Выбрать главу

Morris skinął głową.

– Dziękuję, szefie. A jak ludzie?

– Zapracowani. Harują jak dzicy.

To jedyna pozytywna rzecz, jaka mnie spotyka – pomyślał Morris. – Załoga jest zajęta.

– Jeśli wolno coś powiedzieć, sir, wygląda pan na nieludzko zmęczonego – odezwał się Clarke.

Bosman martwił się o swego kapitana, ale powiedział za dużo.

– Niebawem sobie dobrze wypoczniemy.

Sunnyvale, Kalifornia

– Na niebie kolejny ptaszek – poinformował dowódcę północnoamerykańskiej obrony przestrzeni powietrznej oficer dyżurny. – Wystrzelono go z kosmodromu w Bajkonurze i nadano mu kurs jeden-pięć-pięć, co wskazuje na to, że najprawdopodobniej przyjmie nachylenie orbitalne sześćdziesięciu pięciu stopni. Cechy charakterystyczne sugerują, że może to być albo S S-11 ICBM, albo rakieta typu F-1.

– Tylko jeden?

– Owszem, sir. Tylko jeden.

Większość oficerów lotnictwa ogarnął nagły niepokój. W ciągu czterdziestu, pięćdziesięciu minut nad centralnymi rejonami Stanów Zjednoczonych pojawić się miał pocisk. Rakieta taka mogła znaczyć wiele rzeczy. Rosyjskie SS-9, podobnie jak ich amerykańskie odpowiedniki, były przestarzałe i przerabiano je na satelitarne rakiety wynoszące. Ale, w przeciwieństwie do amerykańskich urządzeń, pierwotnie przeznaczono je do systemu frakcyjnego bombardowania orbitalnego. Ten pocisk potrafił wynieść na orbitę dwudziestopięciomegatonową głowicę nuklearną, która lecąc już później samodzielnie, do złudzenia przypominała zwykłego, nieszkodliwego satelitę.

– Silnik rakietowy umilkł… w porządku, odłączył się; teraz pracuje drugi człon – poinformował przez telefon pułkownik. Rosjanie byliby zdumieni, gdyby wiedzieli, jak precyzyjne są nasze kamery – pomyślał. – Tor pocisku stały.

Północnoamerykańskie dowództwo obrony powietrznej poinformowało już Waszyngton o niebezpieczeństwie. Jeśli miał nastąpić atak atomowy, naczelne władze państwa powinny zareagować. Wiele z aktualnych scenariuszy przewidywało detonację potężnej głowicy bojowej wysoko nad wybranym krajem. Silne promieniowanie elektromagnetyczne zniszczyłoby systemy łączności. SS-9, który stworzony został do frakcyjnego bombardowania orbitalnego, do tej roli nadawał się znakomicie.

– Odłączył się drugi człon… pracuje trzeci. Macie naszą pozycję?

– Mamy – odparł generał z Cheyenne Mountain.

Sygnały z satelity wczesnego ostrzegania napływały bezpośrednio do kwatery północnoamerykańskiego dowództwa obrony powietrznej i trzydziestu dyżurnych z zapartym tchem obserwowało na odwzorowaniu kartograficznym tor radzieckiej rakiety.

Dobry Boże, nie dopuść, by była to głowica jądrowa…

Obecnie obserwację wrogiego obiektu przejął naziemny radar zainstalowany w Australii. Przekazywał obraz trzeciego członu rakiety, a w chwilę później drugiego segmentu spadającego do Oceanu Indyjskiego. Radar australijski sprzężony był z nadajnikami w Sunnyvale i w Cheyenne Mountain.

– Wygląda na to, że zrzuca osłony – odezwał się ktoś w Sunnyvale.

Obraz radarowy pokazywał, że od trzeciego członu oderwały się cztery obiekty. Prawdopodobnie ochronny całun aluminiowy, konieczny do lotów w atmosferze, ale w przestrzeni kosmicznej stanowiący jedynie zbędne obciążenie. Obserwatorzy odetchnęli z ulgą. Pojazd, który miałby powrócić na Ziemię, potrzebowałby takiej osłony, ale nie satelita. Po pięciu pełnych napięcia minutach przyszła pierwsza dobra wiadomość. Radziecki obiekt nie stanowił elementu systemu frakcyjnego bombardowania orbitalnego.

Pas startowy w bazie lotniczej w Tinker w Oklahomie opuszczał wojskowy samolot RC-135. Silniki przerobionego samolotu pasażerskiego Boeing 707 ziały ogniem, kiedy maszyna nabierała wysokości. W pomieszczeniu, gdzie w normalnych warunkach podróżowali pasażerowie, zainstalowany był potężny teleskop-kamera, który służył do śledzenia radzieckich pojazdów kosmicznych. W tylnej części samolotu technicy uruchomili skomplikowany system do zestrajania obwodów nakierowujących kamerę na odległe cele.

– Wypalił się – przekazali wiadomość do Sunnyvale. – Rakieta osiągnęła szybkość orbitalną. Apogeum wynosi dwieście pięćdziesiąt kilometrów, a perygeum – dwieście trzydzieści.

Wszystkie te dane wymagały jeszcze dokładnego sprawdzenia, ale Waszyngton i dowództwo obrony powietrznej życzyły sobie już teraz podstawowych informacji.

– Jakie są wasze oceny? – zwrócił się do dyżurnych w Sunnyvale dowódca północnoamerykańskiej obrony powietrznej.

– Wszystko wskazuje na to, że wystrzelili radiolokacyjnego rozpoznawczego satelitę morskiego RORSAT. Jedyną innowacją jest to, że wziął kurs orbitalny południowy, nie północny.

Dla wszystkich było to jasne. Każdy rodzaj rakiety wystrzelonej nad biegun pociągał za sobą niebezpieczeństwo, którego nikt nawet nie chciał rozważać.

Trzydzieści minut później sytuacja była już klarowna. Załoga RC-135 uzyskała dokładny obraz radzieckiego satelity. Jeszcze zanim zakończył pierwsze okrążenie, został zakwalifikowany jako RORSAT. Ten nowy zwiadowczy sputnik mógł stanowić poważne zagrożenie dla marynarki, ale nie mógł zagrozić światu.

Ludzie z Sunnyvale i z Cheyenne Mountain trzymali rękę na pulsie.

Islandia

Wędrowali ścieżką, okrążając górski masyw. Vigdis objaśniła, że okolice te były ulubionym celem turystów.

Z niewielkiego lodowca po północnej stronie góry brało początek pół tuzina strumieni, które spływały do rozległej doliny, gdzie ulokowało się wiele małych farm. Mieli wyśmienity, otwarty widok na całą rozciągającą się poniżej, pociętą kilkoma drogami dolinę. Na nich przede wszystkim skupili uwagę. Edwards zastanawiał się, czy po prostu nie przeciąć doliny zamiast wędrować uciążliwym, skalistym bezdrożem po wschodniej stronie.

– Ciekawe, co to za stacja radiowa? – odezwał się Smith, wskazując majaczącą w odległości jakichś trzynastu kilometrów wieżę.

Mikę popatrzył pytająco na Vigdis, ale ta wzruszyła ramionami. Właściwie nigdy nie słuchała radia.

– Z tej odległości trudno cokolwiek wywnioskować – zauważył porucznik. – Ale najprawdopodobniej siedzą tam Rosjanie.

Rozwinął dużą mapę. Informowała, że w tej części wyspy było sporo dróg, lecz wiadomość tę należało traktować ostrożnie. Tylko dwie z nich miały w miarę przyzwoitą nawierzchnię. Pozostałe oznaczono jako "sezonowe" – co to mogło znaczyć? – zastanawiał się Edwards. Niektóre szlaki naniesiono bardzo dokładnie, inne mniej. Ale mapa nie mówiła, które są które. Radzieccy żołnierze jeździli jeepami, a nie lekkimi transporterami, jak miało to miejsce pierwszego dnia wojny. Dobry kierowca, dysponując samochodem z napędem na cztery koła, mógł praktycznie dojechać wszędzie. Czy Rosjanie mieli tak sprawnych kierowców?… Tyle pytań, na które nie ma odpowiedzi – myślał Edwards.

Porucznik zwrócił lornetkę na zachód. Dostrzegł startujący z niewielkiego lotniska dwuśmigłowy samolot pasażerski.

Zapomniałeś o tym, prawda? – zganił się w duchu. – Tych właśnie pudeł Rosjanie używają do przewożenia swego wojska…

Doszedł do wniosku, że powinien jednak zasięgnąć rady fachowca.

– Sierżancie, co pan o tym sądzi? – zapytał.

Smith skrzywił się. Mogli wybierać między fizycznym niebezpieczeństwem a fizycznym wyczerpaniem. Trudny wybór – pomyślał. – Ale od tego przecież mamy oficerów.

– Ciągle obserwujemy jakieś patrole, poruczniku. Masa dróg. Na pewno też wiele posterunków obserwacyjnych. Chcą mieć oko na tutejszych mieszkańców. Tamta radiostacja służy im też zapewne do celów nawigacyjnych. Niewątpliwie jest dobrze strzeżona. Jeśli to nawet zwykła rozgłośnia, też będzie pilnowana. A farmy… panno Vigdis, co to za gospodarstwa?