– Minął nas właśnie "Boston", kapitanie – oznajmił pierwszy oficer. – Teraz my będziemy w kambuzie.
McCafferty znów zaczął studiować nakres. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku, ale wolał uważnie sprawdzić. Przy tylu okrętach podwodnych płynących tym samym kursem prawdopodobieństwo kolizji było duże. Bosman dyżurny przedstawił listę jednostek, które minęły już "Chicago". Kapitan był zadowolony.
– Dwie trzecie naprzód – zarządził.
Sternik potwierdził przyjęcie rozkazu i włączył komunikator.
– Maszynownia mówi, że jest dwie trzecie – poinformował po chwili.
– Bardzo dobrze. Ster, dziesięć stopni w lewo. Nowy kurs: trzy-cztery-osiem.
"Chicago" zwiększył prędkość do piętnastu węzłów i zajął miejsce na samym końcu zmierzającej ku Arktyce procesji.
DEMONY
– Ster, cała w lewo! – krzyknął Morris, wskazując kilwater mknącej torpedy.
– Tak jest, ster cała w prawo! – odkrzyknął sternik, przekręcając koło najpierw w prawo, potem w lewo, a następnie ustawiając je w pozycji neutralnej.
Morris stał na lewym skrzydle mostka. Na spokojnym morzu doskonale było widać ślad torpedy powtarzającej wszystkie manewry ściganej fregaty. Próbował nawet cofnąć okręt, ale to też nie odniosło skutku – torpeda ruszyła tym samym torem. W pewnej chwili straszliwa broń zatrzymała się i wzniosła nad powierzchnię wody tak, że kapitan ujrzał ją w całej krasie. Była biała, a na jej nosie widniało coś, co przypominało czerwoną gwiazdę… i posiadała oczy – jak wszystkie samosterujące torpedy. Morris nadał okrętowi pełną szybkość, ale torpeda, prawie cała wynurzona z wody, pomykająca nad falami jak latająca ryba nie chciała go opuścić. Ujrzeć mógł ją każdy… ale widział tylko Morris.
Była coraz bliżej. Piętnaście metrów, dziesięć, pięć.
– Gdzie jest mój tata? – spytała mała dziewczynka. – Chcę mego tatę!
– W czym problem, kapitanie? – zapytał pierwszy oficer.
Dziwna rzecz, ale pytający nie miał głowy…
Morris zlany zimnym potem usiadł wyprostowany na łóżku. W piersi galopowało mu serce. Stojący na półce zegarek elektroniczny wskazywał czwartą pięćdziesiąt cztery nad ranem. Ed wyszedł z pościeli i chwiejnie poczłapał do łazienki. Spryskał twarz zimną wodą. To już drugi raz tej nocy – pomyślał. W drodze do Bostonu koszmar nawiedził go dwukrotnie, zamieniając chwile wypoczynku w pasmo udręki. Morris był ciekaw, czy krzyczał przez sen. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś. To nie była twoja wina – odezwał się do twarzy w lustrze. Ale ty byłeś kapitanem – odparło oblicze.
Morrisowi starczyło sił, by odwiedzić tylko pięć domów. Rozmowy z żonami i rodzicami poległych okazały się prostsze. Oni rozumieli. Ich synowie, ich mężowie byli marynarzami, którzy świadomie podjęli ryzyko tego zawodu. Ale czteroletnia córeczka mata drugiej klasy Jaffa Evansa nie potrafiła zrozumieć, czemu jej tata nigdy już się w domu nie pojawi. Morris wiedział, że podoficer drugiej klasy dużo nie zarabiał. Ale człowiek ten uczynił wszystko, by jego domek wyglądał jak prawdziwy dom. Pamiętał zresztą Evansa z okrętu. Mężczyzna o złotych rękach, wyśmienity podoficer artylerii. W swoim domu pomalował każdą ścianę. Wykończył całą stolarkę. A mieszkał tam zaledwie siedem miesięcy. Morrisowi nie mieściło się w głowie, jak ten człowiek znalazł tyle czasu, by aż tak dużo zrobić. A musiał to robić sam. Nie stać go było na wynajmowanie firmy. Pokój Ginny stanowił wstrząsający dowód miłości, jaki w spadku zostawił dziewczynce ojciec. Na wykonanych przez niego własnoręcznie półkach stały lalki z całego świata. Morris, ujrzawszy pokoik Ginny, po prostu uciekł. Czuł, że za chwilę oszaleje, a z jakichś absurdalnych względów nie chciał przed obcymi ujawniać swych prawdziwych uczuć. Wrócił do domu. W portfelu miał listę z pozostałymi nazwiskami. Zasnął tylko dlatego, że był śmiertelnie znużony…
Teraz jednak stał przed lustrem i spoglądał na człowieka o zapadniętych oczach, który marzył jedynie o tym, by była z nim jego żona. Morris przeszedł do kuchni swego parterowego domku i zaczął bezmyślnie przygotowywać kawę. Pod drzwiami bielały poranne gazety i kapitan uświadomił sobie nagle, że czyta artykuły o wojnie, które są albo nieścisłe, albo już nieaktualne. Jak na możliwości dziennikarzy sprawy toczyły się zbyt szybko. Znalazł tam między innymi relację naocznego świadka o trafieniu nie wymienionego z nazwy niszczyciela przez rakietę, która sforsowała obronę powietrzną. Potem była "analiza", z której jasno wynikało, iż jednostki nawodne są zbyt przestarzałe, by sprostać zdecydowanemu atakowi rakietowemu. Wszystko kończyło się pytaniem, gdzie są lotniskowce. To akurat pytanie bardzo na miejscu – pomyślał Morris.
Wypił kawę i poszedł do łazienki wziąć prysznic. Skoro i tak nie śpię – pomyślał – mogę pojechać do pracy.
Wyjął z szafy mundur i parę minut później opuścił dom. Kiedy na niebie pojawiły się pierwsze zorze, Morris jechał już do bazy morskiej w Norfolk.
Czterdzieści minut później wszedł do jednego z kilku pomieszczeń operacyjnych, gdzie wprowadzano na zakresy pozycje konwojów i miejsca pobytu ewentualnych wrogich okrętów podwodnych. Na przeciwległej ścianie wisiała plansza z wykazem przypuszczalnych sił rosyjskich oraz tabela podająca liczbę i typ zniszczonych jednostek. Na innej ścianie widniał spis własnych strat. Jeśli chłopcy z wywiadu mają rację – pomyślał Morris – wynik wojny, jak dotąd, jest chyba remisowy; ale w pojęciu Rosjan remis równał się zwycięstwu.
– Dzień dobry, komandorze – przywitał go dowódca sił nawodnych amerykańskiej Floty Atlantyckiej. Admirał najwyraźniej również niewiele spał tej nocy. – Wygląda pan trochę lepiej.
Lepiej niż co? – zastanowił się Morris.
– Mamy kilka pomyślnych wiadomości.
Załogi B-52 mimo towarzyszącej im potężnej eskorty myśliwców dręczył głęboki niepokój. Tysiąc siedemset metrów pod nimi stanowiąca górną osłonę bombowców eskadra tomcatów F-14 kończyła właśnie pobieranie paliwa z tankowca powietrznego KC-135. Z kolei do tankowania w locie przystąpiła następna. Zza horyzontu wynurzył się rąbek słońca, ale ocean spowijał jeszcze mrok. Była trzecia nad ranem czasu miejscowego – pora, kiedy reakcje człowieka przebiegają najwolniej.
Klaksony alarmowe wyrwały rosyjskich pilotów ze snu. Załogi naziemne w niecałe dziesięć sekund były już przy maszynach, zaczynając wszelkie niezbędne czynności, podczas gdy lotnicy wdrapywali się po żelaznych drabinkach do kabin. Tam natychmiast włączali zainstalowane w hełmach radia, by poznać przyczyny pobudki.
– Po zachodniej stronie potężna emisja z radiostacji zagłuszających nieprzyjaciela – oznajmił dowódca pułku.
– Plan Trzy. Powtarzam: Plan Trzy.
Operator ruchomego radaru obserwował na ekranie pulsującą biel zakłóceń. Zbliżał się nalot – zapewne B-52, zapewne z eskortą myśliwską. Niebawem Amerykanie będą na tyle blisko, że naziemne radary przedrą się przez ścianę emitowanych przez nie zakłóceń. Do tego czasu myśliwce powinny już dopaść bombowce i zniszczyć maksymalną ich ilość, zanim amerykańskie maszyny zdążą zaatakować cele.
Radzieccy piloci, którzy wylądowali na Islandii, byli doskonale wyszkoleni. W ciągu dwóch minut pierwsza para migów-29 kołowała na start. Po siedmiu minutach wszystkie myśliwce znalazły się w powietrzu. Zgodnie z planem nad Keflavikiem pozostała jedna trzecia maszyn, a reszta z włączonymi radarami mknęła na zachód, w stronę źródła zakłóceń. Po dziesięciu minutach emisja szumów nagle się urwała. Jeden z migów namierzył na radiolokatorze oddalający się samolot z radiostacją zagłuszającą i natychmiast przekazał tę wiadomość przez radio do Keflaviku. Naziemni kontrolerzy poinformowali go tylko, że w promieniu trzystu kilometrów nie ma żadnej wrogiej maszyny.