Minutę później radzieckie ekrany ponownie zasnuły się mgłą zakłóceń – tym razem mających źródło gdzieś na południu i wschodzie. Migi – bardziej już czujne – ruszyły w tamtą stronę. Rosyjscy piloci mieli uruchomić radary dopiero w odległości stu osiemdziesięciu kilometrów od brzegów wyspy. Kiedy to uczynili, ekrany urządzeń nie wykazały obecności żadnych wrogich samolotów. Niezależnie od tego, kto powodował te zakłócenia, robił to bardzo daleko. Operatorzy naziemnych radarów poinformowali, iż po zachodniej stronie anomalia spowodowały trzy samoloty z radiostacjami zagłuszającymi; w drugim przypadku – cztery.
Zbyt wiele maszyn zagłuszających – pomyślał dowódca pułku. – Ganiają nas w tę i we w tę, by myśliwce zużyły paliwo.
– Lećcie na wschód – polecił eskadrom migów,
Teraz już panujące na pokładach B-52 napięcie sięgnęło zenitu. Jeden z eskortujących prowlerów usłyszał w radiu rozkazy wydawane pilotom migów, a inna amerykańska maszyna zarejestrowała rozbłysk radzieckiego radaru przechwytującego. Znajdował się on gdzieś po południowo-zachodniej stronie. Myśliwce również mknęły na południe.
Były już dwieście siedemdziesiąt kilometrów od Keflaviku i mijały właśnie wybrzeża Islandii. Dowódca misji ocenił błyskawicznie sytuację i polecił bombowcom skręcić nieco na północ.
B-52 wiozły na pokładach nie bomby, lecz potężne zagłuszacze radarów skonstruowane z myślą o atakach bombowych na cele położone na terytorium Związku Radzieckiego. Poniżej wielkich bombowców, tuż nad wschodnimi wierzchołkami wzgórz pokrywających lodowiec Vanta pomykał drugi dywizjon tomcatów. Towarzyszyły mu cztery prowlery z lotnictwa morskiego, które stanowić miały dodatkową ochronę przed pociskami powietrze-powietrze, gdyby migom udało się podejść zbyt blisko do amerykańskiej formacji.
– Zaczynam odbierać sygnały z radaru pokładowego. Współrzędne: dwa-pięć-osiem. Zbliża się – zameldował jeden z prowlerów.
Drugi również wykrył owe sygnały i samoloty natychmiast przeprowadziły namiar triangulacyjny. Wroga maszyna znajdowała się w odległości pięćdziesięciu mil. Bardzo blisko.
– Bursztynowy Księżyc. Powtarzam, Bursztynowy Księżyc.
B-52 skręciły na wschód, znurkowały i z komór bombowych wypchnęły w powietrze tony aluminiowych pasków, których nie był w stanie przebić sygnał żadnego radaru. Widząc to, piloci amerykańskich myśliwców odrzucili zewnętrzne zbiorniki na paliwo, a prowlery odłączyły się od bombowców i zaczęły krążyć na zachód od chmury aluminium. Rozpoczynała się niebezpieczna część zadania. Myśliwce obu stron zbliżały się do siebie z prędkością przekraczającą tysiąc osiemset kilometrów na godzinę.
– Zgłasza się Queer – oznajmił przez radio dowódca.
– Zgłasza się Blackie – odparł dowódca VF-41.
– Zgłasza się Jolly – dodał dowódca VF-84.
Wszyscy znajdowali się na swych pozycjach.
– Wykonać.
Cztery prowlery uaktywniły przeciwrakietowe urządzenia zagłuszające. Dwanaście tomcatów z formacji Jolly Rogers rozciągniętych w linii prostej na wysokości dziesięciu tysięcy metrów uruchomiło jednocześnie kierujące pociskami radary.
– Amerykańskie myśliwce – wykrzyknęło jednocześnie kilku radzieckich pilotów. Systemy ostrzegania powiadomiły natychmiast, że zostali bardzo precyzyjnie namierzeni przez nieprzyjacielskie urządzenia.
Nie zaskoczyło to dowódcy rosyjskich samolotów. Amerykanie z pewnością nie narażaliby swych ciężkich bombowców i nie przysłaliby ich bez należytej osłony myśliwskiej. Zignorował więc obecność śmigłych maszyn i zgodnie z tym, co dyktowało mu doświadczenie, w dalszym ciągu koncentrował uwagę na poszukiwaniach B-52. Z powodu nieustannych zakłóceń zasięg zainstalowanych na migach radarów był o połowę mniejszy, toteż radzieckie urządzenia nie wykryły jeszcze obecności żadnych celów. Dowódca polecił swoim pilotom uważać na nadlatujące rakiety i zwiększyć prędkość – wiedział, że uniknąć mogą tylko tych pocisków, które dostrzegą. W chwilę później rozkazał wszystkim rezerwowym maszynom, z wyjątkiem dwóch, opuścić Keflavik i ruszyć na wschód, na pomoc jego jednostce.
Amerykanie potrzebowali sekund by nastroić celowniki. Każdy tomcat miał po cztery pociski Sparrow i Sidewinder. Pierwsze poszły sparrowy. W powietrzu znajdowało się szesnaście migów. Większość z nich dysponowała co najmniej dwiema rakietami, ale pociski Sparrow były kierowane radarem. Amerykańskie myśliwce miały pozostać na pozycji do chwili, aż ich pociski trafią w cel. Groziło to tym, że mogą dostać się w zasięg rażenia radzieckich rakiet, a nie posiadały ochronnych radiostacji zagłuszających. Amerykanie nadlatywali od strony słońca. W chwili, kiedy radzieckie radary przedarły się wreszcie przez zagłuszacze wroga, pojawiły się rakiety Sparrow. Pierwsza wynurzyła się prosto z blasku i jeden z migów eksplodował, ostrzegając w ten sposób pozostałe maszyny. Radzieckie myśliwce zaczęły gwałtownymi skokami zmieniać wysokość; niektórzy piloci na widok pędzących im na spotkanie szerokich na trzynaście centymetrów nosów pocisków wprowadzali samoloty w ostre skręty. Ale amerykańskie rakiety czterokrotnie jeszcze trafiły w cele. Trzy roztrzaskane radzieckie maszyny pikowały w dół. Jedna, ciężko uszkodzona, odleciała chwiejnie w kierunku bazy.
Po odpaleniu wszystkich pocisków formacja Jolly Rogers pomknęła na północny wschód. Na ogonach siedzieli im Rosjanie. Radziecki dowódca z jednej strony był rad ze stosunkowo niewielkiej skuteczności amerykańskich rakiet, ale z drugiej ogarniała go wściekłość na myśl, że utracił pięć maszyn. Jego pozostałe migi włączyły dopalacze. Rosyjskie radary kierunkujące zaczęły przedzierać się przez hałas powodowany amerykańskimi zagłuszaczami. Amerykanie wykonali swój ruch. Teraz nadeszła kolej Rosjan. Pędzili na północny wschód. Oczy pilotów, osłonięte ochronnymi przysłonami kasków, śledziły bacznie to rozświetlony słonecznym blaskiem przestwór nieba, to znów lampy radaroskopowe. Żaden nie popatrzył w dół. Prowadzący mig namierzył ostatecznie cel i wystrzelił dwie rakiety. Siedem tysięcy metrów niżej dwanaście tomcatów z formacji Black Ace, chronionych dwoma wierzchołkami górskimi przed zlokalizowaniem przez radar naziemny, włączyło dopalacze i dwusilnikowe maszyny z pracującymi radarami wystrzeliły świecą w górę. Po dziewięciu sekundach piloci usłyszeli cichy warkot. Wskazywał on, że wrażliwe na podczerwień urządzenia naprowadzające rakiety klasy Sidewinder namierzyły obce samoloty. Kilka chwil później odpalonych zostało szesnaście rakiet, którym do celu zostały trzy kilometry.
Sześciu radzieckich pilotów w ogóle nie zdążyło pojąć, dlaczego ginie. Z jedenastu migów w ciągu kilku sekund zostały trzy. Dowódca ocalał, ale nie na długo. Poderwał maszynę i sidewinder, który stracił cel, pomknął w stronę słońca. Ale co teraz robić? – pomyślał radziecki pilot. Dwa pędzące na południe tomcaty dostrzegł za późno, by organizować jakąkolwiek akcję. Lecąca obok dowódcy maszyna została strącona i Rosjanin daleko na południu ujrzał tylko jeden radziecki samolot. Pułkownik zatem nadał migowi ośmiokrotne przyspieszenie i, nie zwracając uwagi na ostrzegawczy sygnał systemów informujących o niebezpieczeństwie, runął lotem nurkowym w stronę jednego z amerykańskich myśliwców. Dwie rakiety Sparrow wystrzelone przez grupę Black Ace trafiły go w skrzydło. Mig rozpadł się na kawałki.