Выбрать главу

Zarządził dłuższy postój by nałowić ryb. Dalej czekała ich wędrówka przez tereny niezamieszkane.

Karabin i plecak złożył obok skały i nakrył je swą ochronną kurtką. Towarzyszyła mu Vigdis. Zresztą prawie cały dzień nie odstępowała go na krok. Smith i żołnierze piechoty morskiej znaleźli dobre miejsce na odpoczynek, podczas gdy porucznik miał zajmować się wędkarstwem. W powietrzu krążyły roje komarów. Wprawdzie sweter skutecznie chronił ciało, ale twarz porucznika stanowiła dla insektów nie lada atrakcję. Edwards starał się więc po prostu ignorować robactwo. Na powierzchni wody unosiło się kilka owadów. Polowały na nie pstrągi. Za każdym więc razem, kiedy Mikę widział na wodzie rozchodzące się kręgi, rzucał tam przynętę.

Wędzisko ponownie się wygięło.

– Mam następnego! – krzyknął.

Sierżant Smith wysunął z krzaków głowę, gniewnie nią potrząsnął i znów skrył się w zaroślach.

Edwards wprawdzie w taki sposób nigdy ryb nie łowił, ale kiedy wypływał z ojcem łodzią w morze, robił rzeczy podobne. Porucznik więc szarpał rytmicznie wędziskiem w górę i w dół tak długo, aż zmęczył zdobycz. Wtedy zaczął holować ją na skały.

W pewnej chwili potknął się, upadł w płytką wodę, ale nie wypuścił z rąk naprężonego kija. Podniósł się niezdarnie i zrobił krok do tyłu. Sfatygowane spodnie były mokre i ubłocone czarnym mułem.

– Patrz, jaka wielka – powiedział, odwracając się do Vigdis.

Zobaczył, że dziewczyna się śmieje. Vigdis obserwowała przez chwilę, jak porucznik mocuje się z rybą, po czym podeszła do niego. W minutę później pomogła mu wyciągnąć łup z wody.

– Ma ze trzy kilo – powiedziała, unosząc trofeum.

Mikę, gdy miał dziesięć lat, złowił ważącą pięćdziesiąt kilogramów albakorę, ale ten brązowy pstrąg wydawał mu się dużo większy.

Pięć kilo ryby w dwadzieścia minut – pomyślał, nawijając żyłkę na kołowrotek. – Przecież tutaj można spokojnie przeżyć.

Helikopter pojawił się bez ostrzeżenia. Wiał zachodni wiatr – śmigłowiec zapewne patrolował leżącą na wschodzie drogę – i kiedy usłyszeli warkot pięciołopatkowego śmigła, maszyna znajdowała się już w odległości kilometra. Nadlatywała prosto na nich.

– Kryć się! – zawołał Smith.

Żołnierze wprawdzie byli dobrze zamaskowani, ale Mikę i dziewczyna stali na odsłoniętej przestrzeni.

– Boże święty! – szepnął Edwards, lecz nie przerwał nawijania żyłki. – Zdejmuj rybę z haczyka i udawaj, że nic się nie dzieje.

Vigdis utkwiła w nim wzrok. Bała się odwrócić w kierunku nadlatującego helikoptera. Ręce jej się trzęsły, gdy usiłowała zdjąć z haczyka trzepoczącą się rybę.

– Wszystko będzie dobrze, Vigdis.

Objął ją w pasie i swobodnym krokiem zaczęli oddalać się od strumienia. Mocno przytuliła się do niego. Wywarło to na poruczniku większe wrażenie niż obecność rosyjskiego śmigłowca. Dziewczyna okazała się dużo silniejsza niż myślał. Jej ramię niczym gorąca obręcz obejmowało mu plecy i klatkę piersiową.

Śmigłowiec był już nie dalej niż pięćset metrów. Pochylony do przodu kierował w nich lufę szybkostrzelnego działka.

Edwards wiedział, że nic nie jest w stanie zrobić. Karabin leżał pięćdziesiąt metrów dalej i był przykryty kurtką. Gdyby nawet porucznik okazał się wystarczająco szybki, by dopaść broni, tamci od razu zorientowaliby się, o co chodzi. Spoglądał nadlatującej śmierci w oczy i czuł słabość w nogach.

Powoli, ostrożnie Vigdis wyciągnęła rękę, w której trzymała rybę. Dwoma palcami drugiej ręki pchnęła obejmujące ją w pasie ramię Edwardsa i nieoczekiwanie dłoń mężczyzny spoczęła na jej lewej piersi. Potem śmiało uniosła rybę nad głowę. Mikę odrzucił wędzisko i schylił się po drugiego pstrąga. Vigdis skopiowała jego ruch tak, że nie musiał zdejmować dłoni. Też uniósł zdobycz. A nad nimi, w odległości pięćdziesięciu metrów znajdował się helikopter bojowy Mi-24. Wokół jego śmigła lśniła aureola wodnej mgły.

– Zjeżdżaj stąd! – wycedził przez zęby Edwards.

– Mój ojciec uwielbia łowić ryby – powiedział porucznik, manipulując przy tablicy rozdzielczej.

– Pieprzyć ryby – odparł kanonier. – Tamtą to bym złowił. Patrzcie, gdzie ten młody skurwiel trzyma łapę.

Zapewne nawet nie wiedzą, co się dzieje – pomyślał. A jeśli nawet, to mają na tyle oleju w głowie, by nic nie kombinować. Miło pomyśleć, że są ludzie, których nie dotyczy wariactwo, jakie ogarnęło świat…

Pilot popatrzył na wskaźniki paliwa.

– Wyglądają nieszkodliwie. Benzyny mamy na pół godziny. Wracamy.

Helikopter przechylił się do tyłu i przez straszną chwilę Edwards myślał, że maszyna wyląduje. Ale ta okręciła się tylko wokół własnej osi i odleciała na południowy zachód. Jeden z żołnierzy pomachał im ręką. Vigdis oddała gest. Oboje stali bez ruchu, spoglądając za niknącym w oddali śmigłowcem. Dziewczyna cały czas mocno obejmowała Edwardsa, a on dopiero teraz zorientował się, że Vigdis nie nosi stanika. Bał się ruszyć ręką, bał się wykonać najmniejszy ruch. Czemu to zrobiła? By wystrychnąć Rosjan na dudków… by uspokoić Edwardsa… samą siebie? Ta kwestia wydała mu się w tej chwili całkiem nieistotna.

Marines nie wychylali nosa z krzaków i porucznik stał z dziewczyną sam na sam. Dłoń mu płonęła, a w głowie miał mętlik. Nie wiedział co robić.

Pierwsza gest wykonała Vigdis. Dłoń porucznika ześlizgnęła się z piersi dziewczyny, kiedy ta odwróciła się w jego stronę i wtuliła mu twarz w ramię. No i proszę, w jednym ręku trzymam najpiękniejszą dziewczynę, jaką spotkałem w życiu – pomyślał – a w drugim tę sakramencką rybę. Rozwiązanie było proste. Odrzucił pstrąga i zamknął Vigdis w objęciach.

– Już wszystko w porządku? – spytał cicho.

Popatrzyła mu prosto w oczy.

– Chyba tak.

Istniało tylko jedno słowo na określenie tego, co porucznik czuł do dziewczyny, którą właśnie trzymał w ramionach. Ale zdawał też sobie sprawę, że nie pora i nie czas na to. Pozostał jednak wyraz jego twarzy, pozostało niewypowiedziane słowo. Delikatnie pocałował Vigdis w policzek. Uśmiech, jakim go obdarzyła, liczył się bardziej niż wszystko, czego Edwards w życiu doświadczył i co poznał.

– Przepraszam, że przerywam… – obok nich wyrósł sierżant Smith.

– No tak – odparł Edwards, wyswobadzając się z objęć dziewczyny. – Pryskajmy stąd, zanim zdecydują się wrócić.

USS "Chicago"

Sprawy układały się pomyślnie. Amerykańskie Oriony P-3C i brytyjskie nimrody towarzyszyły im aż do granicy paka lodowego. Okręty podwodne musiały wprawdzie w pewnym momencie zboczyć z kursu, by uniknąć spotkania z rosyjską łodzią, która najprawdopodobniej czaiła się na ich trasie, ale to wszystko. Wyglądało na to, że Iwan, przekonany, iż niepodzielnie panuje na Morzu Norweskim, pchnął większość swej floty głębinowej na południe.

Do granicy lodu pływającego zostało jeszcze sześć godzin. "Chicago", dryfując na czele procesji podwodnych okrętów, kończył właśnie obrót wokół własnej osi. Sonar przeczesywał czarną wodę w poszukiwaniu ewentualnej radzieckiej jednostki, ale docierały doń jedynie odległe pomruki ruchomego lodu.

Zespół przy nakresach ustalił wreszcie pozycje pozostałych amerykańskich okrętów. McCafferty był rad, widząc z jakim trudem – nawet przy użyciu najnowszego amerykańskiego sprzętu – udało się tego dokonać. Skoro oni mieli kłopoty, to co mówić o Rosjanach? Marynarze zdawali się być dobrej myśli. Trzy dni na lądzie okazały się sprawą bardzo ważną. Ale piwo dostarczone przez norweskiego kapitana i wieść o tym, czego dokonały wystrzelone z "Chicago" harpoony z ich jedynym prawdziwym kontaktem, przyćmiły wszystko inne. Zapoznał w ogólnym zarysie załogę z czekającym ją zadaniem. Wiadomość przyjęto spokojnie, padło nawet kilka żarcików o powrocie do domu – na Morze Barentsa.