– A może znów zaatakować za pomocą B-52? – zasugerował jeden ze szkockich pilotów. – Nadleciałyby jak za pierwszym razem, ale… – wyjaśnił w zarysie zmiany, jakie musiałyby nastąpić w profilu ataku. – Teraz, kiedy dysponujemy "odmieńcami" powinno to się udać.
– Jeśli pragnie pan ze mną współpracować, dowódco, proszę nieco uprzejmiej wyrażać się o mojej maszynie – pilot prowlera najwyraźniej nie lubił, kiedy jego wart czterdzieści milionów dolarów samolot określał ktoś takim mianem. – Mogę zniszczyć kierujące SAM-ami radary, ale proszę nie zapominać, że rakiety SA-11 dysponują systemem naprowadzającym na podczerwień. Założę się o każde pieniądze, że mogą trafić tomcata z odległości piętnastu kilometrów.
Piloci doskonale znali tę nieprzyjemną stronę rakiet SA-11. Pociski te nie zostawiały za sobą prawie żadnej smugi spalin, przez co było je trudno zauważyć. A jak umykać przed SAM-em, którego się nie widzi?
– Będziemy trzymać się z daleka od Mr. SAM-a. Po raz pierwszy panowie, wszystko przemawia na naszą korzyść.
Piloci myśliwscy zaczęli ustalać szczegóły planu. Dysponowali dokładnymi informacjami wywiadu o tym, jak rosyjskie myśliwce zachowują się w walce. Radziecka taktyka była dobra, ale łatwa do przewidzenia. Jeśli Amerykanie przyjmą strategię znaną Iwanowi, ten zareaguje zgodnie z oczekiwaniami pilotów Paktu Atlantyckiego.
Aleksiejew nigdy nie sądził, że ta wojna będzie łatwa, ale też nie przyszło mu do głowy, by lotnictwo sprzymierzonych mogło opanować nocne niebo. Cztery minuty po północy nie zauważony przez radary samolot zniszczył stację radiową dowództwa Zachodniego Teatru Wojny. Tak zatem Rosjanom, którzy dotąd dysponowali trzema stacjami – każda oddalona była o dziesięć kilometrów od bunkra dowództwa – pozostała już tylko jedna oraz ruchomy radiowy nadajnik, raz już zaatakowany przez wroga. Używano naturalnie ciągnących się pod ziemią kabli sieci telefonicznej, ale w miarę posuwania się w głąb terytorium nieprzyjaciela środek ten stawał się coraz mniej pewny. Instalowane natomiast przez korpus łączności przewody zbyt często bywały niszczone przez bomby przeciwnika bądź własny, niedbale prowadzony pojazd. Rosjanie potrzebowali komunikacji radiowej, a tę NATO systematycznie im niszczyło.
Samoloty Paktu ośmieliły się nawet zaatakować sam kompleks bunkrów dowództwa – makieta schronu umieszczona została dokładnie między dwiema radiostacjami i na nią poszedł atak ośmiu myśliwców bombardujących, które zasypały te miejsca pojemnikami z napalmem, wiązkami bomb i materiałem wybuchowym z opóźnionym zapłonem. Specjaliści od artylerii stwierdzili, że był to tak potężny szturm, iż przypuszczony na prawdziwy kompleks, pociągnąłby za sobą ofiary. Ale to już kwestia umiejętności naszych inżynierów – pomyślał generał. Bunkry, w założeniu, wytrzymać miały nawet uderzenie głowicy nuklearnej, gdyby ta spadła w pobliżu.
Po drugiej stronie Leiny walczyła już teraz cała dywizja. Jej resztki – poprawił się w duchu Aleksiejew. Dwie dodatkowe formacje czołgów usiłowały sforsować rzekę, ale mosty pontonowe zostały zbombardowane zeszłej nocy akurat w chwili, gdy te jednostki do nich dotarły. Nadciągały posiłki Paktu Atlantyckiego – posuwające się oddziały stanowiły naturalnie cel ataków radzieckiego lotnictwa, lecz rosyjskie myśliwce bombardujące ponosiły przy tym koszmarne straty. Taktycy… nie, amatorzy rozprawiający o taktyce – myślał z goryczą Aleksiejew. – Zawodowy żołnierz studiuje logistykę. Generał zdawał sobie sprawę, iż kluczem do sukcesu było utrzymanie mostów na Leinie i zapewnienie sprawnego transportu na wiodących do Alfeld drogach. Dopóki Aleksiejew nie wyznaczył do tego zadania grupy pułkowników, system radzieckiego transportu załamał się był dwukrotnie.
– Musimy znaleźć lepsze miejsce – mruknął generał.
– Słucham, towarzyszu generale? – spytał Siergietow.
– Do Alfeld prowadzi tylko jedna dobra droga – generał uśmiechnął się ironicznie. – A potrzebujemy co najmniej trzech.
Popatrzyli na drewniane klocki ustawione na mapie. Każdy klocek oznaczał batalion. Jednostki rakietowe i formacje dział przeciwlotniczych tworzyły korytarz ciągnący się na północ i południe wzdłuż drogi nieustannie niszczonej przez miny, których NATO w takiej ilości użyło po raz pierwszy.
– Dwudziesta Czołgów poniosła poważne straty – westchnął Aleksiejew.
Jego żołnierze. Mogli szybko dokonać przełomu – mogli, gdyby nie lotnictwo Paktu Atlantyckiego.
– Te dwie rezerwowe dywizje szybko dokończą dzieła – odezwał się Siergietow.
Aleksiejew przyznał mu w duchu rację z pewnym zastrzeżeniem. Jeśli naturalnie nie wydarzy się coś złego.
Morris siedział naprzeciwko biurka dowódcy nawodnych sił amerykańskiej Floty Atlantyckiej. Trzygwiazdkowy admirał mawiał o swojej karierze, że przebiegła ona w "prawdziwej marynarce", wśród fregat, niszczycieli i krążowników. Wprawdzie tym niewielkim, szarym okrętom brakowało splendoru lotnictwa i tajemniczości okrętów podwodnych, ale w obecnej chwili los płynących przez Atlantyk konwojów zależał właśnie od jednostek nawodnych.
– Iwan zmienił taktykę dużo szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Atakuje najpierw eskortę. Uderzenie na pański okręt było dokładnie przemyślane. To nieprawda, że po prostu nadział się pan na Rosjanina. Prawdopodobnie już od jakiegoś czasu ostrzył sobie na "Pharrisa" zęby.
– Próbują eliminować eskortę?
– Tak, ale ze szczególnym uwzględnieniem jednostek, które ciągną za sobą „ogon". Zadaliśmy duże straty radzieckim siłom podwodnym – niewystarczające, ale duże. Statki z holowanymi antenami sonarowymi spisują się znakomicie. Iwan zorientował się, w czym rzecz i natychmiast wydał im walkę. Poszukuje nawodnych jednostek z holowanym hydrolokatorem, lecz z nimi nie jest łatwo. Zniszczyliśmy trzy rosyjskie jednostki, które próbowały się do nich podkraść.
Morris w milczeniu kiwał głową. Statki z anteną holowaną stanowiły zmodyfikowany model tuńczykowca. Wlokły za sobą potężne kable pasywnego sonaru. Jednostek tych było za mało, by zapewnić bezpieczeństwo wszystkim konwojom. Pilnowały jedynie połowy tras, ale dostarczały przy tym dokładnych informacji dowództwu zwalczania floty podwodnej, które mieściło się w Norfolk.
– Czemu więc Iwan nie wysyła backfire'ów przeciw tym tuńczykowcom?
– Też się nad tym zastanawialiśmy. Najwyraźniej Rosjanie uważają, że nie są warte aż takiego wysiłku. A tak między nami mówiąc, na tych jednostkach instalujemy dużo lepszą aparaturę elektroniczną, niż ktokolwiek by przypuszczał, i niebywale trudno wykryć je za pomocą radaru.
Admirał nie rozwijał tematu, a Morris zastanawiał się, czy technologia maskowania – nad którą marynarka pracowała od lat – znalazła zastosowanie w jednostkach nawodnych z holowaną anteną sonarową. Jeśli Rosjanie nie rzucają całych swych sił podwodnych przeciw tuńczykowcom – tym lepiej.
– Zarekomendowałem pana do odznaczenia, Ed. Sprawował się pan znakomicie. Tylko trzech moich kapitanów miało lepsze wyniki. Jeden z nich właśnie wczoraj poległ. Jak bardzo jest uszkodzony pański okręt?
– Chyba już do niczego się nie nadaje. Strzelał w nas victor. Dostaliśmy w dziób. Odpadł kil i… dziób sobie odpłynął, sir. Straciliśmy cały przód, aż po wyrzutnię rakiet do zwalczania okrętów podwodnych. Wielkich spustoszeń dokonał sam wstrząs, ale te uszkodzenia prawie w całości naprawiliśmy. Jeśli mój okręt ma jeszcze kiedykolwiek wypłynąć w morze, trzeba by mu dorobić cały nowy dziób.
Admirał skinął głową. Przeglądał już wykaz szkód.