– Co to było? – wrzasnął ogłuszony eksplozją Siergietow. Spojrzał na przełożonego. – Zostaliście trafieni, towarzyszu generale!
Aleksiejew przytknął dłonie do twarzy. Kiedy je odjął, palce miał czerwone. Paliły go oczy, więc wylał na twarz menażkę wody, by zmyć z oczu krew.
Major Siergietow bandażował czoło generała jedną ręką. Aleksiejew natychmiast to zauważył.
– A wam co się stało?
– Upadłem na to cholerne szkło! Proszę się nie ruszać, towarzyszu generale. Krwawicie jak zarzynana krowa.
Pojawił się generał-porucznik, w którym Aleksiejew rozpoznał Wiktora Bieriegowoja, zastępcę dowódcy 8. Gwardyjskiej Armii.
– Towarzyszu generale, macie rozkaz wracać do kwatery głównej. Jestem tu, by was zastąpić.
– Ach, idźcie do diabła! – ryknął Aleksiejew.
– To rozkaz głównodowodzącego Zachodnim Teatrem wojny, towarzyszu. Jestem generałem broni pancernych i poradzę sobie. Jeśli wolno, to powiem tylko, że spisaliście się tu wyśmienicie. W tej chwili jednak potrzebni jesteście gdzie indziej.
– Najpierw skończę, co zacząłem tutaj.
– Towarzyszu generale, aby sforsować rzekę, potrzebujemy posiłków. Kto lepiej je zorganizuje, wy czy ja? – zapytał rozsądnie Bieriegowoj.
Aleksiejew sapnął ze złości. Ten człowiek miał rację – ale Paweł Leonidowicz po raz pierwszy w życiu prowadziłludzi do walki – naprawdę prowadził! I spisał się dobrze. Tak, Aleksiejew o tym wiedział – spisał się dobrze.
– Nie ma zresztą czasu na spory. Wy macie swoje zadania, a ja swoje – dodał zdecydowanym tonem Bieriegowoj.
– Sytuację znacie?
– Znam, znam. Całkowicie. Transporter już czeka. Odwiezie was do kwatery głównej.
Aleksiejew, przyciskając do czoła koniec bandaża – Siergietow nie potrafił jedną ręką dobrze nałożyć opatrunku – ruszył na zaplecze sklepu. Tam, gdzie znajdowały się drzwi, ziała teraz wielka dziura po wyrwanej futrynie. Na zewnątrz czekał BMD z pracującym silnikiem. W środku był już lekarz, który natychmiast nachylił się nad Siergietowem. Pojazd oddalał się, cichły odgłosy bitwy. Był to najbardziej ponury dźwięk, jaki Aleksiejew w życiu słyszał.
Nic nie mogło sprawić lotnikowi większej radości niż odznaczenie oficerskim krzyżem lotniczym Distinguished Flying Cross. Zastanawiała się, czy zostanie pierwszą w siłach powietrznych Stanów Zjednoczonych kobietą, którą udekorują tym orderem. A jeśli nie, to mogą się wypchać – rozmyślała major Nakamura.
Niczym skarb przechowywała kasetę wideo z nagraną na niej przez kamery sprzężone z działkami myśliwca walką z trzema badgerami. Pewien lotnik z marynarki, którego spotkała w Anglii tuż przed odlotem do Stanów, oświadczył, że jak na niedojdę z sił powietrznych jest cholernie dobrym pilotem. Odparła mu na to, że gdyby tępaki z lotnictwa morskiego jej posłuchali, nie mieliby tych wszystkich jaj z bazą lotniczą. Zdecydowany punkt dla major Amelii Nakamury z sił powietrznych Stanów Zjednoczonych – pomyślała z satysfakcją.
Dostarczyli do Europy już wszystkie F-15, które były do dostarczenia i teraz czekało ją nowe zadanie. Z samolotów wchodzących w skład 48. Dywizjonu Myśliwców Przechwytujących Eagle w Langley zostały zaledwie cztery. Wśród pilotów tych maszyn znaleźli się tylko dwaj, którzy posiadali kwalifikacje do operowania rakietami antysatelitarnymi AS AT. Gdy Nakamura się o tym dowiedziała, natychmiast zgłosiła telefonicznie dowództwu lotnictwa kosmicznego, że jest pilotem myśliwców Eagle oraz że przeszła szkolenie w zakresie obsługi AS AT. Stwierdziła też, że nie ma sensu zawracać głowy pilotom bojowym, skoro ona doskonale może ich zastąpić.
Sprawdziła ponownie, czy groźna rakieta jest właściwie przytwierdzona do kadłuba samolotu. Broń wyciągnięto ze strzeżonego pilnie magazynu i zespół ekspertów jeszcze raz gruntownie ją zbadał. Buns potrząsnęła głową. Tak naprawdę, to przeprowadzono tylko jedną prawdziwą próbę z tym systemem; potem przyszło moratorium i cały program poszedł do lamusa. Próba dała wprawdzie wynik pozytywny, niemniej to tylko jedna próba. Ale major była dobrej myśli. Marynarka naprawdę potrzebowała pomocy niedojdów z sił powietrznych. Poza tym, tamten pilot A -6 był naprawdę miłym chłopcem.
Major zakończyła oględziny, którymi chciała zabić czas – jej cel nie pojawił się jeszcze nad Oceanem Indyjskim – po czym wspięła się do kabiny eagle'ay przebiegła wzrokiem wskaźniki, sprawdziła dłonią każdą dźwignię, poprawiła fotel, a na końcu wprowadziła do systemów nawigacji inercyjnej cyfry wymalowane na ścianie jej hangaru, by myśliwiec wiedział, dokąd ma wrócić. Uporawszy się z tym, włączyła silniki. Jej hełm skutecznie tłumił huk dwóch silników Pratt and Whitney. Wskazówki zegarów na tablicy rozdzielczej skoczyły i zajęły właściwe pozycje. Szef obsługi naziemnej dokonał ostatniej lustracji maszyny, po czym dał znak, że można kołować na start. Za czerwoną linią ostrzegawczą stało sześć osób i zasłaniało dłońmi uszy. Miło mieć audytorium – pomyślała major, ignorując zupełnie obecność oczekujących.
– Eagle Jeden-Zero-Cztery gotów do startu – poinformowała wieżę.
– Jeden-Zero-Cztery, przyjąłem. Masz wolny pas – odparł kontroler z wieży. – Wiatr: dwa-pięć-trzy. Szybkość: dwanaście węzłów.
– Przyjęłam. Jeden-Zero-Cztery kołuje na start.
Buns opuściła osłonę kabiny. Szef obsługi naziemnej stał na baczność i oddawał honory. Major niedbale mu odmachnęła, otworzyła nieco przepustnicę i eagle, niczym kaleki bocian, ruszył w stronę pasa. Minutę później Nakamura była już w powietrzu. Czuła upojenie, kiedy wzbijała śmigłą maszynę prosto w niebo.
Kosmos 1801 kończył właśnie lot w kierunku południowym i nad Cieśniną Magellana zawrócił na północ, kierując się nad Atlantyk. Tor jego orbity przebiegał w odległości około dwustu mil od wybrzeży amerykańskich. W naziemnej stacji nadzoru technicy przygotowywali się do włączenia potężnego radaru kontroli rejonów morskich. Byli przekonani, że grupa bojowa amerykańskiego lotniskowca wypłynęła już z portu, ale nie potrafili zlokalizować jej pozycji. Trzy pułki backfire'ów czekały tylko na informację, która pozwoliłaby powtórzyć trik, jaki zastosowały drugiego dnia wojny.
Nakamura ustawiła myśliwiec pod ogonem tiftikowca powietrznego, a operator z wprawą umieścił w tylnej części jej samolotu końcówkę przewodu paliwowego. W ciągu kilku zaledwie minut do baków myśliwca wtłoczonych zostało pięć ton paliwa. Kiedy major odłączyła maszynę od tankowca, w powietrze popłynęła chmurka rozpylonej benzyny lotniczej.
– Guliwer, tu Jeden-Zero-Cztery – wywołała przez radio.
– Jeden-Zero-Cztery, tu Guliwer – odezwał się natychmiast pułkownik przebywający w przedziale pasażerskim learjeta unoszącego się na wysokości tysiąca trzystu metrów.
– Zatankowałam i jestem gotowa do akcji. Systemy pokładowe sprawne. Krążę w punkcie Sierra. Gotowa do wejścia na pułap przechwytywania. Czekam.
– Przyjąłem, Jeden-Zero-Cztery.
Major Nakamura zatoczyła eagle'em niewielkie koło. Przed wejściem na wielką wysokość nie chciała marnować ani kropli benzyny. Uniosła się nawet lekko w fotelu, co jak na nią było dowodem ogromnego podniecenia, i skupiła uwagę na prowadzeniu maszyny. Kiedy badała wzrokiem wskaźniki, siłą woli musiała uspokajać oddech. Radary dowództwa lotnictwa kosmicznego namierzyły satelitę, kiedy ten przelatywał nad wybrzuszeniem kontynentu południowoamerykańskiego. Komputery porównały jego kurs i prędkość z posiadanymi danymi, skojarzyły z pozycją myśliwca Nakamury i podały rozwiązanie, które natychmiast przesłano na pokład learjeta.