– Obserwatorzy z wysuniętych posterunków donoszą, że nieprzyjaciel opuszcza stanowiska na prawym skrzydle. Powtarzam, po północnej stronie miasta jednostki wroga wycofują się.
– Natychmiast posłać drugi pułk na północ. Niech zatoczy łuk, a potem, najszybciej jak może, ruszy na te przeklęte mosty. Musimy je zdobyć za wszelką cenę! Wy, towarzyszu oficerze operacyjny, cały czas dociskajcie nieprzyjaciela ogniem. Musimy dopaść go po tej stronie i zniszczyć – rozkazał Aleksiejew. – Siergietow, chodźcie ze mną. Chcę dostać się jak najbliżej pola walki.
Aleksiejew zdawał sobie sprawę, że prowadzący ofensywę pułk został niemal kompletnie wybity. Ale to się opłacało. Siły Paktu Atlantyckiego musiały cofać się przez zrujnowane miasteczko, by dotrzeć do mostów, a będące w rozsypce wojska sprzymierzonych na północnym brzegu rzeki stanowiły dla Rosjan wybawienie. Obecnie, dysponując nietkniętym jeszcze pułkiem, Aleksiejew wyprzedzi uciekającego przeciwnika i przejmie mosty. Tą operacją musiał pokierować osobiście.
Aleksiejew i Siergietow wskoczyli do pojazdu gąsienicowego i ruszyli na południowy wschód, w stronę maszerującego pułku. W opuszczonej przez nich kwaterze oficer operacyjny zaczął wydawać przez radiową sieć dywizji nowe rozkazy.
Na tę okazję czekała zaczajona po drugiej stronie rzeki, w odległości pięciu kilometrów, niemiecka bateria stupięćdziesięciopięciomilimetrowych dział. Czekała na sygnał specjalistów od nasłuchu radiowego. Jej zadaniem było zniszczyć kwaterę główną dywizji. Artylerzyści natychmiast wprowadzili otrzymane dane do sterujących ogniem komputerów. Kanonierzy ładowali w pośpiechu działa. Wszystkie stanowiska ogniowe skupiły się na tym samym azymucie. Kiedy bateria oddała salwę, zadrżała ziemia. W ciągu niecałych dwóch minut na kwaterę główną radzieckiej dywizji spadło sto pocisków. Połowa sztabu zginęła; pozostali w większości byli ranni.
Aleksiejew popatrzył na swoje słuchawki radiowe. Po raz trzeci był o krok od śmierci.
To moja wina – myślał. – Należało cały czas zmieniać pozycje nadajników radiowych. Nie wolno mi więcej tego błędu popełnić… Niech to szlag! Niech to szlag! Niech to jasny szlag!
Na ulicach Alfeld tłoczyły się samochody osobowe. Wszyscy jadący na bradleyach Amerykanie opuścili już miasto, spiesznie dotarli do Leiny, po czym w równym szyku przebyli mosty. Pojazdy zajęły pozycje na ciągnących się tam wzgórzach i przygotowały się do osłony kolejnych przeprawiających się przez rzekę oddziałów sprzymierzonych. Następni nadeszli Belgowie. Bitwę przetrwała tylko jedna trzecia ich czołgów, które zaraz po przeprawie przez rzekę zajęły południową flankę w nadziei, że zatrzymają Rosjan, zanim ci zdołają sforsować Leinę. Niemiecka Staatspolizei wstrzymała całkowicie ruch cywilny, dając pierwszeństwo jednostkom pancernym; niebawem jednak w pobliże rzeki zaczęły spadać pierwsze radzieckie pociski artyleryjskie, toteż sytuacja zmieniła się radykalnie. Rosjanie liczyli na to, że powstrzymają przeprawę wojsk Paktu i cel swój osiągnęli. Cywile, którzy zbyt późno zastosowali się do polecenia ewakuacji, płacili za to straszliwą cenę. Radziecki ogień czynił niewielkie szkody transporterom opancerzonym, ale zbierał krwawe żniwo wśród samochodów osobowych i ciężarówek. Po niecałej minucie uliczki Alfeld zablokowane zostały szczątkami płonących aut. Pasażerowie opuszczali w panice pojazdy i nie zważając na kanonadę, biegli w stronę mostów, blokując drogę zmierzającym w tym samym kierunku czołgom. Maszyny musiałyby torować sobie przejazd po plecach uciekinierów, lecz, choć padły rozkazy by nie zważać na cywilów, żaden z kierowców czołgów nie zastosował się do tych poleceń. Kanonierzy odwracali wieżyczki, kierując lufy do tyłu, w stronę nadjeżdżających Rosjan, których czołgi wchodziły właśnie do miasta. Widok zasłaniały dymy z płonących domów. Na Alfeld spadła kolejna fala armatnich pocisków, zamieniając uliczki miasteczka w rzeźnię pełną skrwawionych ciał żołnierzy i ludności cywilnej.
– A oto i one! – Siergietow wskazał trzy mosty z pasmami autostrad spinające brzegi Leiny.
Aleksiejew zaczął wydawać rozkazy, ale żadne rozkazy nie były potrzebne. Dowódca pułku wcześniej już włączył nadajnik radiowy i skierował batalion czołgów wsparty piechotą w stronę rzeki. Radziecki oddział ruszył ciągle jeszcze nie zablokowaną trasą, której uprzednio użyły amerykańskie bradleye.
Amerykańskie wozy bojowe rozlokowane po drugiej stronie rzeki otworzyły natychmiast ogień z wyrzutni rakietowych oraz lekkich dział, niszcząc pół tuzina czołgów. Aleksiejew osobiście polecił nakryć artyleryjskim ogniem majaczące po przeciwnej stronie rzeki wzgórza.
W samym Alfeld trwała krwawa, zacięta bitwa. Niemieckie i brytyjskie czołgi ukryte za rogami domów oraz wrakami samochodów i ciężarówek wycofywały się powoli w stronę rzeki, dając cywilom czas na ucieczkę. Rosyjska piechota próbowała prowadzić ostrzał rakietowy, ale sterujące pociskami przewody zrywały się wśród gruzu zalegającego ulice, toteż w większości przypadków pozbawione kierunkujących impulsów rakiety wybuchały nie czyniąc nikomu krzywdy. Stopniowo nawała ognia Rosjan i Paktu Atlantyckiego zamieniała miasteczko w stos ruin. Aleksiejew obserwował żołnierzy zbliżających się do pierwszego mostu.
Na południe od stanowiska Aleksiejewa dowódca prowadzącego szturm pułku klął jak szewc, widząc ogromne straty, jakie ponosi jego jednostka. Zniszczono mu ponad połowę czołgów i transporterów opancerzonych. Zwycięstwo miał prawie w kieszeni i oto nieoczekiwanie jego żołnierzy zatrzymały nieprzejezdne ulice oraz morderczy ogień przeciwnika. Widząc, że czołgi NATO powoli się wycofują, rozwścieczony, wezwał wsparcie artyleryjskie. Aleksiejew był zaskoczony, kiedy artyleria przeniosła ogień z centrum miasteczka na brzegi rzeki. W czymś w rodzaju szoku skonstatował, że nie są to zwykłe pociski armatnie lecz rakiety. Na jego oczach brzeg rzeki spowiły tumany kurzu. Potem pociski wybuchały w wodzie. Ogień rósł w miarę, jak do akcji włączały się kolejne wyrzutnie; nie było już sposobu, by je powstrzymać. Pierwszy poszedł najdalszy most. Trzy rakiety trafiły w niego jednocześnie i budowla rozpadła się niczym domek z kart. Aleksiejew ze zgrozą obserwował, jak ponad sto osób cywilnych spada w wodną kipiel. Zgrozą przejmowała go nie śmierć tych niewinnych ludzi, lecz zagłada mostu, którego tak potrzebował. Z kolei dwie rakiety wylądowały na środkowym moście. Konstrukcja wprawdzie przetrwała, ale była zbyt mocno uszkodzona, by mógł przejechać po niej choć jeden czołg. Co za głupcy! Kto wydał rozkaz? Odwrócił się do Siergietowa.
– Wezwijcie jednostki inżynieryjno-techniczne. Na pierwszą linię wysłać oddziały do budowy mostów i amfibie. Mają absolutny priorytet. Ponadto ściągnąć tu wszystkie wyrzutnie pocisków ziemia-powietrze oraz działa przeciwlotnicze. Ktokolwiek spróbuje zatrzymać je po drodze, zostanie rozstrzelany. Powiadomcie o tym oddziały kierujące ruchem. Wykonać!
Radzieckie czołgi i piechota dotarły do jedynego mostu, który ocalał. Trzy wozy z piechotą przemknęły po nim na drugi brzeg, by natychmiast dostać się prosto pod ogień Belgów i Amerykanów. Za nimi szarżował czołg T-80, przedarł się na drugą stronę, ale eksplodował trafiony rakietą. Potem pojawił się drugi i trzeci. Oba dotarły do zachodniego brzegu. Wtedy wyłonił się zza ruin domu brytyjski chieftain i ruszył śladem radzieckich pojazdów.