Выбрать главу

Głównodowodzący Zachodnim Teatrem Wojny ciężko westchnął.

– To duże ryzyko, Pasza.

Ale z mapy wynikało jasno, że sytuacja nigdzie nie była tak pomyślna jak u nich. Jeśli siły Paktu Atlantyckiego są rzeczywiście tak rozciągnięte i słabe, jak twierdził wywiad, mieli ogromną szansę przejść. Może faktycznie o to chodziło?

– No dobrze. Zaczynaj działać.

Faslane, Szkocja

– Jakimi środkami do zwalczania okrętów podwodnych dysponują? – spytał kapitan USS "Pittsburgh".

– Bardzo poważnymi. Z naszych szacunków wynika, że Iwan posiada dwie potężne grupy bojowe przeznaczone specjalnie do tego celu. Jedna z nich koncentruje się wokół "Kijowa", a druga wokół krążownika typu Kresta. Istnieją ponadto cztery mniejsze grupy, każda złożona z fregaty klasy Krivak i czterech do sześciu fregat patrolowych typu Grisha i Mirka. Do tego dochodzi spora ilość samolotów oraz około dwudziestu okrętów podwodnych, z których połowę stanowią jednostki o napędzie atomowym – odparł prowadzący odprawę oficer.

– Czemu więc nie zostawić Morza Barentsa w spokoju? – mruknął pod nosem Todd Simms z USVS "Boston".

Jest to jakaś myśl – przyznał w duchu McCafferty.

– I mamy tam dotrzeć w siedem dni? – spytał "Pittsburgh".

– Tak. Pozwoli to bez pośpiechu rozpatrzyć wszystkie sposoby dostania się na tamten teren. Kapitanie Little?

Na podium pojawił się dowódca HMS "Torbay". James Little miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona, a na głowie strzechę potarganych włosów. Wyglądał jak napastnik drużyny piłkarskiej. Mówił głośno i z przekonaniem.

– Od pewnego czasu prowadzimy operację określoną mianem "Rozstrzygający Cios". Jej celem jest dokładne rozpoznanie, jakimi siłami do zwalczania okrętów podwodnych dysponuje Iwan na Morzu Barentsa; no i oczywiście, przy każdej nadarzającej się okazji spuszczamy baty Sowietom, którzy stają nam na drodze – uśmiechnął się. "Torbay" zatopił już cztery okręty. – Iwan stworzył barierę rozciągającą się od Wyspy Niedźwiedziej aż do wybrzeży Norwegii. Okolice Wyspy Niedźwiedziej Rosjanie solidnie zaminowali po tym, jak dwa tygodnie temu ich desant powietrzny zajął ten skrawek lądu. Bardziej na południe, o ile się orientujemy, barierę tworzy szereg mniejszych pól minowych, przed którymi czuwają tanga, jednostki o napędzie klasycznym wsparte nawodnymi, lotnictwem i okrętami atomowymi klasy Victor-III. Wygląda na to, że ich celem jest nie tyle niszczenie naszych łodzi podwodnych co ich odstraszenie. Za każdym razem, kiedy któraś z naszych jednostek podwodnych próbuje sforsować barierę, spotyka się z gwałtowną reakcją strony przeciwnej. To samo dzieje się na Morzu Barentsa. Owe niewielkie grupy stanowią śmiertelne zagrożenie. Osobiście przeżyłem jedno takie spotkanie z krwakiem i czterema grishami. Dysponowały ponadto stacjonującym na lądzie lotnictwem oraz helikopterami. Mam z tego spotkania wyjątkowo paskudne wspomnienia. Odkryliśmy również kilka nowych pól minowych. Okazuje się, że Sowieci stawiają je prawie na chybił trafił na głębokości stu osiemdziesięciu metrów. Przygotowują zresztą różne pułapki. Jedna z nich kosztowała nas "Trafalgara"; Iwan postawił niewielkie pólko minowe i umieścił w nim generator szumów imitujących do złudzenia idący na chrapach okręt podwodny o napędzie klasycznym, tango. Domyślamy się, że "Trafalgar" zapolował na to tango i w rezultacie władował się na minę. Musicie, panowie, o takich szczegółach cały czas pamiętać – Littre umilkł na chwilę, jakby chciał, by wygłoszona przez niego mądrość ugruntowała się w umysłach zebranych.

– W porządku. Macie ruszyć na północ-północ-zachód aż do skraju grenlandzkiego paka lodowego, po czym skierować się wzdłuż jego krawędzi aż do rowu Svyataya Anna. Za pięć dni trzy nasze okręty podwodne w asyście samolotów ASW kilka myśliwców narobią sporego rabanu przy barierze Wyspa Niedźwiedzia – Norwegia. Powinno to przykuć uwagę Iwana, który przesunie na zachód swe siły morskie szybkiego reagowania. W tym momencie ruszycie na południe ku swemu celowi. Naturalnie to droga okrężna, ale dzięki temu będziecie mogli przez większość czasu używać sonarów holowanych, a wzdłuż granicy lodu pływającego posuwać się względnie szybko bez ryzyka wykrycia.

McCafferty zastanawiał się przez chwilę. W pobliżu paka lodowego miliardy ton ruchomego lodu zawsze powodują straszliwy hałas.

– HMS "Sceptre" i HMS "Superb" przeprowadziły już tam rekonesans, napotykając nieliczne tylko patrole. Ponadto namierzyły dwa tanga. Niestety, nasi chłopcy mieli rozkaz tylko obserwować i nie angażować się w żadne akcje.

Stanowiło to dowód, jak niesłychane znaczenie Amerykanie przywiązywali do tej misji.

– Oba okręty będą tam na was czekać. Unikajcie zatem i wy wszelkich akcji zaczepnych.

– A jak tam dopłyniemy? – zainteresował się Simms.

– Najszybciej jak się da. Dwanaście godzin przed wami wypłynie co najmniej jedna jednostka podwodna, która usunie z drogi wszystkie przeszkody, jakie znajdzie. Kiedy osiągniecie już pak lodowy, będziecie musieli radzić sobie sami. Nasi chłopcy doeskortują was tylko do tego miejsca; potem czekają ich inne zadania. Iwan z pewnością wyśle waszym tropem grupy do zwalczania jednostek podwodnych; w tym chyba nie ma nic dziwnego, prawda? Przyciśniemy ich trochę na południe od Wyspy Niedźwiedziej, ale waszą najlepszą bronią będzie szybkość.

Kapitan "Bostona" pokiwał głową. Jego okręt mógł być szybszy niż rosyjska pogoń.

– Czy macie, panowie, jakieś pytania? – zakończył dowódca floty podwodnej na wschodnim Atlantyku. – Nie macie…? Zatem powodzenia. Postaramy się zapewnić wam jak największą pomoc.

McCafferty przejrzał szybko papiery z instrukcjami, po czym schował je do tylnej kieszeni spodni. "Operacja Doolittle". Wyszedł w towarzystwie Simmsa. Ich okręty sąsiadowały ze sobą przy pirsie. Jazda do portu trwała krótko. Na "Chicago" ładowano właśnie tomahawki do umieszczonych na dziobie wyrzutni. Z "Bostona", który był starszym modelem, musiano usunąć kilka torped, by zrobić miejsce dla rakiet.

Żaden kapitan podwodnego okrętu nie wpada w radosny nastrój, kiedy zabierają mu z pokładu torpedy.

– Nie martw się. Będę cię osłaniał – pocieszył Simmsa McCafferty.

– Będę niewymownie wdzięczny. Chyba już kończą. Przyjemnie będzie po powrocie znów napić się piwa – zachichotał Simms.

– Zatem do zobaczenia po powrocie.

Kapitanowie uścisnęli sobie ręce. Minutę później byli już na pokładach swoich jednostek. Czekał ich długi i niebezpieczny rejs.

USS "Pharris"

Helikopter Sikorsky Sea King nigdy nie oddalał się zanadto od fregaty, ale tym razem ze względu na rannych złamano przepisy. Dziesięciu najbardziej poszkodowanych marynarzy – poparzonych i połamanych – wsadzono do śmigłowca, który odleciał w stronę lądu. Morris odprowadzał maszynę wzrokiem z pokładu tego, co pozostało z "Pharrisa". Potem nałożył czapkę i zapalił papierosa. Ciągle nie wiedział, jak doszło do katastrofy. Zupełnie jakby kapitan rosyjskiego victora teleportował łódź z jednego miejsca na drugie.

– Kapitanie, myśmy zniszczyli trzech takich skurwieli – obok Morrisa pojawił się Clarke. – Może ten po prostu miał szczęście.

– Czyżby czytał pan w cudzych myślach, szefie?

– Przepraszam, nie rozumiem, sir. Prosił pan, bym sprawdził kilka rzeczy. Niebawem pompy uporają się z całą wodą. Mamy w prawej burcie przeciek, przez który wlewa się około dziesięciu galonów na godzinę; to drobnostka. Grodzie jakoś trzymają, ale cały czas czuwają przy nich ludzie. To samo odnosi się do kabli holowniczych. Ci z "Papago" znają się na swojej robocie. Inżynier melduje, że oba kotły już naprawione, ale ciągle jeszcze pracuje tylko jeden. Cały czas działa system Preria/Maska. Sea sparrow jest gotów, lecz radary są ciągle nieczynne.