Vigdis wprawiła wszystkich w zdumienie swoją kondycją. Bez słowa skargi szła równym tempem, dotrzymując kroku żołnierzom piechoty morskiej. Typowa wiejska dziewczyna – myślał Edwards.- Od najwcześniejszego dzieciństwa zaprawiana w wędrówkach za stadami owiec i we wspinaczkach po tych sakramenckich pagórkach.
– W porządku, dziesięć minut – zarządził Edwards.
Ludzie natychmiast zaczęli rozglądać się za jakimś suchym miejscem. Wybierali skały. Skały na moczarach? – nie mógł wyjść z podziwu Edwards. Garcia wyciągnął zdobytą na Rosjanach lornetkę i zaczął lustrować okolicę. Smith zapalił papierosa. Edwards zauważył, że Vigdis usiadła obok niego.
– I jak się czujesz?
– Bardzo zmęczona – odparła z lekkim uśmiechem. – Ale mniej niż ty.
– Ach tak – roześmiał się Edwards. – Może więc powinniśmy przyspieszyć kroku.
– Dokąd idziemy?
– Do Hvammsfjórduru. Nie powiedzieli po co. Przed nami jeszcze cztery lub pięć dni marszu. Musimy się trzymać z dala od dróg.
– Ze względu na mnie?
– Ze względu na nas wszystkich – potrząsnął głową. – Nie chcemy już z nikim walczyć. Zbyt wielu w okolicy Rosjan, by bawić się w partyzantkę.
– A więc… więc nie stanowię dla was ciężaru? – spytała Vigdis.
– Pewnie że nie. Jest nam nawet miło, że z nami wędrujesz. Kto nie chciałby włóczyć się po kraju w towarzystwie pięknej dziewczyny – odparł z galanterią porucznik.
Po diabła to mówię? – pomyślał.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Ciągle uważasz, że jestem piękna? Po tym… po tym…
– Może gdyby rozjechała cię ciężarówka… tak, jesteś bardzo ładna. I nic tego faktu nie zmieni. Nie twoja wina, że przytrafiło ci się to, co ci się przytrafiło. Jeśli nawet nastąpiła jakaś zmiana, to w tobie, w środku; nie na zewnątrz. I wiem, że komuś się podobasz.
– Masz na myśli dziecko? Mylisz się. On znalazł już sobie inną dziewczynę. Ale to przecież nieistotne. Wszystkie moje przyjaciółki mają dzieci – wzruszyła ramionami.
Kawał głupiego skurwysyna – pomyślał Edwards. Wiedział, że na Islandii nieślubne pochodzenie nie jest niczym haniebnym. Skoro nie używa się tu nawet nazwisk – większość wyspiarzy nosi imię rodowe – trudno orzec, czy dziecko pochodzi ze związku formalnego, czy nie.
Ponadto Islandczyków nic to nie obchodzi. Młode, niezamężne dziewczęta mają dzieci, dbają o nie i to wszystko. Ale żeby porzucić taką dziewczynę…
– No cóż, jeśli chodzi o mnie, nie spotkałem w życiu istoty ładniejszej od ciebie.
– Naprawdę?
Edwards musiał oddać dziewczynie sprawiedliwość. Choć miała brudne, potargane i przepocone włosy, a twarz i ubranie zakurzone oraz pokryte błotem, to gorąca kąpiel w minutę zrobiłaby z niej ponownie najśliczniejsze stworzenie pod słońcem. Ale na urodę w dużej mierze wpływa to, co człowiek ma w środku; a to dopiero Edwards zaczynał w Vigdis poznawać.
Przesunął dłonią po jej policzku.
– Każdy, kto stwierdziłby, że jest inaczej, wyszedłby na głupka.
Odwrócił się na dźwięk kroków sierżanta Smitha.
– Poruczniku, jeśli nie chcemy, by nam nogi zesztywniały do końca, musimy ruszać.
– W porządku. Chciałbym teraz przebyć jednym skokiem jakieś trzynaście, piętnaście kilometrów. Po drugiej stronie gór spotkamy drogi i wiele farm. Zanim tam pójdziemy, musimy sobie to wszystko dobrze obejrzeć. Stamtąd też połączymy się z Brytanem.
– Jasne, szefie. Rodgers, prowadź. Skręć trochę bardziej na zachód.
Posuwanie się w głąb terytorium wroga nie było wcale rzeczą prostą. Dowódca 8. Gwardyjskiej Armii, podobnie jak Aleksiejew, uważał, że powinien znajdować się jak najbliżej pola walki. Dlatego też główny punkt dowodzenia przeniesiono na pierwsze linie. Przeprowadzka zajęła około czterdziestu minut i odbyła się transporterami opancerzonymi – podróż helikopterem była zbyt ryzykowna. Podczas tej krótkiej eskapady Aleksiejew był świadkiem dwóch wściekłych ataków lotnictwa Paktu Atlantyckiego na rosyjskie kolumny.
Do akcji włączyły się niemiecko-belgijskie posiłki, a nasłuch radiowy donosił, że w drodze są również jednostki amerykańskie i brytyjskie. Aleksiejew też pchnął do walki dodatkowe siły. To, co na początku wydawało się być względnie prostym zadaniem dla zmotoryzowanej dywizji piechoty, przekształciło się w zaciętą, przedłużającą się bitwę. Generał potraktował to jako dobry znak. NATO nie przysłałoby posiłków, gdyby nie uznało sytuacji za groźną. Rosjanie musieli zatem osiągnąć swój cel, zanim przeciwnik wprowadzi do gry kolejne jednostki.
Dowodzący 20. Gwardyjską Dywizją Czołgów generał pojawił się na posterunku bojowym, który mieścił się w budynku szkoły średniej. Była to niedawno postawiona, bardzo przestronna budowla. W niej, do czasu wykopania podziemnego schronu, rozlokowało się naczelne dowództwo. Tempo ataku spadło. Spowodował to zarówno dziki opór Niemców, jak i trudności komunikacyjne i transportowe.
– Prosto szosą na Sack – oświadczył czołgiście dowódca 8. Gwardyjskiej Armii. – Do waszego przybycia moja piechota zmotoryzowana oczyści już teren.
– Stamtąd do Alfeld zostaną jeszcze cztery kilometry. Kiedy zaczniemy forsować rzekę, musicie zapewnić nam wsparcie – generał dywizji czołgów nałożył hełm i wyszedł.
Powinno się udać – pomyślał Aleksiejew. Nie mieściło mu się wprost w głowie, że ten generał zdołał dostarczyć na linię frontu jednostkę w idealnym niemal porządku.
W chwilę potem rozległ się potworny huk. Zadrżały w oknach szyby, a Aleksiejewowi na głowę posypał się z sufitu tynk. To znów pojawił się "diabelski krzyż". Aleksiejew wybiegł na zewnątrz. Ujrzał tuzin płonących transporterów opancerzonych. Z jednego z czołgów T-80 wyskakiwała w popłochu załoga. W sekundę później, kiedy płomienie dotarły do komory z amunicją, pojazd eksplodował słupem ognia, zamieniając się w niewielki wulkan.
– Generał zginął… generał zginął! – krzyczał sierżant, wskazując transporter opancerzony BMD, z którego nikt nie uszedł z życiem.
Stojący za Aleksiejewem dowódca 8. Gwardyjskiej Armii zaczął kląć.
– Komendę nad dywizją czołgów przejmie jego zastępca, pułkownik – krzyknął głośno.
Paweł Leonidowicz podjął błyskawiczną decyzję.
– Nie, towarzyszu generale. A co ze mną?
Zaskoczony dowódca gapił się na niego przez chwilę, po czym przypomniał sobie, że, podobnie jak jego ojciec, Aleksiejew cieszył się opinią wyśmienitego dowódcy czołgów. Generał zdecydował się szybko.
– 20. Dywizja należy do was. Zadanie znacie.
Podjechał kolejny wóz bojowy piechoty. Aleksiejew i Siergietow bez chwili zwłoki wskoczyli do środka i kierowca ruszył w stronę punktu dowodzenia jednostką. Jazda zajęła pół godziny. Między drzewami Aleksiejew ujrzał sylwetki czołgów. Gdzieś w pobliżu spadła kolejna seria pocisków artyleryjskich, ale generał nie zwrócił na to uwagi. Dowódcy pułków już na niego czekali. Aleksiejew bez zbędnych słów szybko wydał stosowne rozkazy, po czym ustalono limity czasowe. Wszyscy tu znali już swoje zadania, co dobrze świadczyło o generale, który przed godziną stracił życie. Dywizja była wyśmienicie przygotowana, zaś plan ataku szczegółowo opracowany. Aleksiejew w mgnieniu oka pojął, że dysponuje wspaniałym sztabem. Natychmiast też zorganizował mu pracę, natomiast dowódcy poszczególnych oddziałów rozbiegli się do swoich pułków. Jego pierwsze stanowisko dowodzenia mieściło się pod osłoną rozłożystego drzewa. Aleksiejew uśmiechnął się pod nosem; nawet jego ojciec nie wybrałby lepszego miejsca. Odnalazł oficera wywiadu.