował. Drugi uszkodzony. Wydaje mi się jednak, że nie zatonął. Uciekliśmy.
Johannsen ponownie wziął w objęcia McCafferty'ego i tym razem obaj rozlali piwo na podłogę. Amerykanin po raz pierwszy widział Norwega, który tak żywiołowo okazywał swoje uczucia.
– Ja i moja załoga żyjemy dzięki tobie, "Chicago". Postawię ci dobrego kielicha. Postawię całej twojej załodze.
– Jesteś pewien, że zatopiliśmy tę łajbę?
– Inaczej nie byłoby mojego okrętu! Nie byłoby mojej załogi! Nie byłoby mnie! Zatopiłeś!
Naturalnie, lepiej byłoby trafić w atomowy krążownik – pomyślał McCafferty. Ale niszczyciel też nie był do pogardzenia. Ponadto drugi uszkodzony – dodał w myślach. – Kto wie, może zatonął w drodze powrotnej…
– Widzisz, nie jest tak źle, Dan – zauważył Simms.
– Niektórzy ludzie mają szczęście jak jasna cholera – odezwał się kapitan HMS "Oberon".
– Powiem ci coś, Todd – mruknął dowódca USS "Chicago". – Okropnie mi smakuje to piwo.
Pochować mogli tylko dwóch członków załogi. Brakowało jeszcze czternastu osób, ale ich ciał nie znaleziono. Niemniej Morris uważał, że i tak mieli sporo szczęścia. Było dwudziestu rannych. Clarke doznał pęknięcia przedramienia, kilka osób wskutek wstrząsu połamało sobie nogi w kostkach, a pół tuzina marynarzy fatalnie poparzyła para. Poranionych szkłem kapitan nie rachował.
Morris odprawił ceremonię; pozbawionym emocji głosem przeczytał ustęp traktujący o tym, iż pewnego dnia morze zwróci poległych… Na jego komendę marynarze unieśli przyniesione z mesy stoły. Owinięte plastikiem i obciążone żelazem ciała wysunęły się spod okrywających je flag i spadły prosto w wodę. Stali na głębinie liczącej ponad trzy tysiące metrów; pierwszego oficera i pochodzącego z Detroit mata-kanoniera trzeciej klasy czekała długa, ostatnia droga. Potem rozległa się salwa honorowa. Muzyki nie było. Nikt z załogi nie potrafił grać na trąbce, a magnetofony były zniszczone.
Morris zamknął książkę.
– Zająć posterunki.
Złożone flagi wróciły do schowka na żagle, stoły do mesy, a podpory pokładowe znów zabezpieczono linamisztormowymi. Morris zdawał sobie sprawę, iż stanowiący zaledwie połowę okrętu "Pharris" nadaje się już tylko na złom.
Holownik "Papago" ciągnął go za rufę, rozwijając szybkość niewiele przekraczającą cztery węzły. Czekały ich całe trzy dni podróży. Płynęli nie do bazy marynarki wojennej, ale do Bostonu – najbliższego portu. Powód był oczywisty. Reperacja okrętu miała zająć ponad rok i flota nie chciała blokować sobie na tak długi czas żadnego doku. Wszystkich potrzebowano do napraw mniej uszkodzonych jednostek wojennych.
Teraz dowództwo Morrisa nad fregatą było czystą kpiną. Na holowniku znajdowała się załoga rezerwowa, w której skład wchodziło wielu doświadczonych specjalistów ratownictwa morskiego. Trzech z nich pojawiło się na uszkodzonym okręcie, by osobiście zamocować liny holownicze i "doradzić" Morrisowi, co ma robić. Były to właściwie podane w niezwykle uprzejmej formie rozkazy.
Załoga "Pharrisa" zajęć miała pod dostatkiem. Przednie grodzie wymagały nieustannej obserwacji. Cały czas naprawiano też instalacje w maszynowni. Pracował tylko jeden kocioł, zapewniając parę dla turbogeneratorów i energię elektryczną. Drugi zbiornik wymagał trwającego przynajmniej dzień remontu. Zdaniem mechaników główny radar powinien podjąć pracę za cztery godziny. Antena satelitarna była już gotowa. Zanim dotrą do portu – jeśli w ogóle dotrą – załoga miała naprawić wszystko, co jej się uda. Nie miało to wprawdzie większego znaczenia, ale, w myśl starego żeglarskiego porzekadła, załoga, która ma się czym zająć, jest załogą szczęśliwą. Innymi słowy, marynarze, w przeciwieństwie do swego kapitana, nie mieli czasu na jałowe rozmyślania o popełnionych błędach, o ludziach, którzy z powodu tych błędów stracili życie, i o tym, kto jest za to odpowiedzialny.
Morris udał się do centrum informacji bojowej. Przeglądano właśnie taśmę i nakresy ze spotkania z victorem. Próbowano precyzyjnie ustalić, co się właściwie wydarzyło.
– Nie wiem – wzruszył ramionami operator hydrolokatora. – Może były dwa okręty podwodne? Chodzi mi o ten jasny ślad; jest w tym miejscu, a parę minut później aktywny sonar złapał go aż tutaj.
– Był tylko jeden okręt – odparł Morris. – Pokonanie odległości dzielącej te dwa punkty przy prędkości dwudziestu pięciu węzłów mogło mu zająć najwyżej cztery minuty.
– Ależ sir, przecież ani go nie słyszeliśmy, ani nie pojawił się na ekranie. Ponadto, kiedy straciliśmy namiar, kierował się w zupełnie inną stronę.
Sonarzysta ponownie przewinął taśmę.
– No cóż – westchnął Morris i wrócił na mostek.
Ponownie wszystko przetrawiał w myślach. Zdarzenia stawały mu przed oczyma jak żywe. Przeszedł na skrzydło mostka. W metalowych osłonach ziały dziury, a w miejscu, gdzie umarł pierwszy oficer, widniały niewyraźne ślady krwi. Trzeba to zamalować – pomyślał Morris. – Muszę przypomnieć o tym Clarke'owi; niech kogoś wyznaczy. Morris zapalił papierosa i zapatrzył się w horyzont.
Najbardziej obawiali się helikoptera.
Edwards i jego grupa wędrowali na północny wschód. Przebyli rejon niewielkich jezior, po godzinnej, bacznej obserwacji sforsowali szutrową drogę i trafili w końcu na moczary. Edwards był zdumiony. Gołe skały, trawiaste łąki, pola lawowe, a teraz bagna. Zastanawiał się, czy Islandia przypadkiem nie była miejscem, gdzie po stworzeniu świata Bóg zostawił wszystko, co było już Mu niepotrzebne. Najwyraźniej jednak wszystkie drzewa wykorzystał gdzie indziej, toteż jedynym schronieniem mogła być wysoka do kolan, wyrastająca z wody trawa. Musi być bardzo odporna na skoki temperatury – pomyślał Edwards. Niedawnojeszcze na moczarach panował mróz. Było zimno, więc po paru minutach marszu wszyscy mieli przemarznięte stopy. Mogli wprawdzie iść terenem położonym wyżej, ale on był kompletnie odsłonięty. Mając więc do wyboru helikopter lub chłód, wybrali to drugie.