– Jeden-Zero-Cztery, wejdź na kurs dwa-cztery-pięć.
– Wchodzę – major wprowadziła maszynę w ostry skręt. – Jestem na kursie dwa-cztery-pięć.
– Pogotowie… pogotowie… Zaczynaj!
– Przyjęłam.
Buns otworzyła całkowicie przepustnice i włączyła dopalacze. Eagle, jak dźgnięty ostrogą koń, szarpnął do przodu osiągając w ciągu kilku sekund szybkość jednego macha. Następnie pilot pociągnięciem drążków ustawiła maszynę pod kątem czterdziestu pięciu stopni i przyspieszywszy jeszcze, pomknęła w mroczniejące niebo. Wzrok wbiła we wskaźniki; ten profil lotu miała utrzymywać przez następne dwie minuty. W miarę, jak myśliwiec piął się w górę, po cyferblacie przesuwała się wskazówka altimetru. Szesnaście kilometrów, dwadzieścia, dwadzieścia trzy, dwadzieścia pięć, trzydzieści. Na czarnym niebie pojawiły się gwiazdy, ale Nakamura nawet ich nie zauważyła.
– Dawaj, dziecinko, znajdź skurwysyna – mówiła głośno do maszyny.
W podwieszonym pod samolotem pocisku AS AT włączył się system wyszukujący i zaczął przeczesywać niebo w poszukiwaniu obiektu o charakterystyce cieplnej radzieckiego satelity. Tuż przed nosem Buns, na tablicy rozdzielczej rozbłysło światełko.
– Rakieta namierza cel. Powtarzam: rakieta namierza cel. Systemy automatycznej wyrzutni aktywne. Wysokość trzydzieści jeden tysięcy siedemset metrów… Odchodzi! Odchodzi!
Poczuła, jak uwolniony od ciężkiej rakiety samolot uniósł się gwałtownie. Pocisk zaczął zrazu spadać swobodnym lotem, a pilot natychmiast zamknęła przepustnice i ciągnąc do siebie drążki sterownicze, wprowadziła maszynę w pętlę. Sprawdziła stan paliwa. Lot na dopalaczach pochłonął prawie całą benzynę, ale zostało jej jeszcze na tyle dużo, by bez tankowania wrócić do Langley. Nakamura zawróciła już do domu, kiedy przyszło jej do głowy, że przecież nie obserwowała lotu rakiety. Ale i tak nie miało to żadnego znaczenia. Buns zakręciła na zachód i wprowadziła samolot w łagodny lot nurkowy, który zakończyć się miał u wybrzeży Wirginii.
Na pokładzie learjeta oko kamery śledziło drogę pocisku. Napędzany paliwem stałym silnik rakiety pracował przez trzydzieści sekund, po czym oddzieliła się od niego głowica bojowa. Czujnik promieniowania podczerwonego osadzony w płaskim czubie pocisku już dawno odnalazł cel. Zainstalowany w radzieckim satelicie reaktor atomowy emitował tak wielką ilość ciepła, że dla wrażliwych instrumentów rakiety było ono niemal tak wyraźne jak energia wydzielana przez słońce. Kiedy już mózg elektroniczny wyliczał drogę przecięcia, zminiaturyzowany pocisk samokierujący zmienił lekko kurs i odległość między głowicą bojową a satelitą zaczęła się gwałtownie kurczyć. Sputnik mknął na północ z szybkością trzydziestu dwóch tysięcy kilometrów na godzinę. Rakieta – nowoczesny kamikadze – na południe – z prędkością ponad osiemnastu tysięcy. Kiedy…
– Jezu Chryste! – starszy oficer na pokładzie learjeta zamrugał gwałtownie oczyma i oderwał wzrok od ekranu telewizyjnego. Kilkaset kilogramów stali i paliwa ceramicznego zamieniło się w obłok pary. – Trafienie. Powtarzam: trafienie!
Obraz telewizyjny bez przerwy transmitowany był do dowództwa lotnictwa kosmicznego, gdzie radary odtwarzały go na ekranach. W tej chwili wielki satelita był już tylko orbitującą luźno chmurą śmieci.
– Cel zniknął – rozległ się czyjś dużo już spokojniejszy głos.
Zanik sygnału zarejestrowano w kilka sekund po zagładzie satelity Kosmos 1801. Nie zaskoczyło to specjalnie ekspertów radzieckich, gdyż 1801 kilka dni wcześniej wyczerpał już paliwo w sterujących silnikach rakietowych i od tego czasu był łatwym celem. Na wyrzutni w kosmodromie bajkonurskim spoczywała kolejna rakieta wynosząca F-1 M. Skrócony cykl odliczania powinien zakończyć się za dwie godziny. Niemniej od chwili zestrzelenia sputnika możliwości wykrywania i lokalizacji amerykańskich konwojów przez radziecką marynarkę zostały poważnie ograniczone.
– I jak? – spytała Buns, wyskakując dziarsko z kabiny myśliwca.
– Trafiony. Mamy wszystko na taśmie – odparł oficer, również major. – Coś wspaniałego.
– Jak pan myśli, kiedy pojawi się kolejny?
Jeszcze jeden, a zostanę asem – pomyślała.
– Sądzimy, że następny stoi już na wyrzutni. Dwanaście do dwudziestu czterech godzin. Nie wiemy, ile ich mają.
Nakamura skinęła głową. Siły powietrzne dysponowały jeszcze sześcioma rakietami AS AT. Może wystarczy, może nie – jedna jaskółka nie czyni wiosny i pozostałe pociski mogą okazać się zwykłym szmelcem.
Ruszyła do kwatery głównej eskadry na kawę i pączki.
– Niech cię diabli, Pasza – zaklął głównodowodzący Zachodnim Teatrem Wojny. – Nie potrzebuję czterogwiazdkowego zastępcy, który gania po polu bitwy, odgrywając rolę dowódcy dywizji. Popatrz na siebie! O mało ci łba nie rozwaliło!
– Potrzebowaliśmy przełomu. Dowódca czołgów poległ, jego zastępca był zbyt młody, więc musiałem ten przełom załatwić ja.
– A gdzie kapitan Siergietow?
– Major Siergietow – poprawił Aleksiejew. – Jako mój adiutant spisał się znakomicie. Został ranny w rękę i jest u lekarza. Więc co, jakimi siłami możemy wzmocnić 8. Gwardyjską Armię?
Obaj generałowie podeszli do wielkiej mapy.
– Te dwie dywizje czołgów są już w drodze. Pojawią się tu za dziesięć, dwanaście godzin. Jak oceniasz ten przyczółek?
– Mogłoby być lepiej – przyznał Aleksiejew. – Mieliśmy przy mostach trzy brygady, ale jakiś bałwan skierował na miasto rakiety i przy okazji zniszczył dwa mosty. Został tylko jeden. Przedarł się po nim na drugą stronę batalion piechoty zmotoryzowanej i trochę czołgów. Potem Niemcy zniszczyli ten most. Mają potężne wsparcie artyleryjskie, ale kiedy opuszczałem posterunek, nadjeżdżały właśnie nasze łodzie desantowe oraz jednostki do stawiania mostów. Oficer, który mnie zastąpił, postara się jak najszybciej przeprawić na drugą stronę.
– A opór przeciwnika?
– Słaby, ale ukształtowanie terenu działa na jego korzyść. Wedle moich wyliczeń dysponuje mniej więcej pułkiem; są to niedobitki różnych jednostek NATO: Trochę czołgów, ale głównie piechota zmotoryzowana. No i potężna artyleria. Kiedy odjeżdżałem, zaczęli właśnie ostrzał. Dysponujemy wprawdzie większą siłą ognia, lecz nasze baterie uwięzione są po tej stronie Leiny. Trwa wyścig, czyje posiłki dotrą prędzej.
– Już po twoim odjeździe Pakt Atlantycki przypuścił straszliwy atak powietrzny. Nasi próbują stawić mu czoło, ale wydaje się, że NATO ma przewagę w powietrzu.
– Nie możemy więc czekać do nocy. Nocą ci skurwiele całkowicie panują na niebie.
– Zatem kiedy? Teraz?
Aleksiejew skinął głową, ale myślał o ofiarach, jakie poniesie "jego" dywizja.
– Jak tylko połączymy pontony. Musimy rozszerzyć przyczółek do dwóch kilometrów i odtworzyć mosty. Jakie posiłki jeszcze mogą otrzymać oddziały NATO?
– Nasłuch radiowy twierdzi, że zidentyfikował dwie brygady: angielską i belgijską.
– Przyślą dużo więcej. Dobrze wiedzą, co się stanie, jeśli wykorzystamy obecną sytuację. Mamy w rezerwie 1. Gwardyjską Armię Czołgów…
– Chcesz zaangażować połowę naszych rezerw?
– Nie ma lepszego miejsca – Aleksiejew wskazał palcem na mapę. – Atak na Hanower został powstrzymany w pobliżu miasta. Jednostki grupy północnej osiągnęły przedmieścia Hamburga kosztem prawie wszystkich czołgów 3. Armii Uderzeniowej. Przy odrobinie szczęścia 1. Gwardyjska może wedrzeć się na tyły przeciwnika. A to sprawi, że dotrzemy co najmniej do Wezery; może do Renu.